5 lat temu rzuciłem pracę, a w zasadzie to praca rzuciła mnie

Felieton/Media 30.01.2017
5 lat temu rzuciłem pracę, a w zasadzie to praca rzuciła mnie

– Przemek, ty się zdecyduj – czy chcesz ze mną przyprawy sprzedawać, czy opowiadać o Stevie Jobsie w telewizji – powiedział do mnie w październiku 2011 r. prezes firmy, w której pracowałem. 3 miesiące później zakończyłem w niej pracę.

Nie będę ściemniał. W zasadzie to podziękowano mi za współpracę w Prymacie, choć do dziś odnoszę wrażenie, że gdybym zaczął skamleć: „błagam, nie wyrzucajcie mnie, poprawię się, nie będę już opowiadał o Stevie Jobsie w telewizji”, to pewnie dalej bym w marketingu/PR tego świetnego producenta przypraw pracował.

Bo musicie wiedzieć, że podziękowano mi dzień po tym, jak odtrąbiłem swój największy sukces medialny (choć nie wiem, czy okoliczności, w jakich to się stało, pozwalają o tym mówić w ten sposób) – po śmierci Steve’a Jobsa byłem (prawie) w każdej telewizji opowiadając o tym wielkim człowieku. Nie spodobało się to szefom Prymatu. I słusznie.

Ale zaryzykowałem, o ile można powiedzieć, że ryzyko podjąłem ja sam, a nie zostało ono za mnie powzięte… i dziś nie żałuję ani chwili. A w zasadzie, jak dziś napisałem na Facebooku, żałuję, że nie stało się to 2 lata wcześniej.

(Uwaga, od tej pory będę leciał Mateuszem Grzesiakiem. Jak ktoś nie lubi, niech zaprzestanie czytać)

To, że rozstałem się z moim pracodawcą, gdzie pracowało mi się bardzo dobrze, gdzie mnie doceniano, gdzie liczono na mnie, gdzie całkiem przyjemnie zarabiałem, było najlepszą rzeczą, jaka mogła mi się zdarzyć w życiu zawodowym.

Nie sposób wymienić wszystkich zalet pracy dla siebie, dla własnej działalności

Otwiera się tyle perspektyw, tyle nowych opcji, tyle nieznanych wcześniej możliwości, że tak naprawdę szybko zmienia się całe życie.

Stajesz się też zupełnie innym człowiekiem. Odkrywasz w sobie zupełnie nowe cechy, o których istnieniu w ogóle nie zdawałeś sobie sprawę. Realizujesz się w rzeczach, odnośnie których nie miałeś wcześniej pojęcia, bądź też w życiu byś nie pomyślał, że będzie ci to wychodziło.

Codziennie uczysz się też czegoś nowego. Co rusz robisz nowe projekty, które swoim zakresem wykraczają poza to, z czym wcześniej miałeś styczność. Poznajesz niezliczoną rzeszę nowych ludzi i uczysz się, że są wśród nich skończone skurczybyki i kapitalnie uczynne jednostki.

A najlepsze jest to, że każdego dnia walczysz o swoje, dla siebie i dla ludzi, z którymi współpracujesz.

Mnie to właśnie to najbardziej napędza. Uwielbiam tę walkę, konkurencję, wyścigi, wydzieranie każdego UU i każdej złotówki. Każdego dnia uwielbiam wręcz pracować. W weekendy nie mogę się doczekać poniedziałku, a podczas urlopu tego, gdy już wrócę do pracy.

Oczywiście, że wyjście poza sferę komfortu nie jest łatwe

Mnie też czasem dopadają wątpliwości. Miewam koszmary. Boję się, że to się wszystko zaraz skończy. Że przyjdzie ktoś lepszy i zajmie moje, nasze miejsce. Że będę musiał zwalniać ludzi. Że nie będę w stanie wypłacać ustalonych wynagrodzeń.

W chwilach przestoju, a takie też czasami się zdarzają, mam momenty zwątpienia. Zastanawiam się, czy podjąłem dobre decyzje, czy można było zrobić coś lepiej, szybciej. Takiego nastroju często nie mogę wyrzucić przez naprawdę długi czas. Chodzę wtedy struty, wkurzony na cały świat.

Często denerwują mnie ludzie – nasi pracownicy, częściej zapewne kontrahenci. Wkurzam się na nieterminowość regulowania płatności faktur (niestety, wielka choroba polskiego biznesu), boję się notorycznych zmian w prawie i polowania na przedsiębiorców.

To wszystko jest nieodzownym krajobrazem prowadzenia własnego biznesu.

Jednak dziś, gdy świętuję 5. rocznicę przejścia na swoje, wiem, że dziękuję Bogu za to, że wtedy w październiku 2011 r. coś mnie tchnęło w środku mówiąc: idź, weź to, będzie ok.

Ci co mnie dobrze znają prywatnie wiedzą, że nigdy nie należałem do osób przesadnie ryzykujących. Jestem dumny z siebie, że 5 lat temu podjąłem to najważniejsze w historii mojego zawodowego życia ryzyko.

Bez wątpienia było warto.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement