Dobra rada dla dziennikarzy, blogerów i pisarzy: zapamiętajcie sobie, że lepiej nie pamiętać

Felieton/Technologie 06.12.2015
Dobra rada dla dziennikarzy, blogerów i pisarzy: zapamiętajcie sobie, że lepiej nie pamiętać

Nie zbudowano dotąd komputera, który potrafiłby zastąpić pisarza, dziennikarza czy też blogera. Powód tego jest prosty. Komputery mają za dobrą pamięć.

Zupełnie odwrotnie jest z blogerami, dziennikarzami i pisarzami. Przedstawiciele tych zawodów pamięć muszą mieć kiepską. Inaczej dość szybko musieliby zrezygnować ze swojego zawodu. Albo umarliby z nudów.

W zawodzie dziennikarza zawsze niesłychanie ceniłem zmienność. Mariusz Szczygieł, jeden z moich kolegów, z którymi zaczynałem reporterską pracę, zawsze mówił, że w naszym zawodzie najfajniejsza jest możliwość udania się do dowolnego człowieka i zapytania go o dowolną rzecz. Wszystko jedno, czy to prezydent, czy pracownik Miejskich Zakładów Oczyszczania. Inna sprawa, co się usłyszy zadając pytania, ale zawsze można przynajmniej popatrzeć na twarz rozmówcy.

Niestety zmienność to zarówno zaleta jak i przekleństwo wszelkiego pisarstwa.

Z jednej strony człowiek jest zachwycony tym, że wciąż pisze o czymś innym. Raz o podboju kosmosu, to znowu o miejskim szalecie. Ale po jakimś czasie czuje się zirytowany, bo wolałby się jednak dłużej skupić na jednym temacie i porządnie go zgłębić. Na przykład zgłębianie duchowości polskich piosenkarek może zająć całkiem dużo czasu.

Ta zmienność odróżnia pracę reportera od „depeszowca”, czyli dziennikarza piszącego „newsy” – te krótkie, bieżące teksty, pojawiające się na pierwszych stronach gazet. Przeważnie o polityce albo gospodarce, a jak się trafi coś równie nudnego, to o tym również. „Depeszowiec” musi codziennie zebrać materiał do innego tekstu. Niekiedy w ciągu dnia pracuje nad kilkoma tematami. Wyrazy współczucia. Zawsze zdecydowanie wolałem pracę reportera, który siedzi nad tekstem kilka dni albo nawet kilka tygodni. Jak dla mnie to wspaniały kompromis między zmiennością a możliwością zgłębienia tematu. I przeważnie rano można dłużej pospać.

Ale czy się jest „depeszowcem”, czy reporterem, to po kilkunastu latach pracy i tak autorowi wydaje się, że już wszystko napisał.

Każdy nowy temat nudzi jak przecinki w przemówieniu towarzysza Gomułki. Sam zaś piszący zaczyna się gubić, czy jego nowy pomysł jest ożywczy jak aktualnie reklamowana woda mineralna, czy też może pochodzi ze skupu materiałów wtórnych, bowiem został już wielokrotnie wykorzystany.

Czy pracuje się codziennie nad nowym tematem, czy dysponuje dłuższym czasem na opisanie jakiejś historii, piszący i tak wciąż wraca do podobnych tematów. Dziennikarze z reguły w czymś się specjalizują. A to w ekologii, więc muszą odróżniać psa od kota, a to nauce, wypada więc nie pomylić, co to kwarki, a co skwarki. Wracając do jakiejś historii dziennikarze muszą przypomnieć czytelnikowi pewne podstawowe wiadomości, dopiero potem mogą napisać, co nowego stało się w jakiejś sprawie. To przypominanie w jakimś stopniu odbywa się metodą – nie będę tego ukrywał – kopiuj-wklej. Piszący korzysta zarówno ze swojej wiedzy, jak i wprost ze swoich starych tekstów. Rzecz jasna coś tam przy okazji pozmienia, ale spora część tekstu poświęcona przeszłości tematu brzmi niemal tak samo jak napisana miesiąc, kwartał, rok temu.

Aż w końcu piszący od tego głupieje.

Umysł gubi się w tym, co stare, a co nowe. I to właśnie odróżnia dziennikarza od komputera – maszyna znakomicie by sobie wszystko przypomniała. Ale pewnego dnia z pewnością by się zacięła, bo zabrakłoby jej nowych pomysłów. A dziennikarz po prostu wtedy sięgnie po odgrzewane kotlety, bo tymczasem wydadzą mu się świeże i soczyste.

maszyna-do-pisania-kontra-komputer

Co jakiś czas głęboko zastanawiam się, czy jakiegoś porównania, jakiegoś żartu, jakiegoś skojarzenia już kiedyś użyłem, czy jest nowe. Niestety, nie ma takiego elektronicznego urządzenia, któremu mógłbym podyktować cały tekst, a ono sprawdziłoby, czy wszystkie moje pomysły są świeże, czy może niektórych używam po raz tysiąc sześćset pięćdziesiąty siódmy. Przestałem się już tym przejmować, bo inaczej nie zdołałbym dalej uprawiać zawodu i musiałbym się przerzucić na uprawę roli. Sparaliżowałaby mnie obawa, że mogę się powtarzać. Że się ośmieszę jakimś sucharem.

Cóż, trudno, jak ktoś się żywi sucharami, to przynajmniej znaczy, że ma swoje zęby a nie sztuczną szczękę.

Na szczęście jednak, jak wspomniałem, blogerzy, dziennikarze i pisarze pamięć mają gorszą od komputerów. Siedzę teraz nad książką o Józefie Cyrankiewiczu, zwanym wiecznym premierem, bowiem urząd pierwszego ministra pełnił najdłużej w historii PRL. Przeczytałem stos literatury, sam też wcześniej o Cyrankiewiczu pisałem. W jednym z książkowych zbiorów tekstów o PRL-u znalazłem bardzo ciekawy opis pewnego spotkania Cyrankiewicza ze Stalinem. Cyrankiewicz opowiadał: 

Stalin lubił pić. No to z kim miał pić? Z Bermanem, to przecież Żyd? Z Gomułką? Żaden był z niego pijak. To z kim miał pić? Ze mną pił. A ja się czułem nieswojo. A ja tak siedziałem obok niego i on mi dolewał. W pewnym momencie on mi dolał, spojrzał w oczy i powiedział: ty nie lubisz mnie Cyrankiewicz, ty nie lubisz. A ja odpowiedziałem: skądże znowu towarzyszu Stalin. I tak pochyliłem głowę, żeby nie patrzeć mu w oczy. Bo on miał oczy jak szpileczki, diabelskie. I tak łeb schyliłem i mówię sobie w duchu: Najświętsza Panienko spraw, żeby mi się łysina nie zaczerwieniła ze strachu, bo będę zgubiony.

Książka odsyłała do innej pozycji, z której miał być zaczerpnięty ten cytat. Zajrzałem więc do przywoływanego tomu, przejrzałem go kilka razy i nie znalazłem śladu tej smakowitej anegdoty. Jakiś czas później ową historię znalazłem w… moim tekście sprzed kilkunastu lat. Nagle wszystko mi się poukładało. Przypomniałem sobie, kto mi ją opowiadał i w jakich okolicznościach. Autor książki, którą przeczytałem, musiał zaczerpnąć ją z mojego tekstu, a po prostu omyłkowo opisał cytat. Ale oczywiście dla mnie najbardziej zabawne było to, że to ja sam opisałem to zdarzenie a potem zapomniałem.

A kiedy czytałem ową historię w innej książce, spodobała mi się szczególnie pewnie dlatego, że była po prostu w moim stylu.

Zwykle po napisaniu materiału wyrzucam z pamięci wszelkie szczegóły. To bywa uciążliwe, gdy potem spotykam się z czytelnikami. Ci pytają o jakieś fragmenty, które napisałem, a ja czasami nie potrafię odpowiedzieć niczego mądrego, bo już po prostu nie bardzo pamiętam, co napisałem. Mentalnie jestem przy jakimś nowym tekście, przy czymś zupełnie innym.

dziennikarstwo-maszyna-do-pisania-klawiatura-biurko-praca-2

Praca dziennikarza to czasami taki młyn, że człowiek niemal nie wie, gdzie się właśnie znajduje. Kiedyś bardzo często jeździłem na dziennikarskie delegacje. Pewnego dnia wysiadłem na dworcu w niewielkim mieście, rozejrzałem się i stwierdziłem, że całkiem niedawno tu byłem, zbierałem materiał do jakiegoś tekstu. Ale zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć, o czym był ten tekst.

Dziennikarska pamięć działa w jakiś szczególny sposób. W codziennej pracy gazety czasami zdarza się, że jakiś tekst „spada”. Już pojawia się na kolumnach, już ma iść do druku, ale nagle dzieje się coś bardzo ważnego, co trzeba zamiast tego materiału wepchnąć do numeru.

Tu dygresja: moje teksty z reguły spadały, gdy komuś powiedziałem, kiedy mają zostać opublikowane.

W pewnym momencie owładnięty magicznym myśleniem przestałem zawiadamiać bohaterów tekstów, kiedy ukażą się drukiem. Zgodnie z moją pokrętną logiką zwykle pomagało.

Taki „spadający” tekst często ma potem problem, żeby w ogóle ukazać się w gazecie. Choćby nawet brakowało świeżych materiałów do druku, to jakoś wszyscy zapominają o gotowcu, który wypadł z kolejki i można łatwo po niego sięgnąć. Zastanawialiśmy się w redakcji wiele razy, z czego to wynika i doszliśmy do wniosku, że to właśnie sprawa dziennikarskiej pamięci. Redaktorzy już ten tekst przeczytali, doceniali jego wartość. Ale przy okazji nabrali fałszywego przekonania, że czytelnicy też ten nieopublikowany tekst znają.

Jeśli więc chcecie zostać blogerem, dziennikarzem albo pisarzem, to szczerze wam radzę: pamiętajcie jak najmniej.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Geniusz i świnie”, „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”.Bloguje na piotrlipinski.pl. Żartuje na twitter.com/PiotrLipinski. Nowa książka „Absurdy PRL-u” w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Grafika: Shutterstock

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement