MÓJ ADBLOCK, czyli reklama w Internecie

Felieton/Technologie 03.01.2016
MÓJ ADBLOCK, czyli reklama w Internecie

Pora na modne w ostatnich dniach podsumowanie. W 2015 roku schudłem piętnaście kilogramów, wydałem jedną książkę, przeżyłem jedno trzęsienie ziemi.

Przebiegłem 1332 km, przejechałem na rowerze 3351 km, przemaszerowałem podczas górskich i całkiem płaskich wędrówek 196 km. To wszystko zajęło mi w sumie 462 godziny, podczas których spaliłem 221974 kalorie.

Mógłbym tak jeszcze dłużej wyliczać – na przykład dodać, ile kupiłem książek albo ile razy płaciłem kartą kredytową.

Sprawdziłbym to szybko, korzystając z komputera i Internetu. Gdybym tylko nabrał przekonania, że te rachunki to coś więcej niż samo napawanie się liczbami. Zdradzę więc jeszcze jedno: przeżyłem w tym roku 365 dni.

Część tych statystyk zaczerpnąłem z mojej mózgownicy, ale większość z różnych cyfrowych źródeł, które z roku na rok gromadzą o mnie coraz więcej informacji. Jedne karmię ową wiedzą całkiem świadomie – jak mój bank czy serwis sportowy – a inne pozyskują informacje bez mojego szczególnego udziału. Internet – te wszystkie Google, Facebooki i Apple – koniecznie chce mnie poznać coraz lepiej. Ale rezultaty jego starań ucieszyłyby głównie Oscara Wilde’a, miłośnika sztuki dla sztuki.

Pod koniec grudnia cały ów Internet zalał mnie podsumowaniami mojego roku 2015.

A to Facebook przynudzał jakimiś wspominkami z lutego i z marca. A to Withings podsyłał kolejne kilogramy statystyk. Nawet WordPress coś tam do mnie napisał, dzięki czemu przypomniało mi się, że mam swojego bloga. Wszyscy ci nadawcy grudniowej korespondencji sugerowali, że jestem dla nich jedyny i niepowtarzalny. A przy okazji dawali do zrozumienie, że wiedzą o mnie bardzo dużo.

Nie byłbym tego wcale taki pewny. W rzeczywistości jestem jedynie jakąś tam statystyczną liczbą. Na dokładkę cały ten Internet wie o mnie tyle, co śmieciarze, gdyby tylko chciało im się pogrzebać w wystawianych przeze mnie koszach.

Internet to sztuczna pseudointeligencja. Gromadzi dane kompulsywnie, bo może kiedyś się do czegoś przydadzą. A w końcu myli mu się wszystko jakby zapadł na Alzheimera. Nie zdziwiłbym się, gdyby uważał mnie za atrakcyjną osiemnastolatkę.

To gromadzenie służyć ma biznesowi. Lubicie reklamę w Internecie? Telepatycznie odczuwam, że w tej sprawie nawet Kaczyński z Tuskiem są zgodni. Reklamę można akceptować, bo dzięki niej ktoś zarabia i na przykład daje nam do poczytania coś za darmo. Ale lubić? Pewnie jest jakaś jednostka chorobowa, opisująca taką sytuację. Ostatni moment, kiedy ludzie lubili reklamę, to początek polskiego kapitalizmu w latach 90. – Cindy Crawford zachwalała wówczas szampon Elseve. Wcześniej nie mieli czego lubić, bo w gazetach reklamowano co najwyżej „Czy już zwiększyłeś konsumpcję drobiu?” (przykład prawdziwy, o ile pamiętam z „Życia Warszawy” w latach 70.).

Internet przypomina diabła czyhającego na naszą duszę – tyle, że on poluje na naszą prywatność.

Co chwilę podpisujemy jakiś cyrograf, przehandlowując adres emailowy za zniżkę na garnek emaliowy.

Internet śledzi mnie uparcie, aby na mnie zarobić. Temu szczytnemu celowi służą choćby spersonalizowane reklamy. Ich skuteczność w moim przypadku jest mniej więcej taka sama, jak przekonywanie niemowlaka, żeby nie płakał po nocach. Problem jest taki, że niby te Internety wiedzą o mnie wszystko, ale jak co do czego przyjdzie, to są głupie jak pijawki. Przysysają się do jednej myśli i nie potrafią od niej oderwać.

Internet łatwo zauważa, że interesują mnie książki – w jakimś celu przecież zaglądam do sieciowych księgarni. Nawet wie, że często szwendam się między wirtualnymi półkami z pozycjami historycznymi i literaturą faktu. Doskonale zapamiętuje, która książka przyciągnęła moją szczególną uwagę. I w swej całej cyfrowej mądrości potem namawia mnie miesiącami, żebym ją kupił. Na jaką stronę nie wejdę, merda mi okładką przed nosem jak pies wymachujący ogonem w nadziei, że go pogłaszczę.

Ale im bardziej ów Internet zachęca mnie do kupna, tym jeszcze bardziej ja nie mam na to ochoty. Z prostego powodu: owa książka od dawna stoi na mojej półce. Zdążyłem ją nawet przeczytać.

O tym niestety Internet nie ma pojęcia. Reklama sieciowa okazuje się w tym przypadku równie potrzebna, jak kabriolet na biegunie.

Kolejny przykład, tym razem z innego zakątka świata. Od świąt Internet namolnie namawia mnie do zakupu fitnessowej opaski Garmina. Starszego modelu, niż kupiłem niemal rok temu.

Nawet wiem, czym Internet będzie mnie kusić w najbliższych tygodniach. Zamęczy mnie reklamami piórek do samochodowych wycieraczek. Właśnie kupiłem w sieci nowe, wcześniej przeglądając różne oferty. Internet zapamięta, że szukałem piórek, ale niestety nie zauważy, że już je wymieniłem.

Internet bez przerwy szwenda się  po moim komputerze, szukając wskazówek, które pozwoliłyby mu wyciągnąć ode mnie trochę kasy. Ale w tych poszukiwaniach jest równie skuteczny, jak złodziej ze starego dowcipu. Pewien człowiek trafia w swoim domu po zmroku na owego złoczyńcę i dziwi się:

– Człowieku, szukasz w nocy pieniędzy tam, gdzie ja w dzień nie mogę znaleźć?

Problem Internetu polega na tym, że gromadzi o mnie bezwartościowe strzępki informacji. CIA może by skleiło z tego spójny obraz i ustaliło, ile razy oddycham na minutę. Ale internetowe reklamy, korzystając z tejże wiedzy nie potrafią zachęcić mnie do zakupu czegoś, czego już nie posiadam. Teoretycznie księgarnie podsuwają mi nowe tytuły, ale chyba jeszcze nigdy niczego dzięki tym podpowiedziom nie kupiłem. Podobnie skuteczna jest sieciowa reklama we wszystkich innych dziedzinach, wliczając w to karmę dla mrówek i podgrzewany lód.

Z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że całą masę reklam wyświetla Facebook. Niestety, nie potrafię przypomnieć sobie żadnej z nich. Być może jednak jestem nietypowym Internautą, który uodpornił się na wszelkie migające i wyskakujące okienka. Poświęcam im tyle uwagi, co telesprzedawcom. Nie muszę instalować żadnego programu antyreklamowego w komputerze.

Ja mam po prostu od dawna adblocka w głowie.

Czy zwykła, telewizyjno-prasowa reklama działa na mnie w większym stopniu, niż ta internetowa? Ależ skąd. Ale ona przynajmniej nie udaje, że jest jakoś szczególnie mądra i spersonalizowana. Najwyżej co innego podsunie w porze dobranocki, a co innego przed wizytą Kiepskich. Internet jednak jest nowocześniejszy i dokładniejszy: potrafi dotrzeć do trzydziestodwulatka mieszkającego trzy kilometry od Warszawy i pasjonującego się uprawą marchewki. Zaraz mu zareklamuje różne najnowocześniejsze grabki – tyle, że ów ogrodnik dawno już je kupił.

Siedzę właśnie usiłując przypomnieć sobie, czy w ciągu ostatniego roku kupiłem coś zwabiony internetowymi reklamami. Rozglądam się nerwowo po pokoju, zszedłem nawet do garażu (kolejne spalone kalorie). Ale nie widzę nadal niczego, co wynikałoby z tej całej masy migających w sieci reklam.

Istnieją więc dwie możliwości: albo ja mam za mało pieniędzy, albo reklamodawcy za dużo. Chociaż po prostu podejrzewam, że Internet jest głupszy, niż zwykliśmy przypuszczać.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Geniusz i świnie”, „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”.Bloguje na piotrlipinski.pl. Żartuje na twitter.com/PiotrLipinski. Nowa książka „Absurdy PRL-u” w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Grafika: Shutterstock

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement