Szamani, dzikie słonie i niezwykła afrykańska gościnność – Dominik Szmajda sam w dżungli

Artykuł/Podróże 14.09.2016
Szamani, dzikie słonie i niezwykła afrykańska gościnność – Dominik Szmajda sam w dżungli

To najbardziej niesamowita, ekstremalna wyprawa Polaka o jakiej usłyszałem w tym roku. Dominik Szmajda wybrał się na samotną przeprawę przez dziewiczą dżunglę tropikalną w Kongo w samym środku Afryki!

Dla Dominika Szmajdy takie wyczyny to nie pierwszyzna. Oto jego dotychczasowe dokonania:

  • 2008/2009 – samotna rowerowa podróż przez Afrykę Zachodnią,
  • 2009/2010 – wyprawa rowerowa przez Libię w ramach projektu Afryka Nowaka,
  • 2011 – wyprawa rowerowa przez Czad,
  • 2012 – samotna rowerowa podróż przez Ural Polarny,
  • 2013 – spływ Kajakiem po rzece Dja w Kamerunie,
  • 2015 – samotna wędrówka przez wioski Demokratycznej Republiki Konga,
  • 2016 – samotna wędrówka przez dżunglę Konga.

O ile poprzednie wyprawy miały w sobie pierwiastek kontaktu z cywilizacją lub wsparcia w postaci współtowarzyszy, to w czasie tegorocznego trawersu dżungli Dominik Szmajda przez 10 dni był zdany tylko na siebie. Na swojej drodze spotkał dzikie słonie, zarośla tworzące ściany nie do przebycia i wioski rządzone przez szamanów. A czy zabrał ze sobą jakieś technologiczne wsparcie?

Sprzęt użyty podczas wyprawy:

  • Aparat OLYMPUS OM-D E-M5 Mark II– zdjęcia, filmy,
  • Nokia Lumia 640 – zabezpieczenie aparatu do robienia zdjęć.
  • GPS Garmin eTrex 30- nawigacja.

Poniżej znajdziecie wywiad z Dominikiem Szmajdą, z którego dowiecie się m.in. dlaczego podróżowanie przez Kongo jest tak drogie i co tam można kupić za kilka dolarów, czy istnieją wioski, które nigdy nie widziały białego człowieka i dlaczego do kur strzela się z łuku!

dominik-szmajda

Karol Kopańko, Spider’s Web: Afryka to Pański ulubiony kontynent?

Dominik Szmajda: Afrykę podyktowała mi książka Kazimierza Nowaka „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”, a później chciałem jej jeszcze. Znam też język francuski, więc połowa Afryki stoi przede mną otworem. Np. w takim Kongo większość mężczyzn mówi po francusku, ale już kobiety mniej.

Jak się podróżuje przez Kongo?

Bardzo trudno i drogo. Ale ciekawie! To kraj 7,5 razy większy od Polski, więc przestrzeń jest olbrzymia. Na wielkim obszarze rosną lasy równikowe, nie ma zbyt wielu wyasfaltowanych dróg, a nawet jakichkolwiek, gdzie przejechać mógłby samochód. Linii autobusowych jest naprawdę niewiele.

Do wielu miejsc można dojechać korzystając z moto-taxi. Jednak dowiezienie czegoś do interioru jest trudne, a kierowcy trzeba często opłacić trasę w tę i z powrotem. Przy cenie paliwa – 3 dol. za litr robią się z tego duże sumy. Ja sam na transport do z Kinszasy wydałem 500 dol., a było to 900 km.

Można podróżować taniej jeśli ma się dużo czasu – rzekami. Ich sieć jest bardzo dobrze rozwinięta. Raz płynąłem wąską pirogą, na której wiosłuje się na stojąco. Dwudniowy spływ kosztował mnie 10 dol. Zażyczyłem sobie, że też będę wiosłować. Noc spędziliśmy w obozie rybackim.

A autostop nie wchodzi w grę?

Absolutnie (śmiech). Zdarzyło mi się jednak raz, że kapitan statku, na który się zabrałem nie chciał ode mnie pieniędzy. Białych się tam w końcu nie spotyka, więc byłem dla nich niespodzianką, kimś wyjątkowym.

Jak jest z noclegiem?

Kiedy pojawiałem się w wiosce, miejscowi traktowali to jako zaszczyt i zapraszali mnie, abym został. Usługiwali mi, karmili mnie.

Próbował się Pan jakoś odwdzięczyć?

Dużo pieniędzy pochłonął mi transport, więc kiedy szedłem od wioski do wioski to zostawiałem im po kilka dolarów albo jakiś drobiazg – scyzoryk, czy słodycze. Zawsze starałem się coś zostawić, to naturalne i ponadkulturowe.

A te kilka dolarów to dla nich dużo pieniędzy?

Raczej nie. Żywność sami mogą wytworzyć, ale pieniędzy potrzebują na wszystkie inne potrzeby, czyli np. ubrania, czy transport.

Spotkał Pan innego białego człowieka na swojej trasie?

Raz spotkałem naukowców, badających ginący gatunek szympansów, które występują tylko w tym kraju. Oprócz tego ani razu. W wielu wioskach mówiono mi, że od 20 lat nie widzieli żadnego białego. Całe pokolenie po raz pierwszy widziało białą skórę i dlatego byłem nie lada atrakcją.

Dociera Pan do takiej wioski, która dawno nie widziała białego człowieka i… co się dzieje?

Najpierw zwykle przynosili mi coś do picia, a później zapraszali do siebie do domu, bo przygotowali coś ciepłego. Zawsze proponowali nocleg i żałowali, gdy decydowałem się iść dalej.

Już na samym początku cała wioska schodziła się, aby mnie obejrzeć. Wieczorami prowadziłem długie rozmowy z miejscową elitą intelektualną – szefem wioski, nauczycielem, felczerem.

I o czym rozmawialiście?

Pytali mnie o rzeczywistość w Polsce, różnice kulturowe, ekonomiczne, radzili się różnych sprawach.

Wiedzieli dużo o świecie zachodnim?

Wiedzieli tyle na temat naszego świata, co przeciętny Polak o Kongu, czyli bardzo niewiele. Przykładowo: pytali mnie czy są u nas lasy. Ja mówiłem, że nie ma ich tak dużo, a oni: „aha, czyli macie same sawanny”.

Czym Pana częstowano w wioskach?

Przeważnie to były danie rybne, bo to akurat był sezon połowów. Czasami polowano na ssaki leśne – antylopy, dziki czy małpy. A nawet kury! Choć kura jest zwierzęciem domowym, to biegają swobodnie po wiosce w poszukiwaniu pokarmu, bo zwierząt domowych się nie karmi. Kiedy trzeba kurę zabić na rosół, to gospodarz idzie z łukiem, bo inaczej by jej nie złapał.

A spotkał Pan szamana?

Oczywiście, w Kongo zakłada on nawet swój oficjalny strój – czapkę ze skóry lamparta. Wtedy nie można go dotykać, ale już kiedy jest w stroju cywilnym, to rozmowa jest normalna.

"Wielki czarownik"
„Wielki czarownik”

A wiara w przesądy? Robienie amuletów z albinosów albo wypędzanie dzieci, które miały być opętane?

Z tym się nie spotkałem. Poznałem za to ciekawe zwyczaje, np. sposób witania się z kimś, kto jest wyżej w hierarchii. Wówczas pyta się taką osobę o przysłowie czy mądrość życiową i dopiero wówczas przechodzi się do rozmowy.

Nikt nie zwraca się do nikogo po imieniu, tylko: młodszy bracie, starszy bracie, do dojrzałych mężczyzn mówi się papo, a do kobiet mamo.

Nie zawsze zatrzymywał się Pan w wiosce. Jak wyglądał typowy dzień podczas samotnego przebijania się przez dżunglę? 

Wstaję przed wschodem słońca, ok. 5-6. Jem śniadanie, zwijam sprzęt i ruszam w trasę. Czasami śniadanie wypada już „w biegu”. Odpoczywam raz na godzinę i robię 5-10 minut przerwy, na dłużej zatrzymuję się koło 13.00 – to przerwa obiadowa.

Kończę marsz około godziny 16.30 gdy znajduję dogodne miejsce na nocleg. Wieszam hamak, rozpalam ognisko i gotuję kolację. Miałem ze sobą liofilizatory, kaszki dla dzieci i suszone owoce.

afryka-sniadanie

A można było znaleźć coś do jedzenia w dżungli?

Nie miałem takiego zamysłu. Choć mijałem wiele owoców, to ich nie znałem, więc dla bezpieczeństwa nie jadłem niczego.

Pewnie podczas tej wędrówki miał Pan dużo czasu na przemyślenia?

Nie bardzo. Nie było czasu, aby prowadzić ze sobą dialog. Marsz przez dżunglę jest bardzo stresujący, cały czas pokonuje się przeszkody. Były oczywiście odcinki łatwiejsze, czasami ścieżki, ale trzeba je było nieustannie śledzić, bo znikały.

Kto w dżungli robi ścieżki?

Dzikie zwierzęta. Niestety iść można jedynie tropem słonia, bo mniejsze zwierzęta robią tylko niskie tunele.

I nie bał się Pan tych dzikich zwierząt?

Wieczorem zawsze obmyślałem, co będę robił kolejnego dnia.

Dwa razy miałem niebezpieczne spotkanie ze słoniem – twarzą w trąbę. Po prostu pogoniły mnie. Strachu się najadłem co niemiara, ale na szczęście nic mi się nie stało.

A gdyby się coś stało?

Liczyłem się z tym. Miałem telefon satelitarny, mogłem zadzwonić do strażnika parku. Raz gałąź mocno wbiła mi się w oko i przez pewien czas rozważałem czy nie zakończyć trawersu i nie wezwać pomocy, bo miałem ciągłe napady bólu. Na szczęście jakoś sobie poradziłem.

A miejscowi Pana nie przestrzegali przed samotnym zapuszczaniem się do dżungli?

Przestrzegali mnie tylko ci, którzy sami do niej nie chodzi. Ci z większym doświadczeniem mówili tylko, abym uważał na goryle, ale na szczęście nic poważnego mi się nie przytrafiło.

A rodzina?

Byłem z nimi wszystkimi w stałym kontakcie, z racji telefonu satelitarnego. Gdy napisałem o spotkaniu ze słoniem, to było dużym przeżyciem również dla nich, zwłaszcza dla mojej mamy.

To nie jest tak, że wyprawy są całym moim życiem, po powrocie skupiłem się na rodzinie, pracy w wydawnictwie, ale także piszę książkę podróżniczą, korzystam z zaproszeń bibliotek i domów kultury na prelekcje organizowane przez nich prezentacje z moich wypraw.

*Zdjęcie główne przedstawia dziewczynki znad Lokoro w Kongo

Strona Dominika Szmajdy i jego kanał na YouTubie.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement