Jak zepsuć dowolny sprzęt AGD? Wystarczy podłączyć go do internetu

Felieton/Technologie 06.04.2016
Jak zepsuć dowolny sprzęt AGD? Wystarczy podłączyć go do internetu

Jest na Twitterze wspaniałe, satyryczne konto Internet of Shit. W bio wyczytać można, że aby popsuć rzeczy wystarczy wsadzić w nie chip. Satyra satyrą, ale osoba prowadząca to konto doskonale ujmuje szaleństwo tworzenia rzeczy inteligentnych, nawet gdy nie ma w tym żadnego sensu i rysuje czarną przyszłość – przyszłość, która już się zaczęła.

Trend inteligentnych przedmiotów i urządzeń nie jest nowy. Dawno, dawno temu marzyliśmy o domach, którymi można zarządzać telefonem lub głosem, o kominkach które rozpalają się zaraz po wejściu właściciela, o zdalnie otwieranych i zamykanych oknach, o lodówce, która sama wie, kiedy zamówić konkretne produkty, o kontrolowanym z aplikacji ogrzewaniu i tak dalej.

Od kilku lat wszyscy w branży technologicznej mówią o inteligentnych samochodach, AGD, domach czy przedmiotach codziennego użytku. Pamiętam, jak w San Francisco przedstawicielka Intela opowiadała mi, jak ogromny to będzie rynek – wszystko, nawet szklanki i ściany, będą miały czujniki i chipy, i będą porozumiewać się między sobą. Inteligentne podobno bywają już rury kanalizacyjne – informują, gdy coś gdzieś dzieje się nie tak, jak powinno.

Piękne to wizje, które powoli sprowadzane są na ziemię przez codzienność. Świat niemal jednogłośnie wyśmiał Juicero, “inteligentną” wyciskarkę do soku za 700 dolarów, która wymaga dostarczanych kurierem, odpowiednio spreparowanych pakietów warzyw i owoców w cenie sięgającej 10 dolarów za szklankę soku. Juicero łączy się jednak z WiFi, więc po włożeniu pakietu można włączyć maszynkę telefonem!

Urządzenie do przygotowywania ryżu też nie jest lepsze. Trzeba zeskanować woreczek, wsadzić go do urządzenia, w aplikacji ustawić preferowane opcje i wcisnąć odpowiedni przycisk. Genialne, wygodne i komfortowe!

Internet Rzeczy wciąż jest podobno w powijakach, jednak jedna z konsumenckich branż jest już świetnie rozwinięta – samochody.

Praktycznie każdy nowy model posiada jakieś funkcje “smart”. Co się dzieje, gdy dobierze się do nich haker można było przeczytać w świetnym eksperymencie The Wired. Zważmy na to, że utalentowana osoba potrafi włamać się niemal do wszystkiego, o czym opowiada ten mini-reportaż.  Dlaczego więc nie mogliby się włamać do inteligentnych przedmiotów?

Jakiś czas temu internet obiegła nieco przerażająca historia o dziecku, które w nocy słyszało głosy. Okazało się, że do elektronicznej niańki podłączonej do internetu włamał się jakiś mężczyzna i nocami, gdy dziecko było samo, obserwował je i mówił do niego.

Podłączanie wszystkiego w domu do internetu staje się coraz modniejszą codziennością. Oświetlenie, telewizory, kamery, lodówki, pralki, zmywarki, baterie łazienkowe, niańki, auta, drzwi czy odkurzacze – wszystko robi się smart. Tymczasem włamanie się do domu wcale nie jest takie trudne.

Włamanie włamaniem, Internet of Things niesie ze sobą jeszcze inne zagrożenia. Google, który kupił Nesta, kupił też Revolv, producenta hubu do kontroli inteligentnego domu. Dziś świat obiegła informacja, że Revolv przestaje być wspierany, co oznacza po prostu, że przestaną działać w połowie maja. Zostaną wyłączone.

To problem który wynika po części z parowania hardware’u z software’em i tego, że otwartość, o którą wiele lat temu jeszcze się walczyło, otwartość polegająca na wolności wyboru urządzeń osobno od systemów operacyjnych już niemal nie istnieje. Użytkownik kupuje urządzenie i licencjonuje oprogramowanie, które go obsługuje. Coraz częściej nie ma także prawa grzebać w oprogramowaniu czy zmieniać go. A potem okazuje się, że urządzenie można wyrzucić do śmietnika gdy producent bankrutuje lub znudziło mu się wsparcie. A wsparcie oznacza często konieczność podłączenia do internetu i korzystania z serwisów chmurowych, i serwerów producenta.

Jednak problem wydaje się mniejszy, gdy rzecz dotyczy pojedynczego urządzenia. Jest, istnieje, jednak nie dotyka tak bardzo, gdy nagle trzeba je wymieniać lub modyfikować z systemami obsługującymi dom czy samochód. Problem jest ogromny, gdy przestaje działać jeden element inteligentnej układanki, który odpowiada za to, czy w domu jest ciepło i czy drzwi są dobrze zabezpieczone.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze możliwość zdalnej kontroli tego, co posiadamy przez wierzycieli, banki, rządy czy przestępców, w dowolnej konfiguracji i w dowolnych sytuacjach. Co stoi na przeszkodzie, by zdalnie zablokować samochód lub dom, po uzyskaniu nakazu sądowego? Wszyscy wiemy, że system działa różnie i czasem nie fair; można wyobrazić sobie implikacje takich możliwości, gdy tylko zapóźnione instytucje publiczne wejdą w XXI wiek.

Internet of Shit to świetna nazwa na Internet of Things. W spełnianiu wizji z książek i filmów science-fiction nie ma nic złego – wszyscy chcielibyśmy, by życie stało się łatwiejsze. Problem w tym, że jak zwykle realizacja pragnień nie idzie ze świadomością konsekwencji i powiązań między różnymi aspektami życia w świecie, w którym technologie są wszędzie, a nic nie jest idealne.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement