Popatrz na wycenę wielkich startupów, a teraz na to, ile zapłacono za producenta Ray-Banów. Trochę szok, co nie?

Artykuł/Sprzęt 17.01.2017
Popatrz na wycenę wielkich startupów, a teraz na to, ile zapłacono za producenta Ray-Banów. Trochę szok, co nie?

Część z was zapewne wie, części z was w ogóle to nie obchodzi, ale ja kiedy akurat nie wygłupiam się na Spider’s Webie, mam całkiem poważną i nudną pracę. I ze wszystkich moich klientów, w skład których wchodzi też trochę startupów i firm internetowych, najbardziej dochodowym jest staromodna, zaściankowa, średniowieczna hurtownia śrubek i „takich tam”. 

Wszyscy zachłysnęliśmy się technologiami i internetem, no bo Apple, Google, Facebook, zapominając jednak, że to są tylko największe i bardzo nieliczne sukcesy, na które przypadają tysiące nieudanych eksperymentów i porażek. Tradycyjny biznes jest mniej efektowny, ale czasem mam wrażenie, że łatwiej jest tam się utrzymać, a robienie zupełnie niespektakularnych rzeczy, których nawet nie da się określić żadnym modnym słowem z języka angielskiego, przynosi ich bohaterom wymierne korzyści finansowe.

Spójrzmy na taką markę, jak Luxottica. To włoskie przedsiębiorstwo, które produkuje okulary dla najbardziej znanych projektantów, ale przede wszystkim znane jest z tego, że w swoim katalogu posiada bardzo „okularowe” marki, takie jak Persol, Oakley i Ray-Ban. Francuski producent szkieł optycznych Essilor właśnie zapłacił za nich 24 mld dol. To jest bardzo, bardzo dużo. Jak słusznie zauważa InnPoland, więcej niż wyłożono na WhatsAppa, prawdopodobnie znacznie więcej, niż musielibyście dać za Twittera.

Akurat dzisiaj odebrałem nowe okulary, więc redakcja podrzucając newsa o Ray-Banach zaintonowała „Kralka, musisz”. Przyznam jednak, że przesadnym fanem Ray-Banów nigdy nie byłem. Raz, że było mi w nich zdecydowanie nie do twarzy. Dwa, że marka zrobiła się tak modna i lanserska, że czasem wybieranie tego modelu było wręcz nietaktem. Trzy, że jednak tłumy ludzi wracających z wakacji z Turcji z dziesięcioma paczkami „Ray-Banów” w garści szybko doprowadziły do inflacji tej marki w polskim społeczeństwie.

Ale Ray-Bany to coś więcej, niż lans, biznes i oprawki. To ikona popkultury.

Żadna inna marka okularów nie jest owiana tak magiczną aurą prestiżu. Kiedy ludzie ze sobą rozmawiają w tramwaju, Ray-Bany to kwintesencja okularów, w powszechnym przekonaniu lepiej się już nie da.

W to oczywiście powątpiewam, natomiast na pewno kilka modeli zapisało się w historii. Przeżywający kilka lat temu trzecią albo czwartą młodość model Wayfarer jest jednym z nich. Na przestrzeni lat nosili go znani muzycy, aktorzy czy politycy. Kto się nie załapał na „Wayfarery”, ten mógł mieć wariant konkurencji, silnie inspirowany.

Drugim z trendów, który zresztą sam bardzo lubię w wersji przeciwsłonecznej, był ten wylansowany przez również kultowe Aviatory. Ich historia sięga tak naprawdę czasów jeszcze sprzed II Wojny Światowej i pewnie mógłbym długo przepisywać w tym miejscu dla was Wikipedię i anglojęzyczne strony, ale dwa słowa w zupełności mi wystarczą: Top Gun.

Oczywiście nie ma co rozpaczać, lamentować, ani kruszyć kopii, ponieważ dla marki Ray-Ban transfer do Francji nie oznacza w zasadzie żadnych zmian. Co więcej, we włoskich rękach też pozostawała jedynie przez kilkanaście lat, zanim na Półwysep Apeniński zdecydowali się sprzedać je Amerykanie z Bausch + Lomb.

Swoją drogą, korzystając z okazji, że technologia użytkowa od kilku lat stoi raczej w martwym punkcie, jeśli chodzi o sensowne innowacje (tych bezsensownych jest bardzo dużo), przypominam mój postulat – okulary to rynek, który bardzo chętnie przyjmie pomoc z sektora nowych technologii, niekoniecznie w tak futurystycznym zakresie, jak wykombinowali to sobie twórcy (bezsensownych) Google Glass.

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement