George Michael nie żyje. Bowie, Prince i Cohen też. Przyzwyczajajcie się, bo śmierci będzie coraz więcej

Artykuł/Media 26.12.2016
George Michael nie żyje. Bowie, Prince i Cohen też. Przyzwyczajajcie się, bo śmierci będzie coraz więcej

George Michael nie żyje. Zmarł w wieku 53 lat w swoim domu. W Boże Narodzenie. Byłaby to może i nawet warta uwagi ironia losu, porównywalna chyba tylko z tym, że lekarz Michaela Jacksona byłby kobietą o nazwisku Billie Jean, gdyby przez ostatnią godzinę nie obrzydzili mi jej okrutnie internauci. Ale próbowali obrzydzić mi jeszcze jedną rzecz – rok 2016. I to im się nie udało.

W wieku 53 lat zmarł George Michael. Przyczyna śmierci muzyka nie została ujawniona, natomiast w opublikowanym stanowisku możemy wyczytać, że nie towarzyszyły jej żadnej podejrzane okoliczności. Samo Boże Narodzenie zebrało w tym roku „krwawe żniwo”, ponieważ rano tragicznie straciliśmy cały, kilkudziesięcioosobowy Chór Aleksandrowa.

Muzyk odnosił wiele sukcesów w swojej karierze solowej, choć najbardziej znany opinii publicznej jest z obowiązkowego punktu programu radiostacji wszelakich, w okresie świątecznym i przedświątecznym, przeboju Wham! pt. „Last Christmas”.

George Michael nie żyje, ale rok 2016 zabrał wielu znanych muzyków

Być może nie dziwi zatem, że niektórzy zrzucają odpowiedzialność na barki roku 2016, skoro tylko wśród absolutnych klasyków muzyki  na listę nowych gwiazdorów chór anielskich wpiszemy również Davida Bowiego, Prince’a czy Leonarda Cohena. W sieci można natrafić na liczne komentarze z cyklu „niech ten rok 2016 się wreszcie skończy!”.

Wiadomo, że w ustach wypowiadających nie są to raczej jakieś realne obawy, tylko bardziej slogany. Zakładam, że mają oni świadomość z umowności kalendarza i faktu, że numerologia raczej (mam nadzieję) nie wymyśliła sobie, że w tym roku będzie zabijać znanych muzyków ze szczególną intensywnością. Coraz częstsze doniesienia o śmierciach nie są też skutkiem, jak sądzę, zmian cywilizacyjnych czy pogarszającej się służby zdrowia.

Moja ocena tej sytuacji jest następująca. Rok 2016 zebrał spore żniwo wśród znanych ludzi i teraz tak będzie już coraz częściej. Oczywiście może nam się trafić na przykład wyjątkowo spokojny rok 2019, to wszystko jest kwestią przypadku, tendencja będzie jednak klarowna: coraz częściej będą umierali ludzie, których znamy.

A to dlatego, że znamy coraz więcej osób

Rok 2016 dobitnie udowadnia jedynie to, że kalendarz zaczyna pukać do drzwi boomu. Boomu Hollywoodzkiego, boomu pokolenia MTV. Czasów, w których osobami publicznymi nie był młody Mieczysław Fogg i może jeszcze jego dwóch profesjonalnych kolegów, znani zresztą w wąskich kręgach warszawskich kawiarni, tylko czasów, gdy na jeden boysband przypadało przynajmniej 5 osób. A boysbandów było multum.

Kiedyś powstawało mniej filmów, a i tak połowa była obsadzona na przemian przez Bogarta i Hepburn, nagrywało się też znacznie mniej muzyki. A przynajmniej twory popkultury nie były aż masowe. Jednak radio, potem telewizja, zaczęły przyspieszać, pojawiać się w każdym domu, na tę masową kulturę już w pełni załapali się przecież Prince, Bowie czy Michael.

George Michael nie żyje, a przecież – podobnie jak jego koledzy, których pożegnaliśmy w tym roku – odszedł tak młodo. Wszyscy są tylko sygnałem ostrzegawczym, że musimy się na pewne, przykre informacje, przygotować i będą one przybierały charakter masowy. A przecież jeszcze nawet nie doszliśmy do pokolenia gwiazd internetu!

Wyobrażacie sobie co będzie działo się za 60 lat? Zakładając, oczywiście błędnie, że świat nie posunie się szczególnie mocno do tego czasu, portale informacyjne będą już tylko odczytywały w jakiejś osobnej rubryce „dziś odeszli”: Testoviron, Klocuch, Kelthuz, PewDiePie, Karol Paciorek, Jessica Mercedes i Bonus BGC. Jeśli rubryka będzie na Onecie, to dodatkowo pojawi się jeszcze „Lajk ich pamięci”. Ach, jakże okrutny i nieludzki będzie ten 2067! Oby się już skończył!

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement