Dubbing, lektor czy napisy? Netfliks wie lepiej.

Blog Forum 22.03.2016
Dubbing, lektor czy napisy? Netfliks wie lepiej.

Ostatnia decyzja Netflixa, który postanowił polonizować swoje treści poprzez znienawidzony przez niektórych dubbing spowodowała ognistą dyskusję, do której postanowiłem dodać swoje trzy grosze. Zacznijmy od tego, że każda forma polonizacji ma swoje wady i zalety. Nie ma jednej, najlepszej co ma odzwierciedlenie w Waszych opiniach i co postaram się udowodnić poniżej.
Dubbing, lektor, napisy. Co różni te formy polonizacji? Dbając o zwięzłą formę wpisu skupię się tylko na najważniejszych aspektach.

Przekład jest jak kobieta. Wierna nie jest piękna a piękna nie jest wierna. Czyli wizja reżysera kontra wizja tłumacza.
Problem dotyczy każdego dzieła z jakim związane jest tłumaczenie ale absolutnie najdobitniej widać to w przypadku wierszy (czego niestety tutaj nie rozwinę). O ile książki tłumaczy się relatywnie prosto bo można skupić się na maksymalnie wiernym przekazaniu treści o tyle przy filmach nie jest już tak różowo. Najłatwiej jest z napisami. Zdanie wypowiedziane przez aktora można swobodnie przetłumaczyć skupiając się na wiernym oddaniu sensu, nawet jeśli w efekcie wyjdzie nam zdanie sporo dłuższe lub nawet dwa zdania. Trudniej jest już z lektorem – aktor, który czyta tłumaczenie ma swoją dynamikę i nawet jeśli to co czyta nie musi się pokrywać idealnie z oryginalną kwestią to jednak często tłumacz musi iść na skróty skracając oryginalne treści tak aby w dynamicznych dialogach lektor nie został w tyle za aktorami. Te przeszkody są jednak niczym przy trudzie jaki podejmują tłumacze tworzący dubbing. Tutaj dynamika tekstu w naszym języku musi pokrywać się z oryginalną wręcz jeden do jednego. Trzy wyrazy oryginału nie tylko nie sposób zastąpić inną ilością wyrazów polskich ale najczęściej muszą mieć podobną długość do oryginalnych. Jak wiernie przetłumaczyć słowo, które nie ma odpowiednika? Jak tłumaczyć specyficzne dla angielskiego idiomy? Jak trafnie ująć specyficzne zwroty? Często się po prostu nie da w efekcie czego tłumaczenie po prostu nie jest wierne a tłumacze walczą już tylko o to, żeby przekazać ducha kwestii a nie koniecznie jej znaczenie. O tym, że tłumacze przekłamują treść oryginalną po to żeby dostosować dzieło do naszych warunków kulturowych czy geopolitycznych (w których oryginału nikt by nie zrozumiał) nawet nie wspominam.

„You talking to me?!” czyli De Niro z głosem Małachowskiego.

Nie mniej ważną kwestią jest przekaz emocji i szeroko rozumiana gra aktorska. Intonacja, tembr głosu, akcent itp. Są nieodłącznym elementem gry aktorskiej i wraz z pracą ciała czy mimiką składają się na kreację postaci. Kiedy oglądamy film chcielibyśmy odebrać pełen przekaz zgodny z zamysłem reżysera czy aktora. Niestety nie każda forma polonizacji na to pozwala. Najmniej inwazyjne są tutaj z pewnością napisy. Sens wypowiedzi odczytujemy z tekstu pod obrazem a zmysł słuchu pozwala na pełne cieszenie się emocjami lub charakterystycznym akcentem naszego ulubionego aktora. Po drugiej stronie barykady jest dubbing. Podstawiający głos aktorzy z zasady (od której są oczywiście wyjątki) nie są w stanie udźwignąć trudnego zadania oddania wiernie intonacji czy emocji oryginału. Najczęściej (z przyczyn kosztowych) są to po prostu aktorzy gorszego sortu (sic!) i najzwyczajniej w świecie nie dorównują warsztatem oryginałom. Poza tym zmagają się z nie zawsze idealnie dopasowanym tłumaczeniem. Sam powiedzcie jak niby polski aktor ma oddać slang (np. londyński cockney) czy gwarę (np. fantastycznie charakterystyczną szkocką)? A wierzcie mi, takie elementy są często dramatycznie ważne dla odbioru dzieła o czym oglądając filmy z dubbingiem nigdy się nie przekonacie.Jak w tym kontekście wygląda lektor? Otóż moim zdaniem świetnie. Beznamiętny (relatywnie) głos lektora nie zagłusza całkiem oryginału i nie narzuca widzowi własnej interpretacji emocji. Dla mnie lektor jest trochę jak czcionka w książce. Zwracam na niego uwagę przez pierwsze dwie minuty, po których mózg skupia się na treści kompletnie ignorując i usuwając ze świadomości formę w jakiej jest podana. Nie sądzę żeby tylko mój mózg tak działał i dla mnie poziom ingerencji w oryginalne dzieło filmowe jest niewiele wyższy niż w przypadku napisów a dramatycznie niższy niż w przypadku dubbingu.

„Eyes up here” czyli w oczy mnie patrz!

Kolejną kwestią jest odciąganie uwagi od filmu. To dość częsty zarzut stawiany napisom i moim zdaniem całkiem słusznie. Nawet oglądając film na małym ekranie gdzie siłą rzeczy wzrok każdorazowo obejmuje cały ekran wraz z napisami część uwagi trzeba jednak na czytanie napisów poświęcić. Można się spierać czy jest to 15 % uwagi czy 2 % ale nawet oglądając filmy na telefonie napisy nie pozwalają mi się w pełni skupić na np. mimice bohatera. Ja naprawdę czuję, że część obrazu mi umyka, szczególnie przy filmach gdzie strona wizualna jest ważniejsza od fabuły (vide nowy Mad Max). Być może to niewielka część, być może tylko parę nieistotnych niuansów ale jednak.
Co jednak w przypadku kiedy siedzimy twarzą w ekranie lub w pierwszych rzędach w kinie? Znam wielu fanów takiego oglądania filmu, którzy cieszą się z dużej immersji takiej formy obcowania z obrazem, i sam osobiście doskonale ich rozumiem. Kiedyś czytałem wywiad z operatorem filmowym, z którego wynikało, że obraz jest wręcz projektowany w ten sposób żeby prowadzić widza, żeby utrzymywać jego uwagę w konkretnych momentach na konkretnych fragmentach sceny i że prawidłowo oglądany film ma nas prowadzić po całym kadrze. W takich sytuacjach napisy naprawdę potrafią utrudnić odbiór filmu. Jak w tym kontekście wygląda dubbing i lektor? Wydaje mi się, że podobnie. Obie formy polonizacji nie stają na drodze do pełnego odbioru wizualnej warstwy filmu.

Oczywiście różnic jest znacznie więcej (np. zupełnie nie sprawdzające się napisy w przypadku kiedy seriale oglądamy robiąc w tym czasie coś innego) ale i tak wyszedł mi z tego wpisu mały elaborat. Na koniec pozwólcie, że wrócę do Netflixa i ich absurdalnej decyzji dubbingowania treści. Dlaczego absurdalnej? Dlatego, że dubbing jest wielokrotnie droższym i bardziej czasochłonnym rozwiązaniem niż lektor i dramatycznie droższym od napisów. Ja dubbingu nie lubię i zawsze wybieram lektora ale nawet jeśli założymy, że zwolenników dubbingu jest tyle samo co lektora nadal pomysł wydaje się kompletnie nie uzasadniony ekonomicznie.
Po co mnożyć koszty polonizacji i w efekcie opóźniać jej wdrożenie? Mam niejakie, graniczące z pewnością przeczucie, że to decyzja podjęta z rozpędu na podstawie doświadczeń z innych, większych dla Netflixa rynków gdzie dubbing jest znacznie popularniejszy (np. we Francji).

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement