Co zabrał nam Internet

Felieton 04.04.2016
Co zabrał nam Internet

Teoria zrównoważonego rozwoju to doktryna ekonomiczna zakładająca, że możliwy jest rozwój, w którym potrzeby obecnego pokolenia mogą być zaspokajane bez umniejszania szans przyszłych pokoleń na ich zaspokojenie. Jednak nie o środowisku i o tym, że zrównoważony rozwój nie jest możliwy, chcę napisać. Zrównoważony rozwój bez doktrynalnego podejścia może oznaczać też, że możliwy jest rozwój technologiczny, który nie zwiększa różnic i nie zmniejsza szans pomiędzy ludźmi. Przynajmniej w to chcę wierzyć.

Z technologiami i internetem mam związek oparty na miłości i nienawiści. Uwielbiam to, jak dużo szans dają nowoczesne technologie. Ludzie w małych miejscowościach czy w biednych rejonach mają większy dostęp do wiedzy, dóbr i szans dzięki internetowi właśnie. Przepływ informacji i idei stał się łatwiejszy, powstały nowe możliwości edukacyjne, zarobkowe i ścieżki kariery, a świat staje się bardziej zglobalizowany i wydaje się, że głos dostali ci, którzy głosu nigdy nie mieli. Rozmawiając w sieci nie można być pewnym, czy rozmawia się z sąsiadem czy z kimś, kto mieszka na drugiej stronie kuli ziemskiej.

O technologiach piszę już od kilku lat i od zawsze pamiętam wielkie nadzieje z nimi związane. Operatorzy dostarczający internet do największego odludzia, producenci smartfonów tworzący tanie urządzenia z przeznaczeniem na rynki rozwijające się, korporacje internetowe oferujące darmowy internet z balonów, dronów, pod warunkiem, że sami wybierają, co można w sieci robić. Platformy i usługi przeznaczone dla rolników w krajach, w których dziennie zarabia się mniej niż dolara. I tak dalej – niemal każda szanująca się firma technologiczna tłumaczy swoje działanie zwiększaniem szans.

To prawda, nigdy w historii nie było tak łatwo założyć biznesu o globalnym zasięgu, zasięgnąć informacji pogodowych, czy wziąć pożyczki na naprawę przeciekających dachów.

Ta spełniająca się  wizja nowoczesnego świata z aktywnymi obywatelami korzystającymi z takich samych możliwości jest piękna i idealistyczna. I niestety, nie do końca prawdziwa. Spora jej część to ładnie podane, marketingowe gadki.

Rozwój technologii będzie korzystny dla wszystkich tylko i wyłącznie wtedy, gdy zestawi się go z obecną sytuacją ekonomiczną i społeczną na świecie, i tylko i wyłącznie pod warunkiem zrównoważonego rozwoju, który zapewni przyszłym pokoleniom takie same lub większe możliwości.

Co biednemu i głodnemu człowiekowi z tego, że ma dostęp do sieci, skoro nie ma za co kupić w niej towarów, nie ma za co skorzystać z dobrej jakościowo, w znakomitej większości płatnej, edukacji, by zwiększyć swojej możliwości i gdy nie jest wyposażony w podstawowe narzędzia pozwalające na skorzystanie z dostępu do sieci?

Dokładne dane na temat tego, ile osób, jaki odsetek, udanie skorzystało z szans na rozwój i poprawienie własnej sytuacji, jakie dają technologie nie istnieją, głównie dlatego, że ciężko je pozyskać.

Tym bardziej, że w międzyczasie świat boryka się z wieloma innymi problemami zamazującymi obraz, wpływającymi na siebie nawzajem.

Rozwój technologiczny nie jest oderwany od reszty świata.

Przez ostatnie dekady w zachodnim myśleniu dominowało przekonanie, że nierówności znikają, gdy kraje rozwijają się technologiczne. Ludzie mają wtedy więcej możliwości na poruszanie się po społecznej drabinie. Amerykański sen – od pucybuta do milionera – zakładał, że talenty, umiejętności czy trening, tzw ludzki kapitał, w erze technologicznego rozwoju zwyciężą finansowy kapitał. Tymczasem postęp technologiczny sprawił, że różnice zdają się pogłębiać.

W Stanach Zjednoczonych, mekce społecznej mobilności i hubie technologicznym, z którego wywodzi się gros innowacji i kapitału finansowego, mobilność społeczna zanika. Amerykański sen jest niemal niemożliwy do spełnienia. Pracowitość i zaradność wcale nie dają szans na osiągnięcie sukcesu i w wielu przypadkach oznacza po prostu utrzymanie się na obecnym poziomie zamożności przy większych nakładach pracy. Wydajność rośnie, wzrasta PKB i wskaźniki ekonomiczne dla całego kraju, podczas gdy sytuacja przeciętnego pracownika zamiast ulegać polepszeniu pogarsza się.

Pamiętacie co mówiłam o możliwościach jakie dają technologie? Nigdy jeszcze firmy nie miały takich możliwości działania na arenie międzynarodowej. Ta globalizacja przestaje być pozytywna jeśli wziąć pod uwagę ludzi, którzy pozostają na miejscu i nie dostają takich możliwości. Dziś firma może zrezygnować z zatrudnienia ludzi na miejscu na rzecz outsourcingu na innym kontynencie. Na dodatek outsourcing wspierany przez technologie i tak tworzy mniej miejsc pracy, niż wcześniej.

Kapitał finansowy nie zna granic. Wymyka się im i szybko dostosowuje się do nowej rzeczywistości, podczas gdy kapitał ludzki nie jest w stanie nadążyć. Ma inny charakter, zakorzeniony jest w ludziach, którzy nie rozwijają się tak szybko jak technologie. Tworzy się coraz większa przepaść, którą widać w rosnących zyskach najbogatszych i zjawisko to odbywa się coraz bardziej globalnie.

W ostatnich kilku latach powstał na zachodzie kult startupowca. Wielu młodych ludzi chce zostać kolejnymi Zuckerbergami, stworzyć technologiczny produkt, który po kilku latach będzie globalnym sukcesem lub zostanie sprzedany, razem z grupką 30 pracowników, za kilka miliardów dolarów. Startupowiec to nowy przedsiębiorca zasługujący na szacunek i inspirujący kolejne pokolenia młodych ludzi.

Problem w tym, że nie każdy może zostać startupowcem a sam proces odnoszenia sukcesu przez startup jest świetnym przykładem na to, jak zmienił się rynek i jak zmniejsza szanse na stabilne, może nie tak efektowne życie przeciętnego człowieka. Żeby odnieść sukces w świecie nowych technologicznych firm trzeba mieć konkretny zestaw umiejętności i szans: znajomość nauk ścisłych, kreatywność, zaradność w biznesie. Często trzeba mieć też sporo kapitału do przepalenia, choćby nieswojego i zebranego w rundach finansowania.

Zwykle trzeba wymyślić nowy sposób na zrobienie czegoś, co dotychczas wymagało kapitału ludzkiego bez jego udziału, lub z jak najmniejszym udziałem. Stworzyć firmę, w której kilka osób zajmuje się pracą, jaką wcześniej wykonywało kilkaset osób, stworzyć produkt, który konkuruje ze “starymi” produktami wydajnością, zautomatyzowaniem i ucięciem kosztów.

Szybki sukces dzięki technologii oznacza gwałtowny wzrost i zagarnięcie globalnych rynków, oznacza też ogromne, nieosiągalne wcześniej nagrody.

Google w 10 lat rozrósł się tak, jak “przedtechnologiczne firmy” rozrastały się w 30-40 lat pracy wymagającej większych nakładów i angażowania kapitału ludzkiego i finansowego. Nagrodę Google przeznaczył na dalszy rozwój i zagarnianie kolejnych rynków. Jednocześnie sprawił, że konkurencyjność na rynkach, na których już odniósł sukces jest niewielka, a nowi gracze niemal niemożliwi do stworzenia.

Jest jakaś wielka, kosmiczna ironia w tym, że w krajach, w których sytuacja przeciętnego pracownika pogarsza się z roku na rok, po części dzięki głębokiemu mariażowi technologii z gospodarką, ci ludzie używają produktów Google’a w nadziei poprawienia swojej sytuacji.

Obecne pokolenie karmione od dawna bajkami o sukcesie i możliwościach powiększa różnice społeczne, sprawia, że bogatsi stają się coraz bogatsi, a biedniejsi jeszcze biedniejsi. Wykorzystuje do tego technologie i trzyma się z daleka od zrównoważonego rozwoju, bo zrównoważony rozwój oznaczałby, że trzeba lepiej rozplanować kierunek, w którym zmierza świat i globalna gospodarka a co za tym idzie, być może przyhamować niemal nieograniczony rozwój technologii i kapitału na rzecz tych, którzy zostają w tyle.

Podczas gdy zwykły człowiek dostanie możliwość dokształcenia się przez internet w księgowości kolejny startup z wielomilionowym dofinansowaniem usprawni księgowość tak, że kapitał ludzki będzie już niemal niepotrzebny.

W tym samym czasie obserwuję też początki istnienia internetu podzielonego ze względu na zasoby finansowe. To z pozoru egalitarne miejsce staje się coraz mniej egalitarne: wiedza kosztuje, trzeba za nią płacić, za dobre jakościowo, dające potencjał na indywidualny rozwój informacje i wiadomości też coraz częściej trzeba płacić. To nic nowego, po prostu model przeniesiony ze starych mediów, ale stojący w sprzeczności z bajką o równości w sieci. Nie stać cię, to nie dostaniesz dostępu do bazy naukowej, rozrywki i kultury, do poważnie opracowanych, nieclickbaitowych informacji – ergo: będziesz miał mniej narzędzi do odniesienia sukcesu.

Internet i technologie nie tworzą nowych możliwości i nie zrównują szans w sposób dotychczas niespotykany. To po prostu odbijanie starych schematów w sposób globalny i szybszy niż w historii. A ponieważ rozwijają się coraz szybciej, różnice powiększają się wprost proporcjonalnie.

Lubię czytać o nowościach. O tym, jak VR podbije świat, o tym że Microsoft pokazał prototypy rozmów holograficznych niczym z filmów science fiction. Jednocześnie nie mogę pozbyć się myśli siedzącej gdzieś z tyłu głowy, że jeśli nic się nie zmieni, to te wspaniałe nowości będą coraz mniej osiągalne dla coraz większych mas ludzi. A ponieważ wszystko przyspiesza, te nowości mogą nigdy nie dotrzeć pod strzechy, jak telefon, telewizor i internet.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement