W STYLU POP, czyli skrócony kurs czytania

Felieton/Technologie 20.02.2016
W STYLU POP, czyli skrócony kurs czytania

W związku z pewną przypadłością, na którą cierpię już ponad ćwierć wieku – czyli w związku z pracą w dziennikarstwie – mógłbym napisać poradnik pisania. Ale wydaje mi się, że znacznie bardziej na czasie byłby poradnik czytania. Krótki rzecz jasna, aby niewprawnych oczu nie stawiać przed zbyt trudnym wyzwaniem.

Zasadniczo uczyć pisania nie ma od dawna sensu. Kiedy wejdziemy do dowolnej księgarni, szybko nabierzemy przekonania, że pisarzy jest znacznie więcej niż czytelników. Najwyraźniej więc umiejętność pisania przychodzi dość łatwo. Ale gdy zagłębimy się w odmęty Internetu równie szybko spostrzeżemy, że walka z analfabetyzmem udała się w Polsce tylko połowicznie. Spora część rodaków całkiem sprawnie składa litery w wyrazy, niestety dalej jest już gorzej. W ramach walki z analfabetyzmem zapomniano o lekcjach czytania ze zrozumieniem.

Poradnik czytania wypadałoby przedstawić w punktach. Można co tydzień przyswajać jeden paragraf licząc na to, że w pewnym czasie uda się zapanować nad całością. To jak z nauką pływania – najpierw machami rękami, potem nogami, a w końcu i tak toniemy. To nie my jesteśmy oczywiście temu winni ale z pewnością inni.

1. Podczas czytania tekstu dość istotne jest przeczytanie tekstu.

Bardzo bym do tego namawiał. O ile to możliwe od pierwszego do ostatniego słowa. Rozumiem, że nie każdy ma wystarczająco dużo czasu, aby czytany tekst przyswoić w całości, ale niestety powiem coś jeszcze gorszego: czasami wątpliwe fragmenty musimy przeczytać dwukrotnie.

Na pocieszenie dodam, że czytanie podczas czytania to pozorna strata czasu. W rzeczywistości pozwoli nam oszczędzić cenny czas, gdyż w tekście znajdziemy odpowiedzi na wiele pytań, które zadaliśmy w komentarzach pod tekstem.

Co ciekawe, umiejętność dyskutowania o tekstach bez przeczytania nie narodziła się – wbrew pozorom – wraz z Internetem. To bowiem dość naturalne, że znakomicie wiemy co miał na myśli autor, pod warunkiem że darzymy go antypatią.

2. Autor niekoniecznie jest królem, jeśli używa pluralis maiestatis.

To jedynie figura retoryczna, stosowana od dość dawna. Używała jej już Ewa, mówiąc do Adama:

– Spróbujmy jabłka!

Oczywiście każde autorskie przekonanie „my kochamy” albo „po co to komu” dość łatwo obalić. Może poza stwierdzeniem, że wszyscy lubimy oddychać.

My – i tu niektórych zaskoczę – nie zawsze jednak znaczy wszyscy. My na przykład to ja i mój syn. My na przykład lubimy dobrego kebaba.

3. Teraz dojdziemy do najbardziej drażliwej kwestii. Tytuł tekstu to nie streszczenie ani nawet podsumowanie.

Podejrzewam, że niektórzy internetowi komentatorzy sięgając po „Przeminęło z wiatrem” spodziewają się lektury z zakresu meteorologii. Znajdziemy uważających, że film „Casablanca” powinien opowiadać o ciekawostkach stolicy Maroka. Jeśli ktoś spodziewa się przeczytać już w tytule dokładne wyjaśnienie, o czym będzie poniżej, to proponuję lekturę „Podań o przydział sortów mundurowych” lub „Odwołań od decyzji o zasiedleniu”.

W „Gazecie Wyborczej” mieliśmy specjalistę od fajnych tytułów, często polegających na grze słów. Rady, jak je układać, znajdziemy w wielu podręcznikach dziennikarstwa. Zasmucę wszystkich, którzy uważają, że powinniśmy dawać tytułu: „Artykuł opowiadający jak bloger uruchamiał urządzenie CudTechniki, a następnie konfigurował je w domowej sieci bezprzewodowej”. Ostatni adept dziennikarstwa, który pojawił się w jakiejś redakcji z takim tekstem, spoczywa obecnie razem z nim u podnóża schodów. O ile mi też wiadomo, Dostojewski nie zamierzał żadnej książki publikować pod tytułem „Informacje o rozterkach duchowych rosyjskiego studenta Raskolnikowa, wynikających z morderstwa popełnionego na starszej pani”.

Kiedyś taki styl nazywano „POP”. I to nie od rodzaju muzyki, ale od „Podstawowej Organizacji Partyjnej”, która działała w każdym zakładzie pracy. Mistrzostwo w stylu „POP” osiągnęła „Trybuna Ludu”, która potrafiła wymyślić tytuły doskonale nijakie. Na dokładkę opis każdej uroczystości, zebrania i w ogóle jakiegokolwiek wydarzenia zaczynała od kilku akapitów poświęconych wymienieniu wszystkich partyjnych gości z ich oficjalnymi tytułami, możliwie najdłuższymi. W ostatnim zdaniu – jak się zmieściło – „Trybuna Ludu” pisała o tym, co się wówczas wydarzyło. Pełny rozkwit tego stylu to lata 80. ubiegłego wieku. Próba zacytowania czegokolwiek z ówczesnych gazet kończy się dzisiaj na niczym – zdania były tak długie, pokrętne i pozbawione treści, że przy ostatnim słowie człowiek już nie pamiętał, co napisano na początku.

Jeśli więc ktoś przeżywa rozkosz czytając teksty w stylu „POP” i takich właśnie oczekuje od blogerów, to niech lepiej wyłączy Internet i pójdzie do biblioteki publicznej poszukać roczników „Trybuny Ludu”.

4. Uprzejmie informuję, że Internet nie zawiera jeszcze całej wiedzy zgromadzonej przez pokolenia ludzkości.

Kopernikowi kiedyś trudno byłoby „rzucić linkiem” dla uzasadnienia tezy, że Ziemia krąży wokół Słońca. Brak „linka” do szczegółowego opisu konstruowania bomby atomowej nie oznacza, że jej wybuch gdzieś obok nie zrobiłby na nas wrażenia. Rzucania „linkiem” nie uczono również w szkołach retoryki.

Powiem nawet więcej – po wszelkiej publicystyce bardziej spodziewam się autorskiego spojrzenia na jakiś temat, niż wprawnego żonglowania statystykami i „linkami”. Owo autorskie spojrzenie jest najcenniejsze, bowiem wynika z gromadzonych przez autora doświadczeń przez długie lata swojej twórczości.

5. Świat nie jest równy, choć – tu nastąpi wtręt polityczny – prawo głosu mają również ludzie wierzący w numerologię i wróżący z kart.

Mimo demokracji Albert Einstein nie zawsze miał czas, aby udowadniać przedszkolakowi, że dwa plus dwa równa się cztery. Co jednak generalnie nie spowodowało, że matematyka się zmieniła ze względu na przekonania chłopca z grupy „starszaków”. Można wierzyć, że żaden człowiek nie wylądował na Księżycu, ale udowadnianie tego na podstawie wiedzy zgromadzonej w Internecie jest cokolwiek bezcelowe. Już choćby dlatego, że zgodnie z logiką raczej udaje się udowodnić, że ktoś jest wielbłądem, niż że nim nie jest.

Z tego płynie istotna uwaga: ludzkość od dawna przywiązywała nadmierną wagę do słowa drukowanego. Niestety nie wszystko, co przeczytamy, nabiera wiarygodności przez to, że zostało wydrukowane na papierze albo podane na blogu.

6. A teraz umiejętność z pogranicza czarnej magii. Otóż autor pisząc czasami posługuje się ironią oraz autoironią.

Wiem, że to zdumiewające, ale żart nie musi być zaznaczony uśmieszkiem na końcu zdania. Taką forma obowiązywała tylko w czasach rysunku naskalnego.

Ale jak tu zrozumieć ironię bez tego uśmieszku? Niestety wymaga to nadludzkiego niemal wysiłku, na który składa się czytanie przynajmniej jednej książki miesięcznie. Po warunkiem wszakże, że nie będzie to wciąż ta sama książka kucharska.

Po przećwiczeniu powyższych punktów na prostszych tekstach, na przykład opowieściach miłosnych, możemy spróbować trudniejszej literatury typu blogi modowe. Istnieją też autorzy (nazwisk nie wymienię, bowiem lista zajęłaby zbyt dużą część Internetu), z których nigdy niczego nie zrozumiemy. Nie zawsze będzie to nasza wina, ale wykazując empatię załóżmy jednak, że po prostu do pewnego rodzaju literatury nigdy nie dorośniemy.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Geniusz i świnie”, „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”.Bloguje na piotrlipinski.pl. Żartuje na twitter.com/PiotrLipinski. Nowa książka „Absurdy PRL-u” w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Grafika: Shutterstock

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement