Z przyjemnością patrzę na to, co Apple robi z zegarkami

Felieton/Sprzęt 08.09.2016
Z przyjemnością patrzę na to, co Apple robi z zegarkami

Nie, nie kupiłem Apple Watcha pierwszej generacji i drugą prawdopodobnie też ominę. Ale kibicuję temu, co Apple robi ze swoimi zegarkami i… z całym rynkiem.

Pierwszy Apple Watch miał być… no właśnie, nie do końca wiadomo czym. Miał pokazać wszystkim producentom z tego segmentu – i tym świeżym, i tym doświadczonym – jak to wszystko powinno wyglądać. Miał wejść z przytupem, pozamiatać, zasiąść na tronie i patrzeć z góry na próbującą go dogonić resztę.

Tak jednak się nie stało. Owszem, jak na wciąż stosunkowo niewielki rynek ubieraków, Apple Watch radzi sobie świetnie, być może nawet jednostkowo najlepiej. Ale nie stał się królem, nie stał się niedoścignionym wzorcem, a słaby akumulator i brak GPS dawały słabe podstawy do rywalizacji z takimi graczami jak Suunto, Polar czy Garmin. Po prostu nie był dla nich bezpośrednim konkurentem, nawet jeżeli podkradł trochę klientów każdej z tych firm.

Apple Watch zrobił jednak coś innego.

Rozruszał ten rynek i to rozruszał w bardzo dobrym stylu. Może niekoniecznie dla Apple’a, ale dla konkurencji i klientów.

Zerknijmy chociażby w najnowsze, pochodzące sprzed kilku dni dane IDC. Lider ilościowy tego rynku? Fitbit, oferujący urządzenia z różnych półek cenowych. Drugie miejsce? Xiaomi z absurdalnie wręcz tanim i przez to popularnym sprzętem. Trzecie miejsce zajmuje Apple, które – przynajmniej według IDC – zaliczyło spory spadek (wyczekiwanie na Apple Watch serii 2). Czwarte miejsce? Garmin, z dwukrotnie wyższą sprzedażą niż w analogicznym okresie rok temu.

Stawkę zamyka raczej nieznany u nas, chiński Lifesense. I oczywiście całe multum innych producentów, którzy w sumie dostarczyli w drugim kwartale tego roku 9,5 mln urządzeń. Czyli więcej niż Xiaomi, Apple, Garmin i Lifesense w sumie. Kto wie, może ktoś z tej grupy pościgowej będzie w stanie się wyrwać.

Mamy więc wzrosty Garmina, Fitbita, Xiaomi i Lifesense. Mamy też wzrosty dla całego rynku (na poziomie 26,1 proc.) i to nawet pomimo tego, że jego teoretyczny, marketingowy motor napędowy (przynajmniej na razie), czyli Apple, zanotował ogromny spadek.

Nie mamy tylko jednego z tych wszystkich przepowiedni – dominacji Apple’a. Tak jak np. przez długie lata udawało się z iPadem, który nawet pomimo licznej, androidowej konkurencji potrafił zachować koszulkę lidera.

Czyli Apple Watch… nikogo nie pokonał.

Wręcz przeciwnie – przysłużył się wszystkim. Apple’owi pewnie, jak to zwykle bywa, przyniósł masę pieniędzy. Konkurencję zmusił do działania – czy to upodabniania się do Apple Watcha, czy to szukania własnej niszy i doskonalenia się w niej.

Klientom nie tylko udowodnił, że smart zegarki mogą być Apple-cool, ale i części z nich pewnie w ogóle uświadomił, że zegarek może pokazywać coś więcej, niż tylko godzinę.

Teraz przypuszczony został drugi atak.

Dodanie modułu GPS i m.in. trybu pływania, a także chociażby aplikacji (niezależnego producenta) do wędrówek górskich pokazuje, że Apple zaczyna powoli wdzierać się z buciorami (ok, skórzanymi i wypolerowanymi, ale jednak buciorami) na terytorium Suunto, Garmina, Polara i podobnych. Na terytorium, na którym do tej pory mogli czuć się bezpiecznie. W końcu jak zegarek bez GPS mógł im zagrozić? Właśnie – nie mógł.

Teraz może. Tak, to produkt pod wieloma, głównie sportowymi względami upośledzony. Wystarczy spojrzeć na maksymalny czas pracy bez ładowania z włączonym GPS – 5 godzin. 5 godzin maksymalnie i bez robienia na nim czegokolwiek innego. I pewnie z wyłączonym ekranem.

Smutno-śmieszne w zestawieniu z poważniejszą, sportową konkurencją. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że Apple Watch serii 2 wytrzyma np. godzinny bieg, a potem cały dzień używania bez doładowywania. Dłuższa wycieczka w góry? Cóż, Apple Watch zapisze tyle trasy ile zdoła, a potem padnie gdzieś w 2/3 drogi. O wyprawach wielodniowych już lepiej nie wspominać, a są do znalezienia bez problemu zegarki, które sobie z takim zadaniem poradzą bez podpinania do prądu.

Przykłady takich braków można zresztą mnożyć, ale wszystko prowadzi właściwie do jednego wniosku:

Apple Watchowi brakuje jeszcze bardzo, bardzo wiele.

Ale kierunek rozwoju został już wyznaczony. Konkurenci zostali wyznaczeni i będą musieli zmierzyć się z tym, że Apple po dość spokojnym zapoznaniu się z rynkiem, będzie walczył bezpośrednio o ich klientów.

Taki, teraz Apple Watch jest pod wieloma względami po prostu taki sobie. Jako zwykły zegarek z powiadomieniami może i jest ok, ale nie wyobrażam sobie zastąpić nim np. Feniksa 3.

Ale masa tych niedostatków to kwestie czysto systemowe. Kwestie, które da się rozwiązać aktualizacjami, dodatkowymi programami i podobnymi. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby Apple Watch był dla zdecydowanej większości np. biegaczy czy rowerzystów tak dobry, jak pierwszy lepszy Garmin czy Polar. Nie dla wszystkich, ale dla dużej części, wręcz dla większości. Bo tak naprawdę po co im to całe (szacowane) VO2 max., asystent odpoczynku czy oscylacja pionowa? Po nic. A jeśli już – to też może pojawić się w Apple Watchu.

Apple może więc dogonić Garmina, Polara i Suunto, podczas gdy oni Apple’a dogonić w sprawach smart nie mają jak. Porównajmy chociażby zegarkowy sklep Apple’a i Garmina. I wyobraźmy sobie, że ta przepaść może być docelowo jeszcze większa.

Jednego Apple nie będzie w stanie na pewno zaoferować – uniwersalności. Suunto podłączę do niemal dowolnego telefonu, tak samo jak Garmina i Polara. Apple Watcha już nie i pewnie nigdy nie będzie takiej opcji. Ale tutaj z kolei z drugiej strony zaatakuje Android Wear, z którym eksperymentuje nawet Polar.

Choć, można na to popatrzeć jeszcze z innej strony. Czy na Garminie mogę trenować z aplikacją Stavy? Albo Endomondo? Nie. Na Apple Watchu mogę.

A cena?

Tutaj też na razie jest średnio, choć – powiedzmy – perspektywicznie. Jeśli Apple będzie zachowywał swoją wycenę Watcha, ten – gdy odpowiednio dojrzeje – trafi na średnio-wysoką półkę zegarków sportowych. Nie będzie najdroższy – z łatwością znajdzie się od niego sporo droższych propozycji. A jego starsze generacje będą tanieć i tanieć, zostawiając coraz mniej miejsca na półce średniej i średniej-niskiej. Na sprzęty poniżej 1000 zł nadal będzie miejsce, ale powyżej tego poziomu – przynajmniej dla posiadaczy telefonów Apple’a – wybór może okazywać się oczywisty.

Teraz wybór jest prosty.

Chcesz dobry zegarek sportowy? Wiadomo wśród jakich firm szukać. Chcesz dobry smart zegarek? Tutaj też wszystko jasne. Tyle tylko, że te dwie grupy firm się nie pokrywają.

Ale w końcu będą. Przecież nikt nie chce mieć dwóch inteligentnych zegarków – chce mieć jeden, wystarczająco dobry i zaspokajający jak najlepiej jak najwięcej potrzeb. I nie mam wątpliwości, że w tej grupie znajdzie się też Apple. A że nie zna się na robieniu zegarków sportowych? Cóż, kiedyś nie znało się na robieniu telefonów.

Z niecierpliwością czekam więc na kolejną generację Apple Watcha, tę przyjmując po prostu jako kolejny krok w dobrym kierunku, ale jeszcze bardzo, bardzo daleko od celu. A jeśli i ta okaże się kiepska? Cóż, wtedy będę liczył na to, że Suunto i Garmin będą się poczynaniom Apple’a bardzo uważnie przyglądać…

Zobacz: iPhone 7 po kilku dniach

Czytaj i oglądaj więcej iPhonie 7:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement