Lata 90. XX wieku – najlepszy okres w historii kina. Potem technologie zepsuły wszystko

Felieton 12.08.2016
Lata 90. XX wieku – najlepszy okres w historii kina. Potem technologie zepsuły wszystko

Cieszę się, że jeszcze nie widziałem wszystkich dobrych filmów z lat 90. XX wieku, bo była to żywa definicja tego, czym powinno być kino. Przygodą, opowieścią, świetnym aktorstwem. Przypominam, bo może niektórzy z was zapomnieli i nie potrafią już odnaleźć się na filmie, w którym nie wysadza się w powietrze przynajmniej trzech bohaterów Marvela. 

Czy to jest z mojej strony jakiś antyprzyszłościowy manifest? Oczywiście nie, lubię filmy, nawet te współczesne, choćby w ostatnich latach bardzo mi wpadły w oko Whiplash, Koneser, Rush czy Bękarty Wojny. Ale trzeba przyznać, że o dobry film jest dzisiaj bardzo trudno i wystarczy w tym celu spojrzeć na ekspozycję plakatową pobliskiego kina. Spoglądam na pobliski afisz, od lat zmienny w zawartości, ale nie treści: przynajmniej ze dwa filmy o superbohaterach (nie znoszę) równocześnie, kolejne dwa filmy o byle czym, żeby tylko pokazać efekty 3D, Minionki, jakiś dramat, na który chodzi sześć osób dziennie, cokolwiek z Tomaszem Karolakiem lub Żmudą-Trzebiatowską i najbardziej interesująca z tych propozycji promocja na popcorn.

Moim zdaniem kino jako forma sztuki, choć zastrzegam, że żaden ze mnie znawca, swoją kluczową pozycję osiągnęło w latach 90. XX wieku. Co znamienne, zbiegło się to w czasie z potęgą imperium Stanów Zjednoczonych i pewnie nie ma w tym przypadkowości. Szczęśliwe to były czasy, gdy największym problemem Amerykanów były osiem rozmiarów za duże kiczowate garnitury i czy Ross wreszcie zejdzie się z Rachel.

Tempa amerykańskiej kinematografii nadawali Bruce Willis, Mel Gibson, Al Pacino, Robert DeNiro, Tom Hanks, Morgan Freeman, Denzel Washington, Tom Cruise czy Brad Pitt, świeciły gwiazdy Demi Moore, Winony Ryder, Jodie Foster, Julii Roberts czy Andie MacDowell. W 1995 roku do najważniejszego z Oscarów nominację dostały Forrest Gump (laureat), Cztery wesela i pogrzeb, Pulp Fiction, Quiz Show i Skazani na Shawshank. Dla porównania chwilę temu Akademia musiała wybierać pomiędzy Spotlight, Marsjaninem, Zjawą, Mad Maxem czy Mostem szpiegów. Czy te filmy w podobnym stopniu napiszą historię? Czy ktoś będzie mówił o nich „klasyka” za 20 lat? Wątpię.

Uwielbiam filmy z lat 90. XX wieku. Sposób reżyserii, aktorstwo, ale przede wszystkim ich klimat i narrację. To nie tylko sentymenty. Nawet całkiem przeciętne historie, niezbyt doceniane w tamtym czasie przez krytyków, z perspektywy dzisiejszej kinematografii prezentują się niczym przedstawiciele prawdziwej sztuki. Wszystko było tak, jak trzeba – wstęp, rozwinięcie, zakończenie (a jak Quentin Tarantino miał ochotę, to w różnej kolejności). Film był przygodą i wycieczką do innego świata. To jest niesamowite, że ten „ciemnogród”, który przecież nawet jeszcze aktywnie nie korzystał z internetu, potrafił wymyślać oryginalne i inspirujące historie, które nawet jeśli nie zawsze zmieniały nasze podejście do życia, to przynajmniej do dziś mamy je w pamięci.

Teraz opuszczając kino czasem mam problem z przypomnieniem sobie o czym był film, który oglądałem przed chwilą.

Z oczywistych względów akurat w tym wypadku winię rozwój technologii, choć zapewne motywowany komercyjnymi względami. Blockbustery zawłaszczyły budżety, na dobre historie nie ma już pieniędzy, w rezultacie mamy Avengersów i ckliwe, identyczne kropką w kropkę romansidła, na które zabrakło już zresztą budżetu. Tak na dobrą sprawę, kiedy ostatnio oglądaliście jakąś dobrą komedię? Pierwsze Kac Vegas czy jesteście z tych  bardziej wymagających i jeszcze wcześniej? A przecież nie przestaliśmy, jako ludzkość, być nagle śmieszni.

Druga sprawa jest taka, że nienawidzę green screena z pasją wykorzystywanego w kolejnych produkcjach. Nic dziwnego, że filmy mają problem z oddaniem ducha epoki, skoro większość z nich powstaje dzięki wysiłkom aktorów tkwiących po kilkanaście godzin dziennie w zgniłozielonej klatce.

Po pierwsze tanie efekciarstwo i wybuchy zamiast dobrych scenariuszy, po drugie komputery odwalające za aktorów i twórców lwią część roboty. Dorzućmy jeszcze marketing rodem z Pudelków, by do sprzedania filmu wystarczył DiCaprio (może nic nie robić, półtorej godziny leżeć i jęczeć w cierpieniu) i receptę na komercyjny sukces mamy gotowy.

Na szczęście tę rolę „opowiadaczy” historii trochę przejęły w ostatniej dekadzie seriale, choć należy mieć na uwadze, że mamy tu do czynienia z zupełnie odrębnym gatunkiem artystycznym.

Niczego z tym nie zrobimy, to technologiczno-medialna rzeczywistość, w której przyszło nam żyć. Dlatego na spokojnie dawkuję sobie filmy z lat 90. XX wieku (i ich bezpośrednich okolic), bo kiedy obejrzę je wszystkie, to możliwe, że umrze dla mnie kino.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement