Studio YaYo to żaden tragiczny przypadek. To podsumowanie poziomu polskiej satyry

Felieton 12.07.2016
Studio YaYo to żaden tragiczny przypadek. To podsumowanie poziomu polskiej satyry

Długo, naprawdę długo wytrzymałem, no ale kurna bez przesady. 

Na przełomie ustrojów w kraju nadawały ze dwa kanały telewizyjne, nie mieliśmy internetu, nie było na co przełączyć jak Jedynka i Dwójka transmitowała chłam, ani nie można było na Twitterze skonsultować czy to tylko my mamy gorszy dzień, czy telewizja znowu sięgnęła poziomu dna.

Wykształcił się wtedy pewien podgatunek osobowości medialnych, których zbiorczo określano mianem satyryków. Wymieniać mógłbym długo – Tadeusz Drozda, Krzysztof Piasecki, Jerzy Kryszak, Marcin Daniec i wielu, wielu innych. Być może nawet któryś z nich powiedział w życiu coś zabawnego (obstawiałbym Dańca, ale nie dam sobie uciąć głowy), niestety z czasem wszyscy tak bardzo uwierzyli w tę swoją łatkę satyryka, że już po prostu mówili, a dla urozmaicenia repertuaru wyciągali gitarę i po prostu śpiewali. Widownia, bardziej z przyzwoitości (a może była zwyczajnie głupia), trochę się śmiała, ale i tu bez przesady, ponieważ prawdopodobnie więcej rozrywki owi satyrycy dostarczyliby odczytując książkę telefoniczną.

Bełkot, bełkot, chyba zresztą wymyślany na poczekaniu bełkot i ewentualne zabiegi satyryczne polegające na modulacji głosu – polska satyra od lat leżała na poziomie dna, zdominowana przez kompletnie pozbawione uroku, błyskotliwości i świeżości twarze, odbijające na smutno kondycję intelektualną swojej widowni.

Takim typem satyryka jest dziś też współprowadzący Studio YaYo Ryszard Makowski. który głęboko wierzy, że z racji prestiżowego tytułu zawodowego może wyciągnąć gitarę, śpiewać jakieś kompletne pierdoły i show zrobi się samo – jest w końcu satyrykiem, a więc łaska uświęcająca dowcipu spłynie nawet wtedy, gdy zacznie odczytywać listę wczorajszych zakupów.

Choć pewnego razu ściągnęli go z anteny nawet w Telewizji Polskiej pod kurskim zarządem powierniczym, a to już sztuka. Bo musicie wiedzieć, że Makowski od lat pozostawał niezwykle aktywny politycznie, aczkolwiek moim zdaniem z przekonań, a nie wyrachowania, ale najwyraźniej inwestycja ta się opłaciła. Można było wrócić z emigracji do podziemia, talent został wreszcie doceniony.

O ile Pawła Dłużewskiego, tak jak i całą pozostałą polską branżę „satyryków”, mam zupełnie w nosie, o tyle Ryszard Makowski personalnie mnie jednak uwiera z bardzo prostej przyczyny – sentymenty. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy był gwiazdorem może niezbyt wyszukanego, ale jednak nieodzownie i sympatycznie kojarzącego się z dzieciństwem kabaretu (czy też może raczej festiwalu piosenki biesiadnej) OT.TO.

Niektóre z piosenek kabaretu OT.TO przenikały do popkultury szkolnej i podwórkowej lat 90-tych, bohaterowie formacji byli osobami powszechnie rozpoznawalnymi, a Makowski wydawał się tym najbardziej charakterystycznym i w swojej fajtłapowatości wzbudzającym największą sympatię. Jego ekstatyczna Lambaluna była polską odpowiedzią na Jozina z Bazin, nie muszę też chyba tłumaczyć, jak wiele zrobił dla popularyzacji zasmażki.

Przyznam szczerze, że przykro ogląda się jak bardzo Ryszard Makowski jest dzisiaj nieśmieszny, ale też jak bardzo traci kontakt z rzeczywistością stając się zakładnikiem swoich wizji politycznych – sfery dla osób ze sceny kabaretowej generalnie raczej niedostępnej, a przynajmniej – wszak satyra polityczna to też element gatunku – nie w tej skali zaangażowania. Przykre jest także z jaką zaciekłością obaj prowadzący nie dopuszczają do siebie niestety uprawnionych głosów krytyki w odniesieniu do Studia YaYo.

Mówi się, że miarą sukcesu jest liczba posiadanych wrogów i często w odniesieniu do wielu osób, np. Cristiano Ronaldo, teoria ta zdaje się znajdować potwierdzenie. Rzecz w tym, że prowadzący Studia YaYo wcale nie mają – tak mi się przynajmniej wydaje – zadeklarowanych wrogów. Część internautów z pasją obserwuje jak obaj prowadzący pogrążają się w tej żenadzie, a część rozpaczliwie krzyczy „dość”, bo po prostu nie może już patrzeć na to, jak oni się tam męczą.

Czy istnieje coś mniej zabawnego niż Studio YaYo? Tak, jest to Szymon Majewski, który prywatnie wydaje się naprawdę strasznie fajnym gościem, ale niestety idealnie wkomponowuje się w model polskiego satyryka. Biorąc pod uwagę, że od lat nie zdarzyło mu się powiedzieć niczego zabawnego, a na polskim YouTubie pałęta się gdzieś – jak klasyfikuje Michał Kempa – między Klocuchem a Bonusem BGC, ironizowanie i kpiny (oczywiście nieśmieszne i nieudane) ze Studia YaYo były po prostu nie na miejscu.

Studio YaYo może razi trochę bardziej ze względu na ogólną atmosferę rujnowania mediów publicznych, może trochę za mocno angażuje się politycznie, a może po prostu jest kroplą, która przelała czarę goryczy żenującego poziomu polskich satyryków, ale reprezentuje tak naprawdę problem polskiej sceny kulturalnej, na który od trzydziestu (a może i więcej) lat pracowało kilkanaście znanych nazwisk. Mam wrażenie, że polskich satyryków nikt nie ogląda, nikt nie szanuje, nikt ich nie lubi, ale media (szczególnie publiczne) zawsze na siłę wpychają ich nam choćby do studia kanału sportowego, jak gdyby komukolwiek byli do szczęścia potrzebni.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement