O tym, jak chciałem kupić… żarówkę

Felieton/Sprzęt 22.12.2015
O tym, jak chciałem kupić… żarówkę

Nie ma to, jak przed świętami złapać porządnego wkurwa przez… żarówkę. Okazuje się, że w tym kraju kupno nietypowej żarówki to droga przez mękę. Albo jeszcze inaczej – może by tak, wzorem ładowarek do telefonów, ustandaryzować rodzaje żarówek? By żyło nam się lepiej.

Gdy kupowałem dziecku stylowy (you know) żyrandol wraz z kinkietem do nowo wyremontowanego pokoju, to w ogóle nie myślałem o rodzaju żarówek, jakie się w nich montuje. – Ładny? No, ładny, będzie pasował, bierzemy – tak wyglądał u nas proces zakupowy owych lamp. Domniemam, że podobnie jak u 99 proc. innych polskich rodzin w podobnych sytuacjach.

Lampy rzeczywiście fajne, sprawdziły się, przynajmniej do czasu, gdy żarówki zaczęły się przepalać. Gdy zgasła jedna, powiedziałem Synowi: no, masz jeszcze dwie w zestawie żyrandolowym, dasz radę. Był spokój przez moment. Do czasu, gdy padła żarówka w kinkiecie, który – tak się nieszczęśliwie składało – oświetla dużą część pokoju.

Gdy zajrzałem pod klosz momentalnie wyczułem kłopoty.

Wewnątrz żarówkowe monstrum. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. W zasadzie bez większej nadziei poszedłem zajrzeć do pudła, gdzie trzymamy zapasowe żarówki. Zamiennika oczywiście nie było.

No to trzeba jechać do sklepu. Widząc co trzymam w ręce, od razu udałem się do salonu, w którym lampy zostały nabyte. Tam oczywiście ani widu ani słuchu po tych modelach, ale przy okazji – i tu zdałem sobie sprawę z najgorszego – nie byłem w stanie nawet werbalnie opisać, o jaki produkt mi chodzi.

Czy to żarówka, świetlówka, czy może reflektor? Jaki rodzaj gwintu ma? Odpowiedzi na te pytania nie znałem, ale – jak się okazuje w rozmowie ze sprzedawcą – jako klient powinienem był znać. Wróciłem zawstydzony do domu po „to coś” i ruszyłem na łowy do kolejnych sklepów, włącznie z Castoramą oraz sklepem wyłącznie z oświetleniem.

to coś
to coś

Nikt nigdy nie widział takiej żarówki, przepraszam świetlówki, nie, sorry, reflektora – wszystkie te trzy pojęcia były wykorzystywane do opisu tego czegoś. W żadnym sklepie nie udało mi się zdobyć wymiennika. Nauczyłem się za to jednej rzeczy – ma dość typowy gwint gu10.

Pomyślałem: przecież jestem człowiekiem internetu, znajdę w Sieci i kupię.

Zrobiłem więc zdjęcie, wrzuciłem go Google Image Search i… pustka. Nie ma. Google nie pokazuje nic. Zabrałem się więc za wyszukiwanie po opisie i grafikach: żarówka gu10 – przejrzałem ze 100 stron wyników, nic; świetlówka gu10 – nic; dopiero reflektor gu10 wyrzucił mi zdjęcie podobnego produktu (a może i nawet tego samego, trudno wyczuć).

to coś na czeskiej stronie
to coś na czeskiej stronie

Okazuje się, że zdjęcie pochodzi ze stron jakiegoś czeskiego sprzedawcy lamp. Napisałem do nich, czekam na kontakt.

Może i ta historia jest głupia i banalna, ale mnie mocno upokorzyła.

Okazuje się, że w połowie drugiej dekady XXI w. kupno nietypowego reflektora jest praktycznie niemożliwe. Panuje bowiem totalna wolna amerykanka wśród producentów. Każdy robi sobie żarówki/reflektory/świetlówki jakie chce, a o dostępność zamienników nikt nie dba. Po tym, jak wypali się żarówka, kup pan nową lampę (czyli prawie jak u Apple – zespuł się Mac? Kup nowego).

Przecież to powinno być w jakiś sposób ustandaryzowane. Powinien być jakiś określony zestaw rozmiarów, w których producenci mogliby się poruszać. Kupno wymienników powinno być bezproblemowe i możliwe w pierwszym lepszym sklepie.

Może czas, by problemowi przyjrzała się Unia Europejska lub jakiś regulator rynku? Kiedyś był problem z ładowarkami telefonicznymi – każdy z producentów miał inne gniazdo ładowania i trzeba było kupować ładowarkę do każdego telefonu z osobna. Dziś wszyscy oprócz Apple’a (w jaki sposób, do cholery, się uchowali?) korzystają z gniazda micro USB, które nieśmiało zaczyna zastępować USB Typ-C.

Może można byłoby podobnie zadziałać na rynku oświetlenia – zarówno pod względem rozmiaru żarówek, jak i gwintów? Żyłoby nam się wszystkim nieco łatwiej.

* Grafika: Shutterstock

Dołącz do dyskusji

Advertisement