Koń jaki jest, każdy widzi – elektrycznie wspomagany

News/Motoryzacja 19.10.2016
Koń jaki jest, każdy widzi – elektrycznie wspomagany

Z maksymalnym wykorzystaniem koni mechanicznych chyba nikt nie ma problemu. Z tymi prawdziwymi – i słusznie – już tak nie jest. Dlatego teraz zyskają one… elektryczne wspomagacze.

Mowa oczywiście nie o wszystkich koniach w Polsce czy na świecie, a o tych, które wożą leniwych turystów na trasie do Morskiego Oka. Jak informuje m.in. portalsamorzadowy.pl, żeby odciążyć przemęczone konie, wozy turystyczne być może będą w przyszłości wyposażone w silniki elektryczne. Te, w połączeniu z aparaturą monitorującą m.in. kąt nachylenia podjazdu, będą służyć za dodatkowy napęd, ułatwiając zwierzętom pracę.

Pierwsze testy zakończone.

Prototypowy wóz, stworzony przez firmę z Poznania, wyposażony w systemem wspomagania koni został już przetestowany i według relacji spisuje się prawidłowo. Uruchamiał się i dobierał odpowiednią moc wtedy, kiedy powinien, dzięki czemu koń nie musiał aż tak męczyć się, ciągnąć za sobą spory wóz wyładowany 14 pasażerami (w tym i woźnicą). Jak podaje Gazetakrakowska.pl, przedstawiciele TPN potwierdzają, że faktycznie po przejechaniu trasy po zwierzętach było widać, że taka pomoc im służy.

Turyści natomiast prawdopodobnie nie będą nawet w stanie zauważyć tego, że nie są w wożeni na górę w pełni o siłach konia. Wóz w wersji hybrydowej i zwykłej wygląda bowiem niemal tak samo.

Oprócz tych zalet rozwiązanie ma jeszcze co najmniej jeden plus – nie da się go wyłączyć i nie da się go w żaden sposób kontrolować. Jeśli system uzna, że nachylenie jest zbyt duże, automatycznie zmieni swoje ustawienia. Dodatkowo wszystkie parametry przejazdu i pracy systemu są monitorowane i zapisywane na wypadek późniejszych wątpliwości.

Co ciekawe, nikt nie wspomniał głośno o tym, ile będzie ważyć cały ten dodatkowy osprzęt, w tym akumulator lub zestaw akumulatorów, konieczny do prawidłowej pracy całego systemu. W końcu kiedy wspomaganie zostanie wyłączone, konie będą musiały ciągnąć za sobą dodatkowy balast, którego normalnie po prostu by nie było. Odpowiedź znalazła się jednak na profilu Tatrzańskiego Parku Narodowego, gdzie odpowiednie pytanie padło. I ta odpowiedź jest co najmniej frapująca:

Masa całego wozu jest o około 400 kg większa w stosunku do tradycyjnych wozów. Jednak w tym przypadku wzrost wagi nie jest istotny. Ważne żeby wspomaganie zrównoważyło (i równoważy, jak pokazały pierwsze testy) jej wzrost.

Co oznacza, że zestaw będzie musiał przez cały czas działać co najmniej z taką wydajnością, żeby koń nie odczuwał dodatkowej masy. Oprócz tego będzie musiał też dać coś od siebie, żeby faktycznie „koniom było lżej”.

To z kolei sugeruje, że będzie pracował przez cały czas – w przeciwnym wypadku koń będzie musiał na lżejszych odcinkach ciągnąć dodatkową masę odpowiadającą ponad sześciokrotności masy autora tego tekstu. Albo dwukrotności masy przeciętnego turysty korzystającego z tego typu usług. No dobra, 1,7-krotności.

Więc pozostaje trzymać kciuki za to, żeby ten system faktycznie cały czas pracował, a nie wyłączał się co jakiś czas. Z drugiej strony, jeśli już będzie pracował cały czas… to po co koń z przodu? Można mówić o tym, że byłby to problem dla okolicznych stadnin, ale… przepraszam, ale jakoś nie zdarzyło mi się ostatnio na drodze wyprzedzać konia. Sąsiad też z salonu nie przyjechał nowym koniem. A kiedyś konie były przecież wszędzie!

Tak czy inaczej, po zakończeniu pierwszej fazy testów skuteczność rozwiązania będą mogły także ocenić organizacje zajmujące się ochroną zwierząt.

Jak informuje RMF24, jeśli wszystkie testy, które potrwają przez najbliższych kilka miesięcy, zakończą się pełnym sukcesem, pojazd (a właściwie pojazdy) zostaną kupione przez Tatrzański Park Narodowy i osoby trudniące się wwożeniem ludzi na górę.

Do „pełnego sukcesu” jeszcze prawdopodobnie sporo brakuje. Jak bowiem można przeczytać na stronie Stowarzyszenia Przewoźników Do Morskiego Oka:

Przedstawiciele Stowarzyszenia uczestniczący w teście hybrydy uważają, że wóz jest pomysłem nowatorskim i ma jeszcze wiele niedoróbek, które należy wspólnie z producentami usunąć, aby był on bezpieczny dla koni i pasażerów na trasie do Morskiego Oka.

Czyli roboty jeszcze trochę jest.

I tutaj pojawia się jeden problem – cena.

Taki wóz kosztuje około 200 tys. zł. 200 tys. zł! Może i za tyle nie kupimy używanej Tesli Model S, ale starczyłoby prawie na dwie Tesle Model 3. Nie dość, że atrakcja byłaby większa, to jeszcze ceny za taki przejazd można byłoby windować jeszcze bardziej, niż zapewne robi się do tej pory. Może nawet sam bym się skusił na taką przejażdżkę…

Tak, Tesla przewiezie oprócz kierowcy tylko 3–4 osoby, ale cóż, zawsze jest rozwiązanie, które pomoże i oszczędzić roboty koniom, i wożącym na górę wydatków.

Niech po prostu ludzie ruszą tyłek i wejdą sobie na tę górę sami. Dobrze by to niektórym zrobiło.

PS. Czy te pojazdy elektryczne wliczają się do planowanego miliona „elektryków” na polskich drogach? 

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement