Inteligentny dom, w którym na herbatę czeka się 11 godzin? Chyba podziękuję

Felieton/Technologie 12.10.2016
Inteligentny dom, w którym na herbatę czeka się 11 godzin? Chyba podziękuję

Kojarzycie ten moment w kreskówce, kiedy postać zaśmiewa się do rozpuku, a potem śmieje się coraz wolniej i wolniej, aż śmiech staje się płaczem? Dokładnie tak się czuję, myśląc o inteligentnych domach i przyszłości, jaka nas czeka.

Koncepcja inteligentnego domu nie jest już na dobrą sprawę przyszłością, a teraźniejszością, na którą jednak na razie stać tylko tych zamożniejszych.

Niemniej jednak samo założenie brzmi wspaniale, prawda? Gdy tylko otwieramy oczy, wraz z budzikiem dom sam odsłania rolety, ekspres sam zaparza kawę, światło automatycznie, subtelnie rozświetla pomieszczenia, wita nas nastrojowa muzyka…

Z pewnością taka będzie nasza przyszłość. Byle tylko okazała się ona bardziej niezawodna, niż jest w tej chwili.

Smart dom – wszystko pięknie, dopóki działa.

Przeczytałem dziś rano na The Guardian historię analityka baz danych Marka Rittmana, który próbował zaparzyć sobie poranną herbatę… przez 11 godzin.

To nie jest żart. Otóż Mark Rittman chciał w tym celu wykorzystać inteligentny czajnik, łączący się z siecią Wi-Fi i sterowany z poziomu aplikacji lub obsługą głosową.

Niestety, inteligentny czajnik miał na ten dzień swoje własne plany i postanowił nie współpracować z Rittmanem. Czytając relację z 11 godzin batalii o kubek herbaty na Twitterze, śmiałem się w głos, aż w końcu radość przerodziła się w rozpacz.

Taka czeka nas przyszłość.

Oczywiście na problem z czajnikiem było proste remedium – chwycić po zwykły, „głupi” czajnik i ugotować wodę. Nie to jednak jest sednem sprawy. Sedno leży w tym, co nas czeka, jeżeli nie będziemy mieli alternatywy dla inteligentnych sprzętów?

Wyobraźcie sobie lodówkę, której „inteligentny” system operacyjny kazał się nagle… rozmrozić, choć była pełna. Albo kuchenkę, która ni stąd ni z owąd odpala wszystkie palniki, bo czujnik się „pomylił”.

Czy – jak w przypadku Rittmana – czajnik, który nie tylko odmawia współpracy, ale też destabilizuje pracę łączności Wi-Fi w całym domu?

To nie są katastroficzne wymysły nawiedzonego blogera, ale rzeczywistość, którą mogą nam potencjalnie zaserwować „inteligentne” sprzęty.

Problemy może i błahe, ale konsekwencje? Potencjalnie ogromne.

Dzisiaj, kiedy zawiesi się nam telefon czy komputer, możemy zazwyczaj zbyć to machnięciem ręki. Powyzywamy na czym świat stoi, ale potem i tak zrestartujemy urządzenia, zazwyczaj nie tracąc nic ważnego.

Co jednak w przypadku inteligentnego domu, a tym bardziej takiego, gdzie wszystkie sprzęty są ze sobą połączone?

Moja wyobraźnia podpowiada mi przeróżne scenariusze, począwszy od rozregulowanych termostatów aż po włamanie, czy też niemożność dostania się do własnego, „inteligentnie” zabezpieczonego domu.

Z perypetii Marka Rittmana płynie bardzo prosta lekcja – nie powinniśmy się zanadto spieszyć do 100-procentowego porzucenia tradycyjnych rozwiązań.

Inteligentna przyszłość nadejdzie. Smart dom stanie się rzeczywistością. Ale dajmy tej rzeczywistości dość czasu, by dojrzeć do tego, aby była tylko tak zawodna, jak dzisiejsze „analogowe” rozwiązania.

Dołącz do dyskusji

Advertisement