Lata 90 w pełnej krasie, czyli „Z Archiwum X” zabiło wszystkie sentymenty

Felieton/RTV 19.02.2016
Lata 90 w pełnej krasie, czyli „Z Archiwum X” zabiło wszystkie sentymenty

“Z Archiwum X” to najlepsze, co miały do zaoferowania seriale lat dziewięćdziesiątych. Jednak nowoczesne seriale – te, które przyszły po “Sopranos” – to całkiem inna bajka, dlatego dziesiąty sezon “The X-Files” jest… dziwny. Jest jak powrót do przeszłości, który rujnuje tę przeszłość.

Na “Z Archiwum X” wychowało się wiele osób, w tym ja. Obok Archiwum w TV, pod koniec lat 90. pojawiały się też inne “zagadkowe” seriale typu:  “Czynnik Psi” z Danem Aykroydem czy bardziej przygodowy, ale wciąż podszyty zagadkami “Sliders”. Jednak to “The X-Files” stało się kultową opowieścią. To “The X-Files” otworzyło drzwi dla wielu magazynów o niewyjaśnionych zagadkach czy o UFO, które zalały rynek i mieszały w głowie młodym ludziom.

Spiski, kosmici, odkrywanie zagadek w śledztwach przy jednoczesnym poszukiwaniu odpowiedzi na na większe pytania przykuwało uwagę.

Bądźmy jednak szczerzy. “Z Archiwum X” nie wytrzymało próby czasu.

Serial jest kultowy, ale powrót do niego po kilkunastu latach odziera go ze wszystkich sentymentalnych elementów. To, co wydawało się świetnie nagranym odcinkowcem, okazuje się lekko tandetną opowieścią o kosmitach z wieloma dziurami w fabule, z kiepskimi dialogami i obsesyjnymi bohaterami, którym brakuje rysu charakterologicznego.

Zaczęłam oglądać nowy, dziesiąty sezon “Z Archiwum X”. Z sentymentu i z ciekawości. W trakcie oglądania przygód Muldera i Scully mam jednak ochotę walić głową w ścianę.

Nie wiem jak to możliwe, że Gillian Anderson i David Duchovny, aktorzy, którzy w ostatnich latach pokazali przecież, że są zdolni do dobrej gry aktorskiej w serialach w “Z Archiwum X” pokazują się jako aktorzy klasy B. Może to wina scenariusza i drętwych, sztampowych i bezsensownych dialogów, może nie da się z tego wykrzesać nic więcej. Są momenty, w których Mulder i Scully w kryzysie wymieniają się informacjami, ale jakby mówią niepowiązanymi ze sobą, bezsensownymi zdaniami. Nie wiem czy można nazwać to nawet dialogiem.

Niemal nic nie trzyma się przysłowiowej kupy. Scully ma pretensje do Muldera o jego tendencje do wiary w spiski, by zaraz sama w nie wierzyć. Mulder przeżywa nagłe objawienia, a wszyscy tłumaczą wszystko, bo fabuła jest tak z kosmosu, że nie da się jej przedstawić widzowi bez tłumaczenia jak pastuch krowie na rowie.

Momentami jest to niemal obraźliwe – jakby twórcy “The X-Files” uważali, iż widzowie nie są na tyle inteligentni, by zrozumieć co się dzieje. Może to jednak wina formatu i tego, że twórcy nie potrafią poprowadzić fabuły bez takiej narracji.

Przez te kilkanaście lat wszystko się zmieniło

Seriale przestały być wypełniaczem czasu w telewizji. Po “Rodzinie Soprano” okazało się, że seriale mogą mieć wspaniałe, głębokie fabuły ciągnące się przez całe sezony, mieć filmową wartość i obejść się bez tanich tricków. Widz jest inteligentny, widz lubi emocje i “cliffhangery”. Okazało się też, że seriale nie muszą w każdym odcinku opowiadać osobnej historii, jedno śledztwo może ciągnąć się przez cały sezon a cała historia może być zbudowana wokół niego. Postacie mogą być wielowymiarowe, nie muszą wpisywać się w żadne stereotypy, a jeśli sezon przemyślany jest od początku do końca może stanowić dzieło sztuki, jak “Breaking Bad”.

Po tych kilkunastu latach powrót “Z Archiwum X” żywcem przeniesionego z lat dziewięćdziesiątych jest… dziwny. Jakby nie na miejscu, oderwany od rzeczywistości. “The X-Files” gra stereotypami, brakuje mu głębi i wielowymiarowości.

Gdyby serial debiutował dziś, zniknąłby w natłoku dziesiątek produkcji i skończył żywot po jednym, może dwóch sezonach. Napędza go jednak sentyment widzów, którzy w czasie emisji poprzednich sezonów byli fanami i dziś są dorosłymi ludźmi z masą sentymentów.

4b16820e24c487b2a20522f0b63959cae5daafe8

Jest w nowym “Z Archiwum X” jedna wspaniała rzecz – serial jest tandetny, naiwny i pełen metahumoru.

Odcinek z jaszczuroczłowiekiem jest tak prosty, z tak kiepską grą aktorską i sporą dawką humoru, że ogląda się go miło. Dziś niemal nikt nie odważyłby się nagrać czegoś takiego. Taki urok retro. Odcinek, w której poznajemy parę innych agentów, którzy są młodszą kopią Muldera i Scully też ma dużo tandetnego, prostego uroku. W nowych czasach ta odwaga do bycia prostą szmirą staje się czymś fajnym, typową rozrywką dla hipsterów którzy uwielbiają takie klimaty.

Nie wiem jednak, czy to wystarczy, by zatrzymać widzów i pociągnąć serial przez cały sezon. Nie wiem, czy warto było burzyć wspomnienia i niszczyć sentymenty. Bez nich “Z Archiwum X” jest po prostu słabe.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement