Dużo więcej, niż tylko opaska. Razer Nabu 2015 – recenzja Spider’s Web

Recenzja/Sprzęt 28.12.2015
Dużo więcej, niż tylko opaska. Razer Nabu 2015 – recenzja Spider’s Web

Opaski, opaski, opaski. Każdy producent chce mieć dziś na rynku swoją smartopaskę, a klientom coraz trudniej jest wybrać tę, która zaoferuje im jak najwięcej, jednocześnie nie obciążając przesadnie domowego budżetu. Czy Razerowi udało się stworzyć właśnie taki produkt?

Na początku warto przypomnieć, że Razer ma w swojej ofercie dwie opaski – odświeżoną w tym roku Nabu, oraz mniej rozbudowaną odmianę – Nabu X, pozbawioną przede wszystkim wyświetlacza, który zastępują trzy diody. My jednak tym razem do testów otrzymaliśmy najnowszą wersję najbardziej zaawansowanego modelu – Nabu. I z chęcią zabraliśmy się do jego sprawdzenia.

Co w pudełku?

Zaskakująco efektowne pudełko, wyściełane miękkim materiałem kryje w sobie oczywiście opaskę, w jednym z dwóch rozmiarów – S-M lub M-L. W związku z tym, że nie mamy tutaj do czynienia ze standardowym, zegarkowym sposobem regulacji długości paska „na dziurki”, producent sprawę rozwiązuje poprzez dodanie „końcówek zapinających” o dwóch różnych długościach, co okazuje się być zaskakująco skutecznym wyjściem z sytuacji.

Poza tym jest dość standardowo, choć w naprawdę przyjemnej oprawie. Pod miejscem, gdzie znajduje się opaska, umieszczono szufladkę, w której znajduje się cała dodatkowa papierologia, wspomniane już dodatkowe zatrzaski i kabelek do ładowania. Niestety, jest on mocno niestandardowy, więc nie ma mowy o tym, aby w razie potrzeby łatwo znaleźć zamiennik. Na szczęście takie sytuacje nie powinny być zbyt częste.

Zakładamy!

Początkowo byłem przekonany, że właściwym rozmiarem dla mnie będzie domyślnie „złożone” w pudełku L. Szybko jednak okazało się, że opaska w takiej wersji jest na moją rękę zdecydowanie zbyt duża. Rzut oka do instrukcji, odnalezienie właściwej części w pudełku i kilkanaście sekund zabawy sprawiło jednak, że opaska pewnie opięła moją rękę – bez przesadnego uciskania, ale i bez obawy, że spadnie przy byle okazji. Jednocześnie upewniłem się, że jeśli ktoś ma naprawdę potężną rękę, Nabu nie będzie dla niego za mała.

razer-nabu-2015-22

Niestety, mimo że magnetyczne zapięcie opaski o różnej długości daje całkiem spore pole do manewru po wymianie na inne, trudno zagwarantować, że taka forma personalizacji będzie idealnie odpowiadać na potrzeby wszystkich użytkowników. Szczególnie, że pokryta przyjemną w dotyku gumą (aczkolwiek szybko zbierającą kurz i pył) opaska jest dość gruba, a przez to mało elastyczna. Nie jest to więc np. jeden z mniejszych Fitbitów, który idealnie dopasuje się do kształtu naszej ręki. Ten elipsoidalny kształt widoczny na „zdjętym” Nabu, pozostaje praktycznie taki sam na nadgarstku. I zawsze będzie troszkę odstawał tu i tam.

W moim przypadku jednak nie stanowiło to większego kłopotu, tak samo jak i rozmiar opaski. Chodzenie z nią, bieganie, czy nawet spanie nie powodowało żadnego dyskomfortu, nawet pomimo faktu, że we wnętrzu z dwóch stron znajdziemy dość spore połacie twardego plastiku. Po prostu umieszczono go w miejscach, w których nie drażni przesadnie.

Drobne problemy można mieć jedynie przy ubraniach z bardzo wąskimi rękawkami. Tam drobny Fitbit Flex mieścił się bez większych problemów. Nabu – już niekoniecznie.

Klikamy, potrząsamy i czytamy

Opaska założona, można więc przyjrzeć się dokładniej temu, co oferuje już na pierwszy rzut oka. A nie ma wątpliwości, że to, co przyciągnie nasz wzrok na samym początku, to wypełniający sporą jej część (choć niestety towarzyszy mu równie spora ramka i nie możemy go wyjąć, tak jak w niektórych opaskach) monochromatyczny, niedotykowy ekran OLED o rozdzielczości 128×16 pikseli. I choć może się wydawać, że to niewiele, to daje nam naprawdę bardzo, bardzo dużo.

razer-nabu-2015-23

Jednocześnie nie mamy zbyt wielu narzędzi do jego obsługi. Na całej opasce znajdziemy zaledwie jeden przycisk, umieszczony centralnie pod wyświetlaczem (na powyższym zdjęciu opaska jest tak naprawdę do góry nogami…). Nie ma jednak powodów do zmartwień – tyle w zupełności wystarczy, szczególnie, że można się obejść całkowicie bez niego.

W tym miejscu pojawia się pierwsze pytanie – jak dużo możemy zdziałać, mając opaskę z wyświetlaczem, ale nie podłączając do niej smartfonu? Okazuje się, że całkiem sporo. Poza godziną Nabu jest nam w stanie wyświetlić liczbę kroków, które przeszliśmy danego dnia, dystans, liczbę spalonych kalorii oraz może pełnić funkcję stopera. Pomiędzy poszczególnymi statystykami przełączamy się pojedynczym kliknięciem, które nie jest jednak potrzebne, żeby podświetlić ekran – wystarczy obrócić opaskę w naszą stronę, co zresztą działa niemal wzorowo. Całkiem sporo, ale pełnię możliwości opaska prezentuje dopiero po sparowaniu z telefonem.

Do tego potrzebna jest jednak specjalna aplikacja Nabu (dostępna dla Androida i iOS), która – ku mojej szczególnej radości – doczekała się od mojego ostatniego kontaktu z nią sporego przemodelowania. Nie dość, że jest teraz dużo ładniejsza i czytelniejsza, to jeszcze dostęp do większości funkcji jest wielokrotnie łatwiejszy. W zasadzie można powiedzieć, że aplikacja Nabu działa i wygląda teraz tak, jak aplikacja Fitbita. I to bardzo duża pochwała.

Co w aplikacji?

Ekran główny jest dokładnie taki, jakiego moglibyśmy się spodziewać. Zobaczymy na nim rodzaj urządzenia, z jakiego korzystamy, liczbę pokonanych danego dnia kroków, kilometrów, spalonych kalorii (w tym spalonych biernie), minut spędzonych aktywnie oraz minut albo godzin snu.

razer-nabu-2015-21

Każda z tych statystyk podawana jest po kliknięciu w odpowiednią pozycję w formie bardziej szczegółowej – w przypadku aktywnościm możemy sprawdzić, o jakiej godzinie aktywność była faktycznie intensywna (np. długi spacer albo bieganie), a kiedy po prostu poszliśmy do pobliskiego sklepu i poziom tej intensywności był dużo mniejszy. W przypadku snu natomiast możemy sprawdzić, kiedy spaliśmy dobrym, głębokim snem, a kiedy budziliśmy się w nocy, albo niespokojnie przewracaliśmy po łóżku.

Wszystkie te dane możemy także sprawdzić na wykresach tygodniowych, które pokażą nam dni najbardziej aktywne, dni, kiedy zrealizowaliśmy nasze założenia (możliwe do ręcznego zdefiniowania w aplikacji), a także sumaryczne wyniki z każdego tygodnia.

W tej kwestii brakuje więc właściwie tylko dwóch rzeczy. Po pierwsze, nie możemy wprowadzać naszej masy. Tzn. możemy, ale tylko raz, bez opcji późniejszego śledzenia w tym samym programie. Po drugie nieco rozczarowuje stoper dostępny w opasce, który nie wyodrębnia aktywności, co trochę utrudnia śledzenie np. biegów, choć akurat w kwestii pomiaru dystansu Nabu spisuje się całkiem dobrze. Cóż, może w kolejnej aktualizacji pojawi się odpowiednia opcja?

Niestety, jedno zastrzeżenie do aplikacji Nabu pozostaje wciąż aktualne – z niewiadomych powodów program na iOS potrafi od czasu do czasu zamknąć się sam z siebie, a przy poważniejszej synchronizacji wstecz potrafi mocno nagrzać telefon. A taka synchronizacja była w moim przypadku raz niezbędna – aplikacja z jakiegoś powodu w ogóle zapomniała, że się do niej logowałem, zapomniała mojej opaski i wymagała przywrócenia wszystkiego i ponownej synchronizacji danych. Dlaczego? Nie mam pojęcia.

Konfigurujemy!

Przed intensywnym użytkowaniem warto jednak opaskę Razera odpowiednio skonfigurować. O takich oczywistościach jak wiek i masa oraz ręka, na której będziemy nosić opaskę nie trzeba wspominać, ale opcji personalizacyjnych jest o wiele więcej.

Przede wszystkim możemy skonfigurować wyświetlacz – jak jasno będzie świecił, w jakim formacie wyświetlał godzinę, przez ile będzie podświetlony, co ma się wyświetlać po wybudzeniu go z trybu uśpienia (domyślnie ekran nie jest włączony) i czy chcemy, aby był wybudzany gestem podnoszenia ręki. Wyłączenie tej ostatniej opcji mogą rozważyć osoby, które planują spać z zegarkiem. Przy braku trybu automatycznego wyłączenia aktywacji podświetlenia w określonych godzinach, łatwo mocno naświecić sobie w oczy, zanim opaska ostatecznie uzna (przeważnie zajmuje jej to mniej niż 10 minut), że poszliśmy spać i czas automatycznie zacząć śledzenie snu, i wyłączyć wszystkie powiadomienia.

razer-nabu-2015-20

Konfigurować możemy także automatyczne śledzenie snu, alarmy wibracyjne (choć brak „smart alarmu”), oraz informacje, które… wymienimy z innymi użytkownikami Nabu przy uścisku dłoni (login z Twittera albo Facebooka), a także to, czy inni użytkownicy Nabu mają być powiadamiani, kiedy znajdziemy się w ich pobliżu (funkcja Pulse).

Za ciekawostkę (choć niektórym może przydatną) można uznać opcję wyzwalania migawki aparatu sprzętu z iOS po… naciśnięciu przycisku na opasce.

Trochę natomiast martwi wciąż niezbyt duża liczba współpracujących z Nabu aplikacji. Z poziomu konfiguracji widziałem zaledwie trzy – Facebooka, Twittera oraz jedyną przydatną – Map My Fitness. Do tego dochodzi jeszcze Apple Health i to właściwie koniec, choć pewnie niektórym wystarczy i tak integracja z Google Fit lub Apple Health.

Odbieramy powiadomienia

W aplikacji można ustawić jeszcze jedną rzecz, prawdopodobnie najważniejszą w przypadku tej opaski – powiadomienia. Możemy je oczywiście ręcznie wyciszyć (choć uwzględniane są też systemowe blokady), filtrować aplikacje przesyłające powiadomienia (tylko Android, w iOS leci wszystko, co wpada w systemowe powiadomienia), ustalić siłę wibracji (nawet poziom low jest całkowicie wystarczający), prędkość przewijania, a także sposób, w jaki odrzucamy powiadomienia – przez naciśnięcie przycisku lub po prostu potrząsanie dłonią.

Ja wybrałem pierwsze z tych rozwiązań (choć drugie oczywiście działa tak, jak działać powinno) i pomimo ograniczeń ekranu (tylko jedna linijka tekstu) jestem bardzo zadowolony z tego, jak działa całość.

razer-nabu-2015-13

Powiadomienia, absolutnie wszystkie, docierają na opaskę błyskawicznie – czasem nawet jeszcze zanim telefon zdąży zawibrować. Ustawienie wibracji na niskim poziomie powoduje natomiast, że wiemy, że coś nowego do nas przyszło, ale przy okazji nie wypuszczamy z ręki tego, co aktualnie w niej trzymamy. Jest tak jak być powinno – dyskretnie, ale wyraźnie.

I powiadomienia na Nabu nadają się, wbrew pozorom, nie tylko do odczytania nadawcy i typu wiadomości (który jest zawsze wyraźnie zaznaczony). Możemy nawet przeczytać większą część treści – o ile oczywiście mamy czas, aby śledzić przewijający się po niewielkim wyświetlaczu tekst. Często właśnie ta treść była kluczowa, żeby zdecydować, czy warto podnosić telefon, czy nie. Przykładowo czuję delikatną wibrację, podnoszę rękę i widzę nazwę aplikacji „nadającej” – Slack i od razu po niej nadawcę – Mateusz Nowak. Wygląda na coś pilnego, ale wystarczy, że poczekam sekundę i widzę treść: „hehe”. To nie wymaga reakcji – klikam i odrzucam powiadomienie, opaska znowu pokazuje tylko godzinę i kroki.

Nabu dobrze radzi sobie też z większą liczbą powiadomień. Przy wirtualnej tarczy cyfrowego zegara pojawia się wtedy po prostu znacznik z liczbą nieprzeczytanych wiadomości i kliknięcie jedynym dostępnym przyciskiem przerzuca nas kolejno pomiędzy wszystkimi. Nie można niestety wracać – kliknięcie oznacza przeczytanie/odrzucenie, ale nigdy nie czułem specjalnej potrzeby, żeby to robić.

OLED-owy ekran ma jeszcze jedną zaletę – jest świetnie widoczny w każdych warunkach. Czy biegłem na dworze, czy na domowej bieżni, nigdy nie miałem problemów z odczytaniem godziny, dystansu czy powiadomień. Niechętnie przyznam też, że czasem na powiadomienia zerkałem w trakcie jazdy, co wprawdzie odwracało moją uwagę na ułamek sekundy, ale i tak niesamowicie skracało czas rozproszenia w porównaniu do zerkania na telefon. A ręce miałem obydwie cały czas na kierownicy.

No to w ruch

Oczywiście, choć powiadomienia są jednym z najważniejszych elementów Nabu, to jednak opaska to opaska – powinna być dobra także w śledzeniu codziennej aktywności. I z radością mogę ogłosić, że Razer Nabu w tej kwestii nie zawodzi.

Jeśli chodzi o samą liczbę kroków, to w codziennym, mało intensywnym użytkowaniu opaska jest dość dokładna, pokazując wyniki bardzo zbliżone do Fitbita. Owszem, potrafi nabić kilka kroków podczas siedzenia przy komputerze, ale mówimy raczej o pojedynczych krokach dodatkowych, niż o kilkuset wysiedzianych krokach. Trzyosiowy akcelerometr, wsparty odpowiednim oprogramowaniem robi swoje i robi to bardzo dobrze.

razer-nabu-2015-21

Także dłuższe spacery Nabu rejestruje jak najbardziej poprawnie. Wynik wprawdzie odbiega delikatnie od tego, który wskazywał zegarek z GPS, ale nadal był to rezultat jak najbardziej odzwierciedlający wysiłek. Szkoda tylko, że nie ma możliwości ręcznej kalibracji, co mogłoby tę dokładność jeszcze odrobinę poprawić.

Całkiem dobrze opaska Razera spisuje się również przy mniej wymagających biegach ze stałym tempem, a wbudowany stoper sprawia, że to całkiem niezłe narzędzie do monitorowania swoich biegów np. na początku przygody, albo dla tych, którzy super dokładnych danych nie potrzebują – po prostu czas i dystans.

Trochę gorzej jest przy biegach o bardzo zmiennym tempie. Tam różnice potrafią sięgać nawet 300-500 m przy 10 km (według danych z bieżni i zegarka Garmina z footpodem), co może i nie jest takie straszne, jeśli brać pod uwagę cały dystans, ale jeśli ktoś chce biegać dystansowe interwały z Nabu, to nie jest to najlepsze narzędzie do tego.

Przy bieganiu niestety ujawnia się pewna wada magnetycznego zapięcia Nabu. O ile bowiem podczas normalnego użytkowania praktycznie niemożliwe jest samoczynne rozpięcie się opaski, o tyle przy bieganiu, kiedy trzeba czasem wykonać kilka bardziej skomplikowanych ruchów ręką (np. sięgnąć po coś leżącego na bieżni, etc.), przy mocniejszych przygięciach dłoni do ręki Nabu lubi się już rozpiąć.

razer-nabu-2015-15

I tutaj z kolei pojawia się zaleta, która wcześniej… była wadą. Niezbyt elastyczna konstrukcja opaski sprawia, że mimo iż ta rozpina się (rzadko, ale raz czy dwa zdarzyła mi się taka sytuacja), to nie spada pod nogi, a dalej trzyma się ręki i można ją przy odpowiednim refleksie szybko zapiąć.

Jeśli więc ktoś zapyta, czy kiedykolwiek opaska rozpięła mi się sama z siebie, odpowiem: tak. Jeśli natomiast zapyta, czy kiedykolwiek w rezultacie tego spadła mi na ziemię, z czystym sercem odpowiem: nie.

Jedna tylko uwaga dla tych, którzy sport traktują naprawdę poważnie. Trzeba pamiętać o tym, że Nabu spełnia wymagania normy IP67, a więc można ją zachlapać, nawet mocniej, ale na dłużej umieszczać ją pod wodą już nie. Z mojej strony mogę potwierdzić tyle, że pot nie szkodzi jej ani trochę.

I do snu

Z Nabu X miałem dość poważny problem – choć opaska miała m.in monitorować sen, w praktyce nie robiła tego prawie wcale. I choć pewnie w pracy wszyscy ucieszyliby się, gdybym faktycznie nie spał przez 5 dni z rzędu, to jednak rzeczywistość była (na ich nieszczęście, a moje szczęście) odrobinę odmienna. Dlatego też do Nabu podchodziłem z pewnym dystansem. Niesłusznie.

Opaska Razera okazała się tym razem całkiem funkcjonalnym partnerem do monitorowania mojego snu. Zliczanie przespanych godzin włącza się samodzielnie, tym samym aktywując zresztą specjalny tryb nocny. Trzeba jednak uzbroić się w cierpliwość – w trakcie dnia wykrycie snu zajmuje opasce 15 minut, natomiast w nocy – 8. Po tym czasie zapominamy o świecącym ekraniku i właściwie zapominamy o tym, że w ogóle mamy na sobie opaskę (ewentualnie nie czekamy, tylko monitorowanie snu rozpoczynamy z poziomu aplikacji).

razer-nabu-2015-25

Tak było przynajmniej w moim przypadku, ale mam wątpliwości co do tego, czy u wszystkich tak będzie, szczególnie ze względu na wspomniany już wcześniej rozmiar sprzętu. Jest duży, gruby i mało elastyczny (tak, dalej mówimy o opasce), przez co nie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że nikt nie odczuje jego obecności na ręce w trakcie snu. Ponownie, Fitbit Flex był w takiej sytuacji o wiele bardziej komfortowy.

Co do samych danych, to cóż, są. Godzina położenia się do łózka i godzina wstania z niego zgadzają się z tym, co sam wiem. Godziny ewentualnych nocnych przebudzeń również pokrywają się z tymi, które pamiętam. Możliwe też, że Nabu poprawnie rejestruje te senne szamotaniny, o których nic nie wiem. Jeśli coś mi się w tych zapisach nie podoba, zawsze mogę to ręcznie wyedytować.

Mój problem z tymi danymi dotyczącymi snu jest tylko taki, że… niezbyt wiem, co mogę z nimi zrobić. Aplikacja Nabu nic mi w tej kwestii nie podpowiada – pokazuje jedynie niebieskie, mniej niebieskie, białe i czerwone linie, które mówią mi albo to, co sam doskonale wiem, albo coś, czego nie jestem w stanie zweryfikować.

Nie jest to zarzut bezpośrednio do Razera, ale raczej do całej branży. Fajnie, że te dane są, ale chciałbym wyciągnąć z nich ciut więcej, niż informację, że jeśli chcę się wyspać, to powinienem wcześniej pójść spać.

Akumulator

Łatwo się domyślić, że stałe połączenie Bluetooth i ciągły napływ powiadomień skutecznie wyczerpują akumulator Nabu, ale trzeba przyznać, że nawet przy intensywnym użytkowaniu opaska bez ładowania wytrzymuje naprawdę długo.

W moim przypadku, gdzie 24 godziny na dobę podłączona była do smartfona (z setkami powiadomień), a do tego raz na dwa dni musiała przeważnie zliczyć 10 km biegu, „karmienia” domagała się dopiero po około 3 dniach. Przy mniej intensywnym użytkowaniu prawdopodobnie podłączenia do ładowarki wymagałby dopiero po 5 dniach.

Podsumowanie

Podchodziłem do Razera Nabu bardzo ostrożnie i szybko okazało się, że raczej niepotrzebnie. Opaska robiła dokładnie to, co miała robić, spełniając właściwie wszystkie obietnice producenta (funkcji społecznościowych, z oczywistych powodów, nie miałem jak przetestować).

Zliczanie kroków działało dokładnie tak jak trzeba, nawet w odrobinę trudniejszych warunkach, przydając się nawet w trakcie lekkich i prostych biegów (choć zegarka biegowego w żadnym wypadku mi nie zastąpi), monitorowanie snu działało prawidłowo, wliczając w to automatyczne wykrywanie snu nocnego i sporadycznych dziennych drzemek. Sama aplikacja też jest niczego sobie, a całkiem spora liczba opcji konfiguracyjnych pozwoli nam elegancko ustawić wszystko pod siebie. No i te powiadomienia – doskonale działające, niesamowicie przydatne. Aż przyjemnie korzystać z tej funkcji.

Do tego dochodzi jeszcze cena. 500 zł za opaskę to teoretycznie sporo, ale jeśli uwzględnić to, że nie jest to tylko podstawowa opaska fitness, a też – dzięki powiadomieniom – częściowo smartzegarek, całość wydaje się być dużo bardziej atrakcyjna. I tańsza od bardziej renomowanej konkurencji, od której niekoniecznie spisuje się gorzej. Choć trzeba też pamiętać, że 500 zł to już półka niebezpiecznie blisko… Garmina, który może i potrafi to samo, ale zaplecze w postaci platformy ma o wiele lepsze.

razer-nabu-2015-18

Niestety, ideałów nie ma, zwłaszcza za tak przyzwoitą cenę. Przede wszystkim nie każdemu do gustu musi przypaść spory mimo wszystko rozmiar opaski, jej sztywność i brak możliwości jej regulacji poza dwoma klipsami w zestawie (i dwoma ogólnymi wersjami rozmiarowymi). Samo mocowanie też potrafi się w określonych przypadkach (rzadkich bo rzadkich, ale jednak) rozpiąć, a aplikacja mobilna, cóż, czasem po prostu nie domaga. Trochę ograniczona jest też integracja z platformami zewnętrznymi – oczywiście, jeśli komuś wystarczy Apple Health albo Google Fit, to będzie zachwycony. Ale jeśli ktoś woli MyFitnessPala, tak zadowolony już nie będzie.

Mimo tych wad jednak trudno znaleźć cokolwiek, co powodowałoby, że tegorocznej wersji Razer Nabu nie można byłoby polecić. Jeśli więc ktoś szuka takiego właśnie sprzętu w rozsądnej cenie, niech poszuka miejsca, gdzie może tę opaskę przymierzyć, a potem… niech szykuje gotówkę.

Zalety:

  • Bardzo dobra obsługa powiadomień
  • Czytelny wyświetlacz
  • Wygodny przycisk
  • Sporo opcji konfiguracyjnych i dobra aplikacja
  • Dobry czas pracy na pojedynczym ładowaniu

Wady:

  • Wymiary i ograniczone możliwości regulacji
  • Drobne braki w aplikacji mobilnej i ograniczenia w integracji z serwisami zewnętrznymi
  • Nie zawsze idealnie dokładne pomiary
  • Brak GPS i brak możliwości podłączenia zewnętrznych czujników (np. tętna)
Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement