Tajemnica hongkońskiej taksówki

Artykuł/Motoryzacja 16.11.2015
Tajemnica hongkońskiej taksówki

Hong Kong – miasto, w którym gdyby ktoś chciał odwracać się za każdą Teslą, prawdopodobnie w kilka minut nabawiłby się potężnego bólu szyi. Miasto, gdzie na przejeżdżające co chwilę Maybachy nikt nie zwraca uwagi, a na Rollsach pierwszeństwo wymuszają, bez chwili zastanowienia, poruszający się w ślimaczym tempie staruszkowie. I w końcu miasto, które wita odwiedzających flotą aut, które wyglądają, jakby już dawno osiągnęły pełnoletniość. A mimo to wsiadają do nich wszyscy, bez narzekania i gadania. O co w tym chodzi?

Lądowałem już na wielu lotniskach – w różnych krajach i na różnych kontynentach, ale ten widok był dość zaskakujący. Owszem, nie wszędzie na podróżnych czekają przecież jedynie najnowsze modele, ale żeby aż tak? Tutaj bowiem, jak okiem sięgnąć, dziesiątkami, może nawet setkami, kłębiły się przed budynkiem czerwone taksówki, których wygląd mógłby sugerować, że ich produkcji zaprzestano już lata temu.

Prosta, kanciasta karoseria, absolutny brak czegokolwiek, co mogłoby ten samochód wyróżnić na tle innych. Sylwetka naszkicowana tak, jakby kazać dziecku narysować samochód i dać mu tylko dwa warunki – to ma być sedan, a oprócz tego, do rysowania koniecznie trzeba użyć linijki. Efekt końcowy jest więc niezbyt imponujący, ale przy tym wszystkim szybko okazuje się, że to właśnie za tym „kanciakiem”, głównie z powodu jego historii, będziemy najczęściej odwracać głowę w Hong Kongu.

taksówka-hongkong-4

Niech was bowiem nie zmyli jego archaiczny wygląd. Istnieje całkiem spora szansa, że jeśli kiedykolwiek zamówicie w Hong Kongu taksówkę i podjedzie po was właśnie ten charakterystyczny pojazd, to będzie to pojazd technicznie prawie nowy. Ewentualnie kilkuletni. A nawet jeśli będzie miał kilkanaście lat, to i tak nie będziecie w stanie tego stwierdzić na pierwszy rzut oka – to jedno z tych aut, w przypadku których stosuję się prostą strategię – jeśli coś nie jest zepsute, to nie ma po co tego naprawiać czy zmieniać.

Oczywiście już po znaczku na zdjęciach widać, o jakiej marce mowa – o Toyocie. Sam model jest jednak niezwykle egzotyczny i nigdy nie zawitał oficjalnie do naszego kraju (i raczej nigdy nie zawita), na co pewnie sporo osób, poszukujących nowego, prostego i niezawodnego auta, może narzekać.

Mowa o Toyocie Comfort.

Oraz jej odmianie przedłużonej – Toyocie Crown Comfort (z rozstawem osi dłuższym o 105 mm), którą produkuje się (i kupuje) nieprzerwanie od 1995 roku, a nawet dłużej, bo sama Toyota przyznaje, że omawiana generacja Crown (Comforta) bazuje na jeszcze starszym modelu, którego produkcję rozpoczęto w 1988 roku).

20 lat – nie jest to z pewnością wynik rekordowy w skali świata (choć zazwyczaj bity jest raczej w biedniejszych regionach), ale i tak robi wrażenie, szczególnie jeśli zestawić ze sobą samochody w rękach prywatnych, które poruszają się po Hong Kongu, z tymi właśnie taksówkami.

Według większości źródeł, ten model Toyoty występował w Azji (Japonia, Chiny, Singapur, etc.) w sumie w trzech głównych wersjach. Cywilnej, zwanej po prostu „Crown”, która doczekała się już kilku nowych wersji (w tym najnowszej, do złudzenia przypominającej modele Lexusa), która jednak w przypadku Hong Kongu jest niespecjalnie interesująca (bo nie ma jej lub jej po prostu nie widać).

Tu dominują prostsze, mniejsze, słabiej wyposażone odmiany taksówkarskie, które na pierwszy rzut oka trudno rozróżnić – różnią się bowiem niemal wyłącznie długością, co z kolei przekłada się na ilość miejsca dla pasażerów tylnej kanapy. A tego jest naprawdę sporo – wystarczy porównać ten parametr z większością europejskich aut segmentu E lub może nawet F. Od razu widać, dlaczego w Chinach to auto znalazło tak wielu fanów.

Nie wspominając przy tym o jeszcze innym aspekcie – prostocie i braku zbędnych rozwiązań, które mogą w każdej chwili się zepsuć. Comfort i Crown Comfort wydają się być spełnieniem marzeń tych, którzy narzekają na to, że współczesne auta są zawodnymi komputerami na kołach. Te dwa modele z komputerami – w obecnym rozumieniu – mają raczej niezbyt wiele wspólnego, a mimo to – a może właśnie dzięki temu – spisują się rewelacyjnie, co tylko potwierdza ich popularność.

„Zwykłość” tych modeli Toyoty sprawia, że trudno napisać o nich cokolwiek ciekawego w kwestiach technicznych. Zgodnie z danymi ze strony japońskiej firmy, w ofercie znajduje się obecnie jeden model (a przynajmniej tyle udało mi się odnaleźć) – czteromiejscowy Comfort. 4,695 m długości, rozstaw osi 2,785 cm, prosty, czterocylindrowy silnik o pojemności 2 litrów, mocy 85 kW, zasilany oczywiście przez LPG (dieslami w Hong Kongu nie można się już poruszać na taksówkach), proste zawieszenie. Do tego automatyczna, czterobiegowa (!) skrzynia biegów oraz podstawowy zestaw taksówkarza: przyciemniane boczne szyby, klimatyzacja, automatycznie otwierane drzwi po lewej stronie oraz radio z obsługą pojedynczej płyty CD.

Nic wielkiego, a jednak to właśnie te auta dominują na ulicach, pod hotelami, przy lotniskach i wszędzie tam, gdzie istnieje spora szansa, że pojawi się duża liczba osób polujących na szybki transport. W mieście, gdzie przynajmniej poprzednia generacja klasy S momentami wydaje się być minimum socjalnym.

Niestety nie miałem okazji przejechać się (Crown) Comfortem, ale opinie znalezione w Sieci są raczej jednoznaczne. Mimo swojej prostoty, to świetne, niezawodne auto, „przyjazne” zarówno dla pasażera, jak i dla kierowcy. Ten pierwszy może cieszyć się naprawdę ogromną przestrzenią z tyłu (oraz kilkoma gadżetami – w wielu egzemplarzach widać było np. monitory zamontowane w zagłówkach), zapewnianej właśnie m.in. dzięki pudełkowatemu kształtowi, a także – jak sugeruje nazwa – komfortową jazdą, choć nie należy tu popadać w przesadę. O wielkich luksusach nie ma mowy – to typowa taksówka, odchudzona w stosunku do cywilnego modelu, wykończona – często dodatkowo przez właścicieli – materiałami nie zawsze najwyższych lotów, ale zawsze takimi, które łatwo utrzymać w porządku.

Ten drugi natomiast najprawdopodobniej cieszy się z niskich kosztów eksploatacji i łatwości w obsłudze serwisowej. W końcu skoro wszędzie są (Crown) Comforty, to nie może to być przesadnie trudne.

taksówka-hongkong-2

Warto przy tym dodać, że choć na stronie Toyoty widoczny jest jedynie jeden model, po Hong Kongu w rzeczywistości jeździ kilka odmian. Zaczynając od samych oznaczeń kolorystycznych, które oznaczają strefę, do której taksówka jest nas w stanie podwieźć, a kończąc na obecności wersji 5-osobowej (wliczając kierowcę) oraz 6-osobowej, gdzie z przodu oprócz osoby prowadzącej pojazd są w stanie usiąść dwie, zamiast jednej osoby. Na szczęście odpowiednia informacja jest dla nas dostępna jeszcze zanim zatrzymamy taksówkę – każda z nich ma stosowną, sporą naklejkę z właściwym oznaczeniem liczby miejsc.

Ciekawostką może być dodatkowo fakt, że choć z lotniska odjeżdżają także taksówki w formie busów czy minivanów, zdecydowana większość osób wybiera właśnie stareńkiego konstrukcyjnie sedana. Nikogo w Hong Kongu nie powinien więc dziwić widok niedomkniętego bagażnika w (Crown) Comforcie i bagaży uwiązanych w jego wnętrzu linką. Cóż, ponownie, skoro takie rozwiązanie działa, to dlaczego szukać innego, niekoniecznie lepszego pod każdym względem?

I takie pytanie zadaje sobie chyba coraz więcej osób przy wyborze samochodu, który zastąpi ich dotychczasowy, poczciwy środek transportu. Kto wie, być może niektóre z nowoczesnych, naszpikowanych elektroniką pojazdów skończą na złomowisku, podczas gdy Crowny będą krążyć po ulicach Hong Kongu nadal nie zwracając uwagi na to, że świat poszedł do przodu.

Dołącz do dyskusji

Advertisement