Geeka wyprawa do Madrytu i Barcelony

Relacja/Technologie 26.12.2015
Geeka wyprawa do Madrytu i Barcelony

Czasem człowiek potrzebuje restartu, naładowania baterii i spełnienia marzeń. Moim marzeniem była podróż do miasta, o którym śniłem od kilkunastu lat.

Zboczenie zawodowe sprawiło jednak, że całą podróż odebrałem prawdopodobnie inaczej, niż większość turystów. Nie interesowały mnie zabytki i muzea, choć one również były interesujące. Tym, na co najbardziej zwróciłem uwagę, była technologiczna codzienność w kraju, który podobno jest dotknięty niesamowitym kryzysem gospodarczym. Zapraszam do Madrytu i Barcelony widzianej oczami technologicznego geeka.

Ponad 6 tysięcy kilometrów, 3 państwa, 4 miasta i to wszystko w ciągu raptem 7 dni. Kilkaset kilometrów autostradą, kilka tysięcy samolotem, a do tego jeszcze metro, autobusy i kolej ekspresowa – hiszpańskie AVE, odpowiednik francuskiego TGV. Przez kilka dni podróżowaliśmy każdym z tych popularnych środków transportu. Dodatkowo, by lepiej zatopić się w klimacie tamtejszych miast, staraliśmy się, aby nasza podróż w dużym stopniu opierała się na wielokilometrowych spacerach. W sumie przeszliśmy blisko 70 kilometrów i z pewnością bardzo dobrze będę wspominał grudzień, jako miesiąc z najciekawszymi aktywnościami na Runkeeperze.

Jak przygotować się do wyjazdu?

Z premedytacją nie wybraliśmy żadnej oferty z biura podróży. Wszystko, co mieliśmy zobaczyć w Hiszpanii, miało być wynikiem tego, co się wydarzy i tego, na co aktualnie będziemy mieli ochotę. Błąd jaki popełniliśmy przed wyjazdem, to wymiana złotówek na euro jeszcze na miejscu, w kraju. Jeżeli będziecie wybierać się do innych krajów Europy Zachodniej, to zdecydowanie polecam dwie opcje. Pierwszą jest płacenie za wszystko kartą kredytową. Mimo wielu przeliczników, jest to po prostu bardziej opłacalne.

Druga opcja to wypłacenie gotówki w bankomacie na miejscu. Tutaj wychodzi jeszcze taniej. Ostatnia opcja czasem jest najlepsza, a to dlatego, że nie raz w restauracji widzieliśmy ogłoszenie, czy sytuacje, w której obsługa nie chciała przyjąć płatności kartą.

Co warto zobaczyć?

park-barcelona
Ciutadella Park – piękne miejsce, idealne na chwilę relaksu i złapanie oddechu.

Być może nie zobaczyliśmy wszystkich atrakcji, nie objęliśmy wzrokiem wszystkiego co warto tam zobaczyć to uważam, że zarówno Madryt jak i Barcelonę poznaliśmy na tyle, iż jestem pewny jednego – to Barcelona jest miastem, w którym zdecydowanie chciałbym zamieszkać. Ten klimat, ci ludzie, jakże zupełnie inna mentalność, tak zupełnie odmienna od tego, co na codzień widzę w Polsce, a zwłaszcza w Łodzi. U nas ciągle mówi się o tym jak bardzo jest źle. Im jest gorzej, tym więcej tematów przy wigilijnym stole. Tymczasem w Barcelonie nie widać tego pośpiechu. Widać za to luz, pasję do życia i pozytywne nastawienie do codzienności.

Decyzję o wyjeździe podjęliśmy na początku września. Przeglądając promocje na tanie przeloty stwierdziliśmy, że wreszcie przyszła pora przetestować tanie linie lotnicze. Za kilkaset złotych kupiliśmy przeloty na linii Poznań-Barcelona, Madryt-Bergamo i Bergamo-Poznań. Skorzystaliśmy z oferty zarówno Ryanair i Wizzair, i pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to sposób, w jaki zmieniły się obydwie strony.

Pod względem wyglądu i wrażeń z korzystania z serwisów z pewnością wygrał Ryanair. Zakup biletu, późniejsza odprawa i wrażenia z użytkowania w niczym nie przypominały tego, co można było tam spotkać jeszcze kilkanaście miesięcy temu. Podobnie było w przypadku aplikacji mobilnych. Ta od Ryanair jest bardziej przejrzysta, czytelna i łatwiejsza w nawigacji, a to docelowo przekłada się na dobre pierwsze wrażenie.

renfe-kolej-hiszpania
Perony na drugim co do wielkości dworcu kolejowym w Barcelonie – Estación de Francia, Barcelona

Niestety w przypadku tego, co najważniejsze, tj. samych samolotów, Ryanair zamazuje po sobie dobre wrażenie pozostawione przez aplikację mobilną. Wiadomo, że tanie loty nie mogą oznaczać komfortowych warunków w powietrzu, ale mimo wszystko pod względem floty lotniczej Wizzair sprawia zdecydowanie lepsze wrażenie. Nowsze samoloty, wygodniejsze fotele, więcej miejsca na nogi i na bagaże. W Ryanairze po fotelach było widać, że czasy świetności tych samolotów już dawno minęły. Obdrapana tapicerka, wytarte podłokietniki, zamglone, porysowana okna. W trakcie 2 godzin lotu czułem się jakbym pędził autostradą siedząc w 20-letnim BMW.

O czym warto pamiętać po zrobieniu odpraw online (polecam!) w Ryanair i Wizzair, to dodanie biletów lotniczych do Apple Wallet (jeśli posiadacie urządzenie z iOS). Byłem pod niesamowitym wrażeniem tego, w jaki sposób ta prosta aplikacja ułatwia życie na lotnisku. Odprawienie się jest proste, ale brak konieczności dostępu do internetu i posiadania wydrukowanej kopii biletu ułatwia sprawę. Telefon zawsze mamy pod ręką, a makulaturę z biletami dużo łatwiej zniszczyć lub po prostu zgubić. Jeżeli do tego dodać, że dzięki odprawie online nie trzeba czekać w kolejkach, a przejście przez odprawy i wejście do samolotu to po prostu przystawienie ekranu smartfona do odpowiedniego czytnika, zyskujemy dzięki temu naprawdę spory komfort w trakcie podróżowania.

Pierwsze wrażenia po lądowaniu w Barcelonie

ulica-barcelona
Urokliwe ulice Barcelony

Prawdopodobnie tak jak Ryanairowi dużo brakuje do Lufthansy, tak często mówi się, że nasz kraj ma sporo braków względem państw zachodniej Europy. Owszem, pod wieloma względami sporo nam brakuje, ale przynajmniej w jednym aspekcie nie mamy się czego wstydzić. To technologie i fakt, że posługujemy się nimi coraz lepiej i w coraz bardziej zaangażowany sposób.

Spacerując po hiszpańskich ulicach moim oczom ukazał się olbrzymi przekrój technologii. Od smartfonów, przez tablety i czytniki książek, aż po komputery. O dziwo, tam dużo większą popularnością cieszą się tablety i czytniki książek (niekoniecznie Kindle). U nas królują smartfony. Skąd taka popularność czytników ebooków? W Hiszpanii niezwykle popularny jest Amazon, ponadto wiele firm dba o to, by ich własne czytniki były wysokiej jakości.

Rzucił mi się też w oczy fakt, iż w Barcelonie przewijają się głównie Samsungi i iPhone’y z najwyższej półki; telefony najnowszej generacji, nowe, takie jak iPhone 6 i 6s, Samsung Galaxy S6, etc. Praktycznie nie widziałem nikogo, kto korzystałby z Lumii lub telefonów napędzanych Androidem od innych producentów. Z kolei w Madrycie, mieście kilkukrotnie większym od Barcelony, którego mieszkańcy powinni być teoretycznie bogatsi, dużo popularniejsze były telefony z niższej półki. Rzadziej można było spotkać posiadaczy iPhone’ów i oprócz Samsungów spotkałem wielu właścicieli nie tylko HTC lub Sony, ale też Huawei czy Motoroli.

madryt-ulica
Niecodzienny widok na głównej ulicy miasta – Gran Via, Madryt

Przez Apple Store w Barcelonie przewijały się tłumy, nawet w późnych godzinach wieczornych. Z kolei inne sklepy z telefonami lub innym sprzętem elektronicznym cieszyły raczej średnim zainteresowaniem. Przechadzając się po ulicach widać, że siła nabywcza mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego jest wyższa, niż u nas. Przy tutejszych zarobkach dużo łatwiej kupić najnowszy model telefonu, wysokiej jakości kosmetyki czy ubrania, które swoją drogą w Polsce są nawet do 30 proc. droższe.

Jeżeli słyszeliście, że w Barcelonie jest wielu złodziei i wyjazd do tego miasta z reguły kończy się uszczupleniem plecaka ze sprzętem, to możecie te historie włożyć między bajki. Wystarczą naprawdę podstawowe zasady zachowania bezpieczeństwa i wasze urządzenia z pewnością nie zmienią właściciela.

W Madrycie podobno też są z tym problemy, ale tutaj z kolei spotkała mnie sytuacja, która w Polsce nie mogłaby mieć miejsca. Mianowicie, w trakcie jednego ze spacerów potrzebowaliśmy chwili, by nabrać sił. Minęło kilka minut i znów wyruszyliśmy w drogę. Po kolejnych kilku minutach zorientowałem się, że zostawiłem pokrowiec na aparat na ławce, na której odpoczywaliśmy. Nauczony polskim doświadczeniem, nie chciałem już wracać na miejsce zdarzenia, ale jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy po 20 minutach pozostawiony pokrowiec leżał nienaruszony, w tym samym miejscu! Nie wyobrażam sobie takiego scenariusza w moim mieście.

santiago-madryt
Interaktywne muzeum na stadionie Santiago Bernabeu w Madrycie.

Gdzie spać i jak zwiedzać Barcelonę i Madryt?

By zarezerwować nocleg w Hiszpanii mieliśmy kilka opcji. Mogliśmy wybrać najpopularniejszą, czyli hotel rezerwowany przez Booking.com. Poszliśmy jednak trudniejszą drogą i uznaliśmy, że skoro idziemy na żywioł, to spróbujemy też znaleźć i zarezerwować nocleg na Airbnb.pl. Czy było warto? Oj tak! Jeżeli zastanawialiście się nad tym, czy warto korzystać z Airbnb, to absolutnie polecam.

My trafiliśmy doskonale. W Madrycie naszym gospodarzem był człowiek bez znajomości języka angielskiego, ale to nie był żaden problem. Okazało się, że jako policjant był niesamowicie komunikatywnym i gościnnym człowiekiem. W Barcelonie również było świetnie. Doskonała lokalizacja, świetna komunikacja z gospodarzem i doskonała komunikacja z całym miastem (do metra mieliśmy kilkaset metrów).

ave
Wnętrze super szybkiego pociągu AVE

Im gorzej brzmi wasz angielski akcent, tym lepiej się dogadacie z miejscowymi. Dużo łatwiej dogadać się po angielsku w Barcelonie, niż w innych częściach kraju. Jest to spowodowane tym, że właśnie Barcelona jest centrum biznesowym kraju i to tutaj liczba turystów w ciągu całego roku jest zdecydowanie największa.

Inna sprawa, która mocno wpływa na znajomość języków obcych przez Hiszpanów, to niezwykle popularny dubbing. Praktycznie wszystkie filmy i seriale w telewizji są dubbingowane. Nikomu nie przychodzi na myśl, by oglądać film z napisami lub w oryginale. Nie bez znaczenia jest też to, że nauka języka dla większości Hiszpanów kończy się już po liceum, więc nie ma się co dziwić, że nawet w restauracjach i sklepach znajomość języka angielskiego jest często bardzo podstawowa.

Z jakich aplikacji warto korzystać?

Oprócz standardowego zestawu aplikacji, podczas podróży szczególnie intensywnie wykorzystywałem kilka dodatkowych programów, bez których nie wyobrażam sobie podróżowania, oraz kilka, bez których wolałbym się obejść:

Pocket – w czasie wyjazdu przeczytałem ponad 150 artykułów. Wiele z nich o tym, co warto zobaczyć na miejscu, ale w większości nadrobiłem teksty, które zachowywałem na później przez kilka ostatnich tygodni.

Google Maps – to chyba najgorsza aplikacja, z jakiej korzystałem w trakcie całej podróży. Doczytywanie map? Problem, bo nie zawsze internet był dostępny. Wyznaczanie tras? Prawie zawsze naokoło i nieczytelnie. Wskazywanie aktualnej pozycji na mapie? Praktycznie zawsze błędne. Wskazywanie kierunku marszu? Tylko kilka razy zdarzyło się, by było takie jak trzeba. Ogólnie coraz częściej szukam alternatyw dla aplikacji od Google i również w tym wypadku zdecydowanie bardziej polecam pobrać Maps.me.

Maps.me – aplikacja lżejsza, łatwiejsza w obsłudze niż Google Maps. Przy obsłudze jedną ręką łatwiej zmieniać pozycje na mapie, przybliżać i oddalać obraz. Bez problemu można z niej korzystać nie mając dostępu do sieci.

mapa-madryt

Foursquare – zaskoczyła mnie wyższość tej aplikacji nad Yelpem czy Tripadvisorem. W tych dwóch aplikacjach znajdziemy sporo informacji, opinii, ale brakuje tam jasnych i klarownych rekomendacji. Tymczasem Foursquare daje jasno do zrozumienia gdzie warto się udać, by dobrze zjeść, albo gdzie pójść, by zobaczyć coś naprawdę interesującego.

Renfe – jeżeli myśleliście, że polska kolej ma problemy z byciem na czasie pod względem aplikacji i strony internetowej, to z pewnością warto zobaczyć, jak sobie radzi pod tym względem Renfe – monopolista, jeżeli chodzi o przewozy kolejowe w Hiszpanii. Ich aplikacja mobilna, strona internetowa i system rezerwacji biletów są archaiczne, nieczytelne i ogólnie kiepskie w użytkowaniu.

Gdy już udało się kupić bilet (my ostatecznie kupiliśmy w kasie) to przejażdżka pociągiem AVE/TGV była jednym z przyjemniejszych elementów podróży. Przestronne, wygodne przedziały. Prędkość w okolicach 300 km/h i piękne widoki za oknem w drodze z Barcelony do Madrytu. Naprawdę warto, choć zdecydowanie polecam kupować bilety kilka miesięcy przed podróżą.

Runkeeper – to idealne narzędzie nie tylko do śledzenia aktywności, ale także do planowania tras po najciekawszych atrakcjach. Po powrocie może służyć jako przewodnik dla znajomych, by pokazać im, jak wyglądały nasze wojaże po hiszpańskich miastach.

Co było najbardziej zaskakujące?

Miejskie Wi-Fi. Zwiedziłem Madryt, Barcelone i Bergamo i niemal wszędzie nie było problemu z połączeniem. W Hiszpanii wystarczyło połączyć się z ogólnodostępnym internetem, z kolei w Bergamo wymagało to wysłania SMS-a i zalogowania się poprzez podanie loginu i hasła.

Nieco gorzej było z samym działaniem, a właściwie z niezawodnością połączenia internetowego. Z tym aspektem było trochę problemów, a miastem, które najlepiej poradziło sobie z tym problemem był… nasz polski Gdańsk. Tam nie ma problemu z połączeniem, nie ma też problemu z jakością łącza. Owszem, nie jest to światłowód, ale mapy czy informacje o najbliższych restauracjach sprawdzimy bez problemu. W Hiszpanii lub też we Włoszech nie było to takie oczywiste.

Olbrzymie wrażenie zrobiła na mnie popularność analogowych gazet i momentami czułem się jak 12–13 lat temu, gdy sam kupowałem gazety codzienne, by dowiedzieć się czegoś ciekawego o tym, co dzieje się w Polsce i na świecie. Nakłady gazet w Hiszpanii są kilkukrotnie wyższe niż w Polsce. Czytelnictwo również kilkukrotnie przewyższa to polskie, ale tam konsumpcja treści jest inna, niż u nas.

telefonica-madryt
W budynku Telefonici w centrum Madrytu, gdy dorośli kupują telefony, dzieciaki mogą grać na najlepszym sprzęcie.

Czym to jest spowodowane? Hiszpanie, w przeciwieństwie do Polaków, mają mocno zakorzenioną kulturę śniadaniową. Jeżeli śniadanie, to najlepiej w pobliskiej kawiarni, albo małej restauracji, która oferuje świeżo wyciskany sok i kanapki z szynką. Tam zwyczaj spożywania śniadania poza miejscem zamieszkania to codzienność i podstawa każdego dnia, dlatego też w trakcie takiego śniadania przyjemnie jest umilić sobie czas, czytając gazetę. Z jednej strony jest to przyzwyczajenie, ale z drugiej, jeżeli spojrzeć na jakość i ilość informacji, które można znaleźć w tamtejszej prasie, absolutnie nie dziwi mnie jej popularność.

Popularne w Polsce płatności zbliżeniowe w Hiszpanii wydają się nie istnieć

Przez kilka dni pobytu w Hiszpanii nie zauważyłem, by ktoś płacił za cokolwiek zbliżeniowo. Byłem bardzo ciekaw, czy faktycznie Hiszpanie tak bardzo nie lubią płatności zbliżeniowych, czy po prostu miałem pecha i nie zauważyłem takiej sytuacji. W związku z tym o dodatkową opinię poprosiłem Paulinę Wardęgę, która na codzień mieszka, pracuje i żyje w Hiszpanii.

“Szczerze mówiąc, nigdy nie widziałam kogoś, kto płaciłby zbliżeniowo. Co więcej, jeszcze nie tak dawno by zapłacić kartą, trzeba było pokazać dowód osobisty, albo inny dokument tożsamości. Doszło już nawet do tego, że wracając do Polski za każdym razem, gdy miałam płacić kartą, automatycznie wyciągałam dowód osobisty. Chyba nie muszę mówić, jak dziwnie spoglądali na mnie sprzedawcy w różnych sklepach.“

Z tego co powiedziała mi Paulina dowiedziałem się też, że w Hiszpanii z dużą rezerwą podchodzi się do nowinek związanych z płatnościami, a jeżeli chodzi o bezpieczeństwo transakcji, to z nimi też bywa różnie, bo np. bez problemu można opłacić rachunek za prąd, dzwoniąc do elektrowni i podając wszystkie dane dotyczące karty i kodów dostępu przez telefon.

Internet w Hiszpanii to odrębna rzeczywistość

Gdy patrzy się na jeden z lepiej sprzedających sklepów internetowych w Hiszpanii, można odnieść wrażenie, że Hiszpanie zatrzymali się w miejscu. Rozwój Internetu na świecie brnie w nieznane w zastraszającym tempie, ale tam, przy iberyjskim słońcu, wiele rzeczy utrzymuje constans i wygląda np. tak:

ecommerce-hiszpania

Hiszpanie jako jeden z ostatnich bastionów bardzo długo bronili się przed dominacją Facebooka – tam olbrzymią popularnością cieszył się Tuenti, który dopiero 2–3 lata temu oddał palmę pierwszeństwa amerykańskiemu odpowiednikowi.

Z drugiej strony zaskoczyła mnie niezwykła popularność Twittera i Whatsappa. Za pomocą tego drugiego komunikuje się większość Hiszpanów, a dodatkowo za pośrednictwem tej lekkiej aplikacji można składać zamówienia w sklepach internetowych, czy też rezerwować stoliki w restauracjach.

Podsumowując

Nie mamy się czego wstydzić jeżeli chodzi o zaawansowanie technologiczne naszego społeczeństwa. Z nowych technologii korzystamy tak samo, jak mieszkańcy krajów zachodniej Europy i pomimo tego, że – być może – Gdańsk nigdy nie będzie miał takiego klimatu jak Barcelona, a Warszawa nigdy nie będzie tak piękna jak Madryt, to zdecydowanie nie powinniśmy mieć żadnych kompleksów na tle technologicznym.

To, czego wciąż nam brakuje względem “krajów zachodu”, to lepsze nastawienie do życia i pracy, ale mam nadzieje, że z biegiem lat i to będzie się zmieniać.

Dołącz do dyskusji

Advertisement