Clickbait, YOLO, cheeseball i moobs – wiesz, co oznaczają nowe słowa w słowniku?

News/Technologie 14.09.2016
Clickbait, YOLO, cheeseball i moobs – wiesz, co oznaczają nowe słowa w słowniku?

Języki ciągle ewoluują. Rozwój technologii, zmiany w trendach społecznych sprawiają, że szukamy nowych słów na nazywanie różnych zjawisk, przedmiotów, ludzi. Do oksfordzkiego słownika języka angielskiego trafiło właśnie kilka nowych określeń, ale i w polskim słowniku PWN też doszło do pewnych zmian, związanych z amerykanizacją naszej mowy.

W oksfordzkim słowniku języka angielskiego pojawiło się kilkaset nowych wyrazów. Trafiły do niego słowa takie jak „clickbait”, oznaczające potocznie mówiąc artykuł, którego tytuł jest kontrowersyjny czy szokujący, a w rzeczywistości niekoniecznie odpowiada temu, co znaleźć możemy w samym tekście, „YOLO”, czyli skrót od „You Only Live Once” (pol. „Żyje się tylko raz”), stanowiący często podsumowanie jakiegoś szalonego i nierozsądnego pomysłu i będący argumentem przeciwko strachliwemu podejściu do życia, „moobs”, będący określeniem na zbyt wydatne męskie piersi.

W słowniku znalazło się też określenie „gender-fluid”, które odnosi się do osób, niechcących identyfikować się wyłącznie z płcią męską albo żeńską, a także wyraz „cheeseball” oznaczający przystawkę zrobioną z sera otoczonego w przyprawach, który potocznie oznaczać ma osobę nie mającą gustu.

Patrząc na powyższe wyrazy, trudno nie mieć wrażenia, że być może za chwilę część z nich trafi i do słownika języka polskiego, zwłaszcza w kontekście ostatnich zmian w słowniku PWN. W tym roku znalazło się w nim miejsce na ok. 3 tys. nowych wyrazów, które na dobre zadomowiły się w polskiej mowie. „Mem”, „fejs”, „selfie” – to między innymi te słowa znalazły się w tym roku w polskim słowniku PWN.

Czy to dobrze, że język się zmienia i używamy coraz więcej nowych słów?

Tak, nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Rozumiem jednak purystów językowych, którzy gdzieś tam w głębi duszy nie mogą się pogodzić ze zmianami i wprowadzeniem do języka polskiego anglicyzmów. Mnie jednak coraz mniej to przeszkadza i widzę w tym niemałe ułatwienie, zwłaszcza jeśli chodzi choćby o tworzenie tekstów. Dużo łatwiej i swobodniej jest użyć w artykule słowa „selfie” niż „zdjęcie, które robisz sam sobie”.

Trudno zachować taki sam kształt języka, kiedy życie wokół nas się zmienia. A język powinien reagować na to, co dzieje się wokół, bo przecież to on powinien nam służyć, a nie my jemu. Wartość użytkowa jest w efekcie ważniejsza niż poczucie, że wszystko brzmi tak, by Adam Mickiewicz z Janem Kochanowskim nie przewracali się w grobach. Niech będzie poprawnie, ale i tak, byśmy jak najłatwiej mogli się ze sobą porozumieć. A jeśli czasem trzeba wrzucić jakiś anglicyzm, to… YOLO.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement