Długo wytrzymywałem, ale nie z każdym dziennikarzem TVN24 jest mi po drodze

Felieton/Media 12.10.2016
Długo wytrzymywałem, ale nie z każdym dziennikarzem TVN24 jest mi po drodze

Pomimo często deklarowanego uznania dla profesjonalizmu TVN24, choć (wbrew temu, co uważają niektórzy czytelnicy) wcale nie bezkrytycznego, są sytuacje, kiedy nie tylko natychmiast łapię za pilota, ale jeszcze upewniam się czy przypadkiem skrawki dźwięku audycji nie dotrą do mnie od sąsiadów. 

Piszę to na dodatek z podwójnym żalem, ponieważ od pewnego czasu z umiarkowanym zainteresowaniem śledzę politykę krajową. Politycy już całkowicie postanowili grać wbrew regułom, a mecz, w którym jedna drużyna ma 14 piłkarzy, a druga 11, ale na hulajnogach, kompletnie mnie nie interesuje.

Naturalnie więc przeniosłem swoją uwagę nieco bardziej na arenę międzynarodową. Tam ostatnio jest strasznie niespokojnie, dookoła nas dzieją się same ważne sprawy, na dodatek wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych to temat, wokół którego trudno przejść obojętnie. Dlatego też często załatwiając jakieś drobne domowe obowiązki puszczam sobie w tle już nie „Fakty po Faktach” czy „Kropkę nad i”, a „Fakty z zagranicy”.

O „Faktach z zagranicy”, które emituje TVN24 Biznes i Świat pisałem już na Spider’s Web w sierpniu.

Zachwycałem się wówczas Janem Rokitą w roli politycznego komentatora, który nie dał się zamknąć w polityczne ramy polskiej wojenki PiS-u i PO. W nowym formacie odpowiada mi też bardzo Piotr Kraśko, który wreszcie jest czymś więcej, niż odczytującym z promptera spikerem Wiadomości. Niestety, formuła Faktów z zagranicy sprawia, że prowadzących jest dwoje, a tym drugim jest Jolanta Pieńkowska…

Już od kilku miesięcy zastanawiałem się czy taki wpis powinien powstać, a przede wszystkim – jak ująć go w taki sposób, by nie przyjął postaci „linczu” na dziennikarce. Po pierwsze – jestem jeno marnym blogerem, nawet nie – jak większość tu obecnych – zawodowym, który po godzinach w pracy hobbystycznie lubi sobie na Spider’s Web popisać o mediach tradycyjnych, choć nie posiadam w ich zakresie żadnego doświadczenia czy głębszej wiedzy teoretycznej.

Jakiekolwiek próby strofowania przeze mnie uznanych od lat telewizyjnych twarzy zasłużenie mogłyby zostać uznane za niesmaczne. Po drugie – staram się jednak od lat działać w internecie tak, że jeśli chwalić to indywidualnie, ale ganić tylko zjawiska, zachowania, ostatecznie grupy, by nikt nie poczuł się personalnie dotknięty. Oczywiście nie zawsze się to udaje, czasem ktoś przeleje czarę goryczy, ale generalnie staram się kierować takim systemem „wartości”.

Na swoją obronę dodam, że wytrzymywałem naprawdę dużo i długo.

Zadawanie niemal każdego pytania od słów „a czy nie jest aby tak” uznałem za sympatyczną manierę. Nie chcę się nawet wygłupiać z argumentem, że dziennikarka zadaje swoim gościom złe pytania, bo przecież dobór pytań to czysto subiektywna kwestia, moja decyzja co z tym zrobię jako telewidz. Mógłbym zresztą długo wymieniać zalety Jolanty Pieńkowskiej. Świetnie wymawia literę „r”, co w konkurencyjnych stacjach nie jest niestety standardem.

Ma też, tu się akurat nie zgrywam, znakomitą pamięć do cytatów i wypowiedzi, które potrafi dokładnie przytoczyć swoim rozmówcom z głowy. Przeprowadziła też wiele bardzo ciekawych rozmów, gdzie pozytywnie zaskakiwała mnie swoją wiedzą w temacie. Na przykład tej rozmowy z odkrywcą najgłębszej podwodnej jaskini świata słuchało się bardzo przyjemnie.

Z drugiej strony najgorzej robi się, kiedy prowadząca posiada jakiś ugruntowany pogląd w danej sprawie. Często mam wrażenie, że swoich gości albo nie słucha, albo nie rozumie, bo notorycznie zdarzają się w programie sytuacje, gdy rozmówca musi prostować na zasadzie „nie, nie, nie, wcale nie o to mi chodziło, ja tego nie powiedziałem!”. Regularnie męczę się i odczuwam dyskomfort, gdy mam wrażenie, że prowadząca i jej goście zupełnie nie nadają na tych samych falach. Być może czasem zaburzana jest też zdrowa proporcja pomiędzy gośćmi i prowadzącą, która wykorzystuje ich wyłącznie do wygłaszania własnych racji. Przecież za to samo chwaliłem niedawno Kraśkę, tutaj jednak moja ocena tej sytuacji jest zupełnie odmienna.

Czarę goryczy przelał jednak program dotyczący drugiej debaty Trump-Clinton.

Że Jolanta Pieńkowska kocha Hillary bardziej od samego Billa Clintona jest już dla mnie w zasadzie jasne.

Ale czemu pozwoliła się swoim poglądom aż tak bardzo uzewnętrznić w tym programie, na dodatek czyniąc to w sposób tak stronniczy, jak nie miało to dotąd miejsca w polskich mediach?

Doszło do tego, że nawet sami goście (przynajmniej jeden ewidentnie będący zwolennikiem demokratów) musieli w toku rozwoju dyskusji regularnie prostować stwierdzenia dziennikarki, które wypowiadane były zdecydowanie na wyrost lub też nieprecyzyjnie (jak na przykład ochoczo podchwycona wzmianka o rzekomej „sekstaśmie” Trumpa co – jak słusznie zauważył prof. Lewicki – z ideą tzw. sekstaśmy absolutnie ma nic wspólnego).

Niektórzy ludzie mówią dużo bardzo złych rzeczy o TVN-ie. Czasami słusznie, moim zdaniem jednak bardzo często dlatego, że politycy im to wmówili, gdyż modus operandi ich politycznej kariery polega na dzieleniu społeczeństwa, znajdowaniu sobie wrogów – tych prawdziwych i tych zmyślonych – gdziekolwiek się da, a także możliwie szybkiego dyskredytowania każdego, kto nie podziela ich wizji świata.

Ale zapewniam was, że gdyby przybyszowi z obcej planety puścić wspomniany wcześniej odcinek Faktów z zagranicy, to nienawiścią do TVN-u zapałałby w stopniu większym od prominentnych polityków PiS-u. I niestety w tym konkretnym wypadku byłyby to uczucia zasłużone.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement