Uwielbiamy wierzyć, że nasz głos w Sieci to coś więcej, niż lajki i komcie

Felieton/Technologie 12.03.2016
Uwielbiamy wierzyć, że nasz głos w Sieci to coś więcej, niż lajki i komcie

Internet został stworzony dla zdjęć kotów oraz jako miejsce do bycia wiecznie oburzonym. Ponieważ nie było jeszcze w historii tak publicznego, globalnego miejsca, nie doświadczaliśmy jeszcze nigdy zjawisk międzynarodowych grup święcie oburzonych. To jednak odwróci się przeciw oburzonym, już zaczęło.

Człowiek zmienia się, to naturalne, zmieniają mu się też poglądy i świadomość poszczególnych sytuacji. Przynajmniej tak być powinno. Dlatego muszę przyznać się, że kiedyś też pewnie zdarzyło mi się uczestniczyć w nieformalnych grupach oburzenia. Potem jednak zrozumiałam, że świat nie jest taki biało-czarny a każdy z nas jest człowiekiem.

Pamiętacie wpadkę wódki Żytniej na Facebooku? Kobieta z agencji znalazła fotkę, którą skojarzyła z imprezą, wrzuciła ją na fejsa Żytniej z komentarzem i nagle skończył się świat. Okazało się, że nie dość, że zdjęcie chronią prawa autorskie, to jeszcze przedstawia ono nie imprezę, a postrzelonego przez ZOMO Michała Adamowicza, niesionego przez kolegów podczas protestów z 1982 roku w Lublinie.

Internet eksplodował oburzeniem, trochę też żartami, ale oburzeniem przede wszystkim. Ludzie nawoływali do bojkotów Żytniej, zwolnienia osoby odpowiedzialnej za głupiego posta, a o sprawie mówiły niemal wszystkie media i telewizje.

Pamiętamy też o sprawie dentysty ze Stanów, który zastrzelił w Zimbabwe lwa Cecyla z rezerwatu. Internet wybuchł oburzeniem na takie łamanie i naginanie prawa, i krwiożercze zapędy. Do tego stopnia, że na domu dentysty pojawiły się napisy a on sam musiał zamknąć praktykę.

Justine Sacco, dyrektorka marketingu w pewnej firmie, przed wylotem na urlop wrzuciła na Twittera mocny żart. Gdy wysiadła z samolotu przekonała się, że świat social media zareagował oburzeniem tak mocnym, że Sacco straciła pracę. Tim Hunt, zdobywca nagrody Nobla, na konferencji rzucił żartobliwy komentarz o kobietach – pewna aktywistka szybko go podchwyciła, wyrwała z kontekstu i wywołała aferę pełną oburzenia tak dużą, że Hunt został zmuszony to zrezygnowania ze stanowiska profesora honorowego na Uniwersytecie College London.

Mike Ward, kanadyjski komik, podczas występu wykorzystał chłopca ze zniekształconą przez chorobę twarzą, zażartował w tonie tzw. czarnego humoru. Internet się oburzył a chłopiec pozwał komika przed kanadyjskim trybunałem praw człowieka – organem, który ma władzę sądowniczą. Chłopiec tłumaczy, że żarty Warda go uraziły na tyle, że zaszkodziły jego pewności siebie, karierze oraz że rozpowszechniają szkodliwe stereotypy.

W ogóle komicy często wpadają w ręce oburzonych. Nieudane, kontrowersyjne, obrazoburcze żarty, ale czasem też te niewinne, stają się przyczynkami do bojkotów, odwoływania występów, zwalniania z pracy i tak dalej.

Twitter króluje w tym oburzeniu

Istnieją ludzie, którzy niemal zawodowo zajmują się angażowaniem ludzi w wirtualne protesty, które mają realne konsekwencje. Powołują się na poprawność polityczną a urażenie uczuć jest ich bronią. Umiejętnie angażują przypadkowe osoby, bo wcale do tego dużo nie trzeba – ludzie uwielbiają się oburzać.

Lepiej przecież skupić się na jednym żarcie niż na tym, że rasizm wciąż istnieje w społeczeństwach, łatwiej oburzyć się na dentystę za upolowanie Cecyla niż na to, że ochrona przyrody szwankuje i wymierają kolejne gatunki zwierząt, a prawo nie chroni ich wystarczająco. Oburzenie się na komika za żart o osobie niepełnosprawnej jest prostsze, niż podjęcie dyskusji o problemie jako całości i zmierzenie się twarzą w twarz z własnymi uprzedzeniami. Ludzkiemu umysłowi łatwiej zrozumieć symptom niż przyczynę, symptomowi można też zaradzić (zwolnić! Zbanować!).

Przeciwnicy takiej walki na oburzenie powołują się często na wolność słowa i poglądów, i obawiają się, że oburzeni zaczynają ocierać się o… cenzurę.

Jest w tym trochę prawdy. Ile osób chciałoby czasem coś powiedzieć w Internecie, ale wie, że nie ma sensu bo zaraz zostanie się zaatakowanym przez grupę wściekłych ludzi? Nie mówię nawet o skrajnych przypadkach, ale zwykłych nieporozumieniach.

Sama zautocenzurowałam się bodajże wczoraj. Szef podrzucił mi temat z sugestią, bym skomentowała pewną aferę oburzonych nowym produktem pewnej firmy. Zdecydowałam się tego nie robić bo wiem, że wywołałaby falę komentarzy dwóch grup o skrajnie różnych poglądach. Prawdopodobieństwo rozpętania wojny między dwiema bardzo zajadłymi grupami (znam obie z doświadczenia) wywołało u mnie uczucie zmęczenia. Poradzę sobie z jedną naraz, dwie to za dużo i nawet ja nie wytrzymam takiej gównoburzy.

Media często piszą o tym, jak marki i firmy przeżywają kryzysy w social media – że agencje powinny uważać, co publikują; że w każdej chwili jakiś problem, błąd czy nieścisłość może stać się centrum wielkiej wojny oburzonych. O tym, że ofiarami padają poszczególni, całkowicie prywatni ludzie, którzy owszem, może mają coś na sumieniu, ale którzy nie zawsze zasługują na wieczne (Internet przecież wszystko pamięta) potępienie, problemy w pracy, rodzinie i banicję społeczną.

Widzieliście ostatni sezon South Parku? Tematem przewodnim była właśnie nadmierna, przesadna poprawność polityczna. Do momentu, gdy każdy uważa na wszystko, co mówi. Trochę jak 1984, ale w wykonaniu Internetu i nas samych. Skutek? Odwrotny do zakładanego.

Lubimy emocje, prostotę i poczucie, że mamy jakąś siłę sprawczą, nawet przez Internet. Dołączanie do oburzonych daje nam wrażenie, że nasz głos w sieci ma jakieś znaczenie, że jest czymś więcej niż zbieraniem lajków, serduszek i komci. W Sieci wszystko jest proste i łatwo dać się ponieść emocjom i zgubić perspektywę na rzeczywistość.

A rzeczywistość jest zwykle taka, że oburzenie prowadzi do spłycenia tematu i odwrócenia uwagi od szerszych problemów. To walka z symptomami, nie z samą chorobą.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement