Przepraszam wszystkich muzyków, ale jeśli wielkie gwiazdy zabiją streaming, to będzie to wasza wina

Felieton/Technologie 01.05.2016
Przepraszam wszystkich muzyków, ale jeśli wielkie gwiazdy zabiją streaming, to będzie to wasza wina

Mam dosyć albumów na wyłączność w serwisach streamingowych. Dzięki streamingowi wszystko dla nas – słuchaczy – miało być wspaniałe. Tymczasem rynek zaczyna się fragmentować a serwisy walczą na albumy i artystów na wyłączność. Może to i dobrze, bo to tylko zaszkodzi Tidalowi, elitystycznemu tworowi supergwiazd. My, słuchacze, musimy przeczekać.

Od kilku dni wszyscy trąbią o Beyonce i jej nowym albumie wypuszczonym w formie filmu na platformie HBO, i albumu na Tidalu. Co chwilę widzę jakąś wzmiankę o Beyonce, o tym jak przełomowa to płyta, jak ważna dla kultury masowej i tak dalej. Przez chwilę nawet chciałam ją przesłuchać, jednak gdy sprawdziłam Deezera i Spotify (serwisy streamingowe, których używam naprzemiennie, jednego w płatnej, drugiego w bezpłatnej wersji) i okazało się, że Lemonade tam nie ma, odpuściłam. Nie będę przecież zakładać do konta na Tidalu by przesłuchać coś jeden raz.

Przez głowę przemknęła mi myśl, by może sprawdzić torrenty i spiracić album, jak za starych, dobrych, przedstreamingowych czasów. Nawet weszłam i wyszukałam. Pomyślałam jednak, że to nie dla mnie i nie chce mi się bawić w torrenty.

Lemonade miało być ekskluzywnym albumem na wyłączność Tidala, jednak już po 48 godzinach trafiło do iTunes i Amazonu do kupienia w postaci plików mp3. Nic w tym dziwnego – artysta, nawet jeśli jest w związku małżeńskim z właścicielem serwisu, musi dotrzeć do słuchaczy.

Jednak okazuje się, że nie wszystkich. Pozbierałam jak najbardziej aktualne dane o liczbie płacących użytkowników co popularniejszych serwisów streamingowych, wygląda to mniej więcej tak:

  • Spotify – 25-30 mln płacących
  • Apple Music – 11 mln
  • Deezer 5-6 mln
  • Tidal – 3 mln

Do tego trzeba doliczyć tych, którzy używają darmowych wersji, ale te dane są jeszcze cięższe do zdobycia.

Beyonce wstrzymując publikację Lemonade pokazała środkowy palec 30-40 milionom słuchaczy, którzy co miesiąc płacą 10 dolarów, 20 złotych czy inne kwoty za możliwość wygodnego i legalnego słuchania muzyki. Sprawiła, że ludzie tacy jak ja, skuszeni szumem, nie mogą odsłuchać albumu w naturalny dla nich sposób i być może stać się fanami. Co więcej, wysłała tysiące użytkowników na pirackie strony.

Naprawdę mam uwierzyć, że nawet wielcy fani Beyonce z kraju takiego, jak Polska, gdzie iPhone’y, a co za tym idzie iTunes, nie są tak bardzo popularne; gdzie ludzi wciąż ciężko przekonać do tego, że warto płacić nawet 20 złotych za abonament do kilkudziesięciu milionów utworów zamiast na Pirate Bay’a skierują się do App store’u, by pobrać Tidala i założyć konto lub kupią album w iTunes?

Nie twierdzę, że to się Beyonce i jej studiu nie opłaca. Musi, bo inaczej premiera wyglądałaby inaczej.

Jednak obserwując cyrk z Kanye’em Westem i wyłącznością Tidala na jego album, która szybko przestała istnieć, i powolny wzrost bazy użytkowników samego Tidala mam wrażenie, że gwiazdy oderwały się od rzeczywistości.

Po starcie Tidala pisałam, że to skok na kasę i elitarystyczne podejście do muzyki. Beyonce, Kanye, Adele czy nawet Prince mogą pozwolić sobie na wydawanie albumów na CD, w serwisie z 3 milionami użytkowników, czy nawet na archaicznym pod względem modelu sprzedaży iTunes. To supergwiazdy z milionami wiernych fanów i milionami na koncie; to gwiazdy które same stawiają warunki i nie zaboli ich strata małej części fanów, czy potencjalnych fanów. Mają już pozycję, której nie zagraża niemal nic.

Mniejsze bandy nie mają takiej wolności, bo muszą zarabiać na bieżąco, by móc tworzyć na bieżąco. Muszą więc wychodzić do fanów i pojawiać się wszędzie, gdzie mają szansę zdobyć nowych. Muszą zdobywać popularność, by przyciągać ludzi na koncerty. Pojawiają się więc na każdej możliwej platformie i często udostępniają też muzykę za darmo na YouTube.

Nawet jeśli zgadzają się na ekskluzywne udostępnienie albumu konkretnemu serwisowi trwa to maksymalnie kilka dni – tyle, że użytkownicy innych serwisów nie zdążą jeszcze zirytować się mocno lub zapomnieć o premierze.

Powstała dziwna sytuacja, chaos który szkodzi przede wszystkim słuchaczom. Wszystko miało być wspaniale, w końcu doświadczanie muzyki miało być niemal niezauważalne, pozbawione wszystkich dodatkowych przeszkód – płacę raz na miesiąc, słucham – a okazuje się, że muszę trzymać rękę na pulsie kto, gdzie i jak wypuszcza swój album.

Przepraszam wszystkich muzyków, ale jeśli wielkie gwiazdy i Tidal wykończą mój serwis streamingowy, to będzie to wasza wina. W końcu mam miejsce, które informuje mnie o premierach moich ulubionych artystów, daje mi możliwość błyskawicznego posłuchania tych premier, podpowiada mi, co mogę polubić i dzięki niemu odkrywam mało znanych, ale wspaniałych wykonawców. Nie chcecie tu być? W porządku, zostańcie na Tidalu, iTunes i płytach CD.

Tracicie jednak prawo do narzekania na piractwo. Kto jak kto, ale wy POMIMO piractwa poradziliście sobie świetnie.

Gdyby nie to okropne, niepłacące Spotify, wasz Tidal nigdy by nie powstał i nie mielibyście wieży, w której możecie się zamykać. I nie, to nie Spotify zżera większość waszych pieniędzy, a gigantyczne wytwórnie, z którymi macie kontrakty.

Nie wiem, jaka jest przyszłość muzyki, mam tylko nadzieję, że nie będzie kreowana przez gwiazdy, które oderwały się od rzeczywistości i nie zabije serwisów streamingowych. Chociaż Tidala mogłaby.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement