285 zł – za tyle naprawiłam stary komputer. Jest jak nowy

Felieton/Sprzęt 21.02.2017
285 zł – za tyle naprawiłam stary komputer. Jest jak nowy

285 złotych. Tyle kosztowała mnie kompletna naprawa, a praktycznie wymiana mojego dosyć leciwego już komputera. Oprócz tego zyskałam okazję, by oprzeć się pierwszemu, wyuczonemu już przez świat impulsowi: dobra wymówka, żeby kupić nowe! I zrozumieć, że czasem naprawdę nie potrzeba nam więcej.

W zeszłym tygodniu padł mi komputer. Tak po prostu przestał działać. Nie zdziwiło mnie to – od jakiegoś roku czekałam aż Tośka padnie. W końcu ma już kilka lat, swoje przeżyła i czasem miałam wrażenie, że przynajmniej w kwestii odgłosów jest bardziej odkurzaczem, niż laptopem.

Kilka razy ją otwierałam, czyściłam, posmarowałam pastą tam gdzie trzeba, raz nawet zastanawiałam się, czy nie wymienić zdezelowanego wentylatora, ale stwierdziłam, że skoro głośniki charczą, a i tak zawsze muszę używać słuchawek, to nie przeszkadza mi odgłos startującej rakiety powtarzany na okrągło.

Na początku martwiłam się co będzie, gdy Tośka padnie.

Potem stwierdziłam, że przecież nic się nie stanie – okazjonalnego pisania dokonywać można na telefonie (pełna klawiatura BT i już), a przecież jestem takim zwykłym, przeciętnym użytkownikiem internetu, który w zasadzie używa komputera z przyzwyczajenia, a i tak woli pochłaniać treści na smartfonie. Przestałam się martwić, bo to bez sensu.

Ze stoickim spokojem przyjęłam więc tosiny bunt. Moim pierwszym odruchem było jednak szukanie nowego sprzętu. Grzebałam, zastanawiałam się, porównywałam i zgodnie z moją ostatnio coraz mocniej egzekwowaną zasadą “przed zakupem zastanów się, czy to faktycznie coś niezbędnego” doszłam do wniosku, że przecież nie potrzebuję niczego mocnego – ot maszynkę do internetu i okazjonalnego zagrania w retrogry, które pójdą dziś na wszystkim. Odpadł tym samym Chromebook.

Potem doszłam do wniosku, że nie ma sensu przepłacać za maszynkę do Facebooka i Netfliksa, i zaczęłam rozglądać się za tańszymi sprzętami. Jestem jednak staromodna w technologicznych sprawach. Jeśli nie mogę czegoś rozebrać i usprawnić, czuję się nieswojo. Poza tym nie lubię, gdy zmusza się mnie do czegoś, a okazało się, że tańsze sprzęty są kompletnie zamknięte. Nie dość, że nawet RAM-u nie da się dołożyć, bo zintegrowany z płytą, to na dodatek UEFI i inne bzdury sprawiają, że zainstalowanie Ubuntu może być problematyczne.

Uświadomiłam sobie, że przecież nie potrzebuję nowego komputera, skoro jedyną wadą mojego jest to, że nie działa.

Wiem, to nie taka nic nie znacząca wada, ale przecież, gdy kochamy to wybaczamy wady, nieprawdaż?

Nie wiedziałam, co w Tośce poszło nie tak, coś jednak wysłało mnie na piekielne Allegro. Wpisałam model Tośki i z radością odkryłam, że jakaś firma sprzedaje całego laptopa takiego jak mój, z tym, że bez dysku, RAM-u i z drobnymi uszkodzeniami obudowy (urwany zawias). Za całe 285 złotych nabyłam więc klona Tośki na części.

W ten sam dzień okazało się, że Tośka się włącza i działa, jednak padło WiFi. – Nic straconego! – pomyślałam i zdecydowałam, że przełożę moduł WiFi z nowego komputera, gdy przyjdzie, a resztę zostawię, w razie czego gdyby w Tośce znów coś padło.

Jakież było moje zdziwienie, gdy kupiony na Allegro komputer wizualnie nie nosił praktycznie żadnych śladów użytkowania. Owszem, zawias i bok obudowy były połamane, jednak reszta jak nówka. Po otworzeniu nie dojrzałam żadnych, kompletnie żadnych oznak, że laptop kiedyś w ogóle komuś służył, wszystko piękne i błyszczące. Trochę jakby uszkodzony sprzęt przeleżał kilka lat na magazynie dopóki ktoś nie zauważył jego istnienia i postanowił się go pozbyć.

Gdyby nie złamania na obudowie włożyłabym po prostu dysk i RAM, i używała nowego. Skończyło się jednak na wymianie praktycznie wszystkiego w starej Tośce, łącznie z płytą główną, procesorem i złączami, nawet tymi do ładowania.

Nie wierzyłam własnym uszom, gdy nowy wentylator nie wydał odgłosu śmigieł helikoptera, a głośniki czysto i wyraźnie zagrały tytułową piosenkę z “Pana Tik Taka” dla mojej bratanicy. Wszystko działa, wszystko jest nowe i posłuży jeszcze kilka lat. A posłuży, bo komputer nawet jak na dzisiejsze standardy jest dosyć mocny – ma i3, 8 GB RAM-u, Ubuntu działa na nim wyśmienicie, okazjonalnie uruchomi nawet Windowsa na wirtualnej maszynie, gdy jest to niezbędne, czy odpali jakąś grę (ostatnio wciągnęłam się w Besiege, polecam!). Do internetu jest idealny, a ograniczoną mobilnością się nie przejmuję, bo i tak nie lubię zabierać komputera, gdy wyjeżdżam gdzieś na kilka dni, bo coraz bardziej ograniczam internet dla własnego zdrowia psychicznego.

Zdziwiło mnie, że dopiero po tym wszystkim przyszło mi na myśl, że cała operacja “nie kupuj nowego tylko wymyśl coś innego” jest też przecież piękna ideologicznie. Zamiast kupować nowe, błyszczące barachła, zamiast poddawać się reklamom i przekonaniu, że wszystko jest jednorazowe, zamiast ulegać impulsowi mówiącemu, że nowy przedmiot w jakiś sposób odmieni moje życie na lepsze, że będę z nim szczęśliwsza, poradziłam sobie bez kupowania zamkniętych, zaopatrzonych w okropnego Windowsa plastików.

No i myślałam, że posiadanie działającego komputera będzie wydatkiem liczonym w tysiącach złotych. Tymczasem kosztowało całe 285 złotych. Z przesyłką!

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement