Dla tej jednej funkcji mógłbym zamienić mój obecny zegarek na Apple Watcha

Felieton/Sprzęt 11.03.2016
Dla tej jednej funkcji mógłbym zamienić mój obecny zegarek na Apple Watcha

Zliczanie kroków, monitorowanie snu, zapisywanie aktywności, wyświetlanie powiadomień, pełna synchronizacja z telefonem – wszystko to obecnie robią nie tylko droższe, ale i te tańsze smartzegarki i smartopaski. Dodatkowo robią to całkowicie automatycznie, oszczędzając nam czas i pozwalając się skupić na tym, co naprawdę ważne. Choć o jednym wciąż zapominają – być może o tym najważniejszym.

Długo szukałem dla siebie następcy mojego starego zegarka sportowego i – pomijając już to, co ostatecznie wybrałem – jednym z kluczowych czynników przy poszukiwaniach była obecności opcji nadawania trasy aktualnego biegu na żywo. Nie tyle dlatego, że liczę na to, że tłum fanów będzie obserwował moje zmagania z samym sobą, a dlatego że… każdemu może się czasem coś stać. Wtedy, zwłaszcza będąc daleko od domu, wolałbym jednak, żeby moja rodzina o tym wiedziała – w końcu nie zawsze w takiej sytuacji można zadzwonić czy wysłać SMS-a.

Niestety, samo nadawanie lokalizacji nie jest do końca satysfakcjonujące w sytuacjach naprawdę awaryjnych. Wystarczyłoby jednak, że zegarek, kiedy stwierdzi, że coś dzieje się nie tak, był w stanie wysłać powiadomienie pod wskazane numery – np. z przygotowanym wcześniej komunikatem, lokalizacją i ewentualnie kilkoma innymi, istotnymi szczegółami.

Tyle tylko, że obecnie na rynku takiej funkcji nie oferuje praktycznie nikt.

Owszem, zapis trasy na żywo możemy przesyłać nawet z aplikacji Endomondo na telefonie, ale kto na podstawie tych informacji będzie w stanie stwierdzić, że np. naszemu znajomemu coś się stało, a nie zatrzymał się, żeby odpocząć? Pomijając już fakt, że przecież mało kto będzie z zapartym tchem obserwował najzwyklejszą na świecie, godzinną czy dwugodzinną przebieżkę.

Nawet mój obecny, teoretycznie najbardziej zaawansowany zegarek sportowy na rynku, nie uwzględnia żadnej formy „powiadomienia ratunkowego”. Mimo że ma połączenie z telefonem i np. po naciśnięciu odpowiednio długo któregoś z przycisków mógłby wysłać odpowiednią wiadomość.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że producenci zegarków czy nawet smartfonów mają wszelkie dane pozwalające na wdrożenie, nawet w formie eksperymentalnej, takiej funkcji i to w wydaniu całkowicie automatycznym. Znają naszą prędkość, znają nasze tętno, mają dziesiątki danych na temat charakterystyki naszego biegu (czy innej aktywności sportowej albo po prostu ruchowej), do tego mają dostęp do danych z akcelerometrów czy innych żyroskopów. Wiedzą o nas prawie wszystko i przez prawie cały czas.

Trzeba tylko te dane poskładać w jedną całość.

Może zrobi to Apple.

Nie przepadam za stwierdzeniem, że „Apple zrobiło to lepiej”, ale w tym przypadku może to być prawda. O ile oczywiście firma zdecyduje się zrealizować swoje plany opisane we wniosku patentowym, opublikowanym m.in. przez serwis Apple Insider.

Zgodnie z nim, Apple pracuje (albo przynajmniej myśli o opracowaniu) nad systemem właśnie takich powiadomień, przesyłanych na wybrane numery (nie tylko rodziny, ale też np. do odpowiednich służb), reagującego na zdefiniowane wcześniej przez producenta „wydarzenia”.

Do monitorowania naszego zdrowia, jak łatwo się domyślić, wykorzystywany byłby głównie Apple Watch, pobierający dodatkowo szereg danych pomocniczych z iPhone’a, bez którego przecież zegarek tej firmy niespecjalnie nadaje się do czegokolwiek. Lista potencjalnych scenariuszy jest przy tym spora, ale wystarczy jeden przykład, żeby zrozumieć jak miałaby działać całość.

AI przywołuje tu chociażby sytuację, w której Apple Watch wykrywa zatrzymanie akcji serca, natomiast akcelerometr w iPhone wykrywa gwałtowne przyspieszenie – wniosek: atak serca i upadek właściciela AW i iP na ziemię. Akcja: błyskawiczne i automatyczne powiadomienie służb ratunkowych. Może i to nie wystarczy, ale na pewno daje większe szanse na uratowanie czyjegoś życia.

Jak widać, „wydarzenia” opisywane przez Apple we wniosku patentowym nie dotyczą tylko i wyłącznie przypadków „sportowych” – system miałby monitorować nas i ewentualnie reagować na zagrożenia dla życia w każdym momencie. Czy biegamy, czy jedziemy właśnie samochodem – w końcu i w tej drugiej sytuacji wszystko da się wywnioskować z danych, które iPhone i Apple Watch stale zbierają.

Dodatkowo, nie w każdym przypadku powiadomienie miałoby trafiać bezpośrednio do np. pogotowia. Apple przewiduje kilka „kategorii wydarzeń”, gdzie czasem priorytetem przy powiadomieniach byłyby właśnie służby ratunkowe, a czasem nasi najbliżsi. Uwzględniono także przesyłanie pasujących do wydarzenia informacji dodatkowych pochodzących z Apple Health.

Brzmi to pięknie, ale problemów jest od groma. Wśród nich jest… obecny Apple Watch.

Jeden z nich Apple wyraźnie zaznacza w swoim wniosku patentowym. Przy automatycznym powiadomieniu pogotowia nie można dopuścić do tego, aby zostało ono zalane zbędnymi powiadomienia wynikającymi z błędów algorytmów. Dodatkowo, skoro algorytm posługuje się zbiorem ustalonych sztywno zasad („jeśli X i Y to Z”), to pewnie znajdzie się ktoś, kto znajdzie sposób, żeby wygenerować alarm bez poważniejszego powodu. Ot tak, bo po prostu się da. Nie mówiąc już o sytuacjach, kiedy algorytm najzwyczajniej w świecie się pomyli i nagle pod naszym domem pojawi się pogotowie, mimo że nic nam się nie dzieje.

Drugą kwestią jest dokładność pomiarów i podejście samych użytkowników do monitorowania swojego zdrowia. Bez wątpienia pomiary dokonywane przez czujnik tętna wbudowany w Apple Watch są jednymi z dokładniejszych w swojej kategorii, ale daleko im do doskonałości. Daleko im do bycia prawdziwym sprzętem medycznym, na którym można polegać w każdej sytuacji. Można byłoby więc, przynajmniej przy obecnej generacji, zaufać mu tylko w przypadkach ekstremalnej zmiany tętna. W przypadku mniejszych zmian może już nie być tak dobrze i zegarek może generować szereg fałszywych alarmów, które będziemy w końcu ignorować.

Można mieć też wątpliwości co do tego, jak spisałby się zegarek w innych niż najprostszych sytuacjach, tj. spadku tętna do zera. Co przy tętnie zbyt wysokim? W końcu musi je samodzielnie zdefiniować w ustawieniach użytkownik, a ten często posłuży się do obliczeń najprostszymi wynikami z sieci, uzyskując nie do końca precyzyjne wyniki.

Wszystko to nie zmienia jednego.

Plan Apple na Apple Watcha jest bez wątpienia dużo szerzej zakrojony, niż stworzenie „zwykłego” smartzegarka. To, przynajmniej sądząc m.in. po takich informacjach jak ta z wniosku patentowego, doskonałe uzupełnienie ekosystemu, który… na razie niestety nie istnieje. Nie tyle ekosystemu sprzętów z iOS czy OS X, ale ekosystemu do monitorowania naszego zdrowia, którego budowa rozpoczęła się od Apple Health.

I nie chodzi tu nawet o Apple Watcha w obecnej generacji – ten może być jeszcze technologicznie zbyt słaby, żeby powierzyć mu nawet taką akcesoryczną funkcję w monitorowaniu zdrowia – chodzi o zegarek Apple w ogóle. Wielokrotnie zastanawiano się, czy jest on amerykańskiemu gigantowi do czegokolwiek potrzeby, czy jest po prostu odpowiedzią na działania konkurencji.

Teraz mamy chyba na to odpowiedź. A ja jestem niemal pewien, że jeśli Apple zrealizuje swój plan (i trochę swój produkt w kolejnych generacjach poprawi), to w końcu pewnie zdecyduję się na Apple Watcha. Dla siebie i nie tylko dla siebie.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement