Galaxy S7 – ciepła woda w kranie w drodze do perfekcji, LG G5 jak Dedal z Ikarem

Felieton/Sprzęt 22.02.2016
Galaxy S7 – ciepła woda w kranie w drodze do perfekcji, LG G5 jak Dedal z Ikarem

Być może niesłusznie pomijając jeszcze w tej dyskusji markę Huawei (za rok już na pewno nie będę mógł sobie na to pozwolić), to LG i Samsung wyrośli w ostatnich latach na dwa główne motory napędowe walki Androidów o to, kto skoczy wyżej, pobiegnie dalej, oczaruje konsumentów mocniej. 

Nie sposób narzekać na to, co zaprezentował Samsung. Nie przypominam sobie, żeby jakaś firma z branży technologicznej aż z taką uwagą wsłuchiwała się w głosy swoich klientów. A przynajmniej żadna do tej pory aż tak bardzo tego nie uwidoczniła. Jeśli ktoś miał jakieś zastrzeżenia do linii Galaxy S6, istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że tegoroczny flagowiec niuanse te wyeliminuje.

Ciepła woda w Samsungu

S6 Edge był za mały i nie było żadnego realnego pożytku z zakrzywionego ekranu? W tym roku Edge jest o niemal pół cala większy. Użytkownicy narzekali na pojemność baterii w S6? Nowy model ma blisko o 500 mAh większy akumulator. Zeszłoroczne wydanie wydawało się troszkę nieporęczne? Tył S7 został zakrzywiony w taki sposób, by telefon lepiej leżał w dłoni. Aparat był zbyt wypukły? No to wpychamy go trochę do środka! Nie mogliśmy znieść rezygnacji z obsługi zewnętrznych kart pamięci? Te w tym modelu powracają. A skoro o ciepłej wodzie mowa – telefon znów jest wodoszczelny.

Samsung Galaxy S6 (w wersji flat) był w mojej prywatnej ocenie najlepszym smartfonem z Androidem jaki ukazał się w 2015 roku. Niesamowity procesor Exynos zagwarantował płynność działania dotychczas nieosiągalną dla większości konkurentów borykających się w tym czasie z przegrzewającym się Snapdragonem 810, a mocno odchudzona nakładka TouchWiz wreszcie starała mu się w tym nie przeszkadzać. Do tego warto dodać fantastyczny aparat fotograficzny, zaś całość została ubrana w kapitalnie prezentującą się metalowo-szklaną obudowę. Rok 2015, przynajmniej pod względem designu, wypchnął iPhone’a do drugiej ligi.

Nie bez znaczenia jest zresztą wzmianka o Apple, bo widać wyraźnie, że Samsung cały czas dąży do tego, by jego flagowa linia Galaxy S była postrzegana w charakterze alternatywnego iPhone’a. Od strony technicznej ma na to wszystkie papiery, natomiast biorąc pod uwagę problemy z aktualizacją Androida (za które w Holandii chcą ich nawet pozywać) czy fakt, że rynek jednak weryfikuje ich zdolność do zostania symbolem elektroniki przez szybki spadek dość wyśrubowanych cen, Apple o swój kultowy (myślę, że nie użyłem tego słowa na wyrost) status nie musi się jeszcze obawiać. Szkoda, bo Samsung z roku na rok powiększa portfolio gadżetów i pewnie sporo by dał, by sprzedawały się tak, jak te z Cupertino.

Niezależnie od tego, Galaxy S7 ze swoim powyginanym kolegą zapowiada się na najlepszy smartfon 2016 roku. W spełnieniu tych zapowiedzi przeszkodzić mogą mu chyba tylko Chińczycy. O ile Xiaomi i Meizu nie będą w stanie osiągnąć sukcesu na masową skalę, tak ogromnymi środkami dysponuje Huawei. Już niemal na pewno wiemy, że Galaxy S7 nie zostanie pobity przez LG G5, co nie znaczy jednak, że główny konkurent Samsunga nie rozpoczął właśnie walki o dominację w zupełnie nowej generacji smartfonów.

LG G5, czyli jak przydzwonią o skałę… ryzykowne losy pionierów

Tegoroczny flagowiec od LG jest dziwny. Po rewelacyjnym G4, który zapamiętamy dzięki kapitalnemu pomysłowi na skórzane plecy obudowy, nowy model przerzuca się na metal. I wygląda – delikatnie rzecz ujmując – nieszczególnie atrakcyjnie, trochę jak tania chińszczyzna. Ja osobiście dostrzegam tam analogię do Xiaomi Redmi Note 3. LG wycofało się nawet ze swojego znaku firmowego w postaci przycisków funkcyjnych z tyłu obudowy. Z grubsza wiadomo więc, że z odnoszącą sukcesy linią G, G5 łączy przede wszystkim nazwa i producent.

W tym roku LG ani nie ściga się na design, ani na rozwijanie tego, co było dobre. Skręca w zupełnie innym kierunku i pokazuje nam… telefon modułowy. Poczytałem, pooglądałem. To jest lipa. W LG coś tam się pomyliło twórcom i chyba kompletnie zapomnieli po co – jako ludzkość – wymyśliliśmy sobie smartfony. Miały one być względnie małe, mieć względnie dużo funkcji, daj Boże nadal oferować możliwość dzwonienia. Model G5 to gratka dla miłośników klocków LEGO. Albo dla kobiet, które w przepastnej torebce zmieszczą kilka modułów na każdą okazję, np. dla melomanów. Albo moduł z dodatkową baterią, który kurtuazyjnie został nazwany tym dla „fotografów”. Bo musicie wiedzieć, że LG nieznacznie zmniejszyło też bazową baterię, która nigdy do najmocniejszych nie należała. Ale za to była wymienna i teraz też będzie wymienna.

Trochę się z tego żółwia ninja naśmiewam, ale z sympatią. Problem w tym, że po tym, co zobaczyłem, nie chciałbym kupić LG G5 za żadne skarby świata (w odróżnieniu od G4, do którego tęsknie wzdychałem przez kilka ostatnich miesięcy). Sympatia wynika jednak stąd, że to właśnie takie pomysły, takie innowacje, zmieniają świat nowoczesnych technologii. Szacunek wynika z kolei stąd, że trzeba mieć naprawdę wielkie jaja, żeby tego typu eksperymenty przeprowadzać na swoim sztandarowym modelu, choć być może w tej sytuacji prestiż i wszelkie wysiłki zostaną przerzucone na (też na swój sposób innowacyjny) V10.

Kosztowny błąd LG albo wygrana generacja

Podczas, gdy Samsung zaoferował nam politykę ciepłej wody w kranie i stworzył swój prawdopodobnie najlepszy smartfon w historii, LG w tym roku proponuje nam „dobrą zmianę”. To ryzykowny skok na gusta fanów elektroniki. Jeśli jakimś cudem im się uda – kupią sobie kilka kolejnych lat w czołówce. Jeżeli jednak nowy model okaże się porażką, a coś tak nie jestem do końca do tych modułów przekonany, to mogą szybko zacząć tracić pozycję, na którą przez lata tak ciężko pracowali.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement