Gronkiewicz-Waltz i pojedynek na lufy z agentem 0,7 – właśnie tak chcę zapamiętać nowego Bonda

Felieton/Social media 09.11.2015
Gronkiewicz-Waltz i pojedynek na lufy z agentem 0,7 – właśnie tak chcę zapamiętać nowego Bonda

Bardzo wielu znajomych, nieznajomych, przyjaciół, wrogów, trolli i hobgoblinów pisało do mnie w ostatnich dniach z syłradą, abym nie oglądał filmu pt. „Spectre”. „Spectre” to, „Spectre” tamto. „To musi być straszne”, odpisywałem znajomym jadąc tramwajem do kina. „Jakaś parodia Bonda”, odpisywałem trollom czekając w kolejce po bilet. „Spokojnie, nie wybieram się na to”, odpisywałem hobgoblinom siadając na sali kinowej.

Oczywiście nie mieli racji. Ten film jest wspaniały.

Najbardziej podobała mi się postać tego geniusza zła, który walczył z Bondem. Jak mu tam było? Christoph Gronkiewicz-Waltz. Geniusz zła był taki, jaki powinien być czarny charakter w filmie szpiegowskim: zły, genialny i dziwaczny. I to widać już w pierwszej scenie, kiedy geniusz zła, ubrany w nazistowski garnitur, kradł krowy z polany w szwajcarskiej dolinie. Geniusz zła miał obsesję na punkcie mleka. Musiał je pić bez przerwy, a kiedy je pił, śmiał się złowieszczo, trząsł się ze śmiechu i oblewał tym mlekiem. A potem jadł kremówkę i głaskał po włosach francuską blondyneczkę. Żeby zaspokoić swoje mleczne żądze, ukradł na początku całe stado szwajcarskich krów. To zwróciło na niego uwagę brytyjskiego wywiadu. Obserwując przez satelity geniusza zła, agenci królowej dowiedzieli się o jego innym planie.

Geniusz zła wpadł na pomysł, aby ukraść olbrzymie działo laserowe i wypalić nim na Księżycu kutasa. Rada ONZ zebrała się, aby to przedyskutować i wszyscy doszli do wniosku, że na Księżycu nie może być kutasa. Tylko Włosi wstrzymali się od głosu. Ale to wiadomo, Włosi. Wywiad brytyjski wysłał do kryjówki geniusza zła agenta 007. Niestety 007 nie spodziewał się, że geniusz zła sprowadził z Polski innego agenta: 0,7. Znanego jako Alex Acid. 007 i 0,7 rozpoczęli swoją działalność szpiegowską w sposób klasyczny: 007 uwiódł w kasynie Kleopatrę, a 0,7 uwiódł przy barze Czystą Żołądkową. W tym czasie geniusz zła pił mleko i rysował na serwetkach kutasy różnych kształtów.

Następnego dnia Bond obudził się obok Kleopatry po menopauzie, a Alex Acid obudził się na podłodze w swej sypialni, zawinięty w dywan. Geniusz zła nigdzie się nie obudził, bo w ogóle nie spał. Kradł działo laserowe. Przewiózł je krowim zaprzęgiem do swej kryjówki w górach i zaczął kalibrować na Księżyc, rozlewając wszędzie dokoła mleko.

Jednocześnie jego niezwyciężona armia, którą nazwał Gangiem Albanii, realizowała kolejny, równie złowieszczy plan: otóż zdobne opończe marki Batman, które geniusz zła Christoph Gronkiewicz-Waltz rzucił po promocyjnej cenie do sklepów sieci Hania&Mania, przejmowały kontrolę nad umysłami ludzi. Zamieniały ich w zombie. Nie trzeba ich było nawet zakładać. Nie trzeba było przymierzać. Wystaczyło spojrzeć na nie przez szybę, żeby zamienić się w żywego trupa, który jest w stanie jedynie kisić się w kolejce i mamrotać pod nosem: „Promocja, okazja”. Geniusz zła chciał ubrać w takie modne szmaty całą ludzkość i zawładnąć światem. Ale to tylko przy okazji rysowania na Księżycu kutasa laserem.

Sklepów sieci Hania&Mania pilnowały wytatuowane monstery na albańskich osiołkach. Ich główną bronią był rap. Rapowały bez przerwy. Ich flow był tak zabójczy, że wystarczyły dwa rymy, aby powalić konia. Dodatkowo strzelały z oczu atramentem i machały złotymi kajdanami. Pomiędzy monsterami na osiołkach biegały Alibaby. To byli didżeje. Ich bronią był bit. Bit tak tłusty, że po dwóch taktach można było dostać miażdżycy. Mieli oni za zadanie upewnić się, że plan przejęcia kontroli nad umysłami ludzkości wypali. Ale wywiadu brytyjskiego nie interesowało pokrzyżowanie tych planów. ONZ również to nie interesowało. Wysłali Bondowi szyfrogram, aby skoncentrował się na przeszkodzeniu Chistophowi Gronkiewicz-Waltzowi w namalowaniu na Księżycu kutasa.

A zatem 007, przebrany za karton Łaciatego, zakradł się do jaskini geniusza zła. 0,7 już tam czekał. Zaproponował mu rozwiązanie sprawy po męsku: przy grze w rosyjską ruletkę na lufy. Pierwszy Bond wypił swoją lufę. To była wódka. Splunął przez ramię, poprawił goździk w klapie białego smokingu i spojrzał na Aleksa Acida. 0,7 wypił swoją lufę. To była woda. Padł na podłogę i umarł w konwulsjach, otruty. Bond pocałował Kleopatrę, upieprzył się cały jej kremem na zmarszczki, splunął przez drugie ramię i rzucił na działo laserowe. W ostatniej chwili odwrócił je w stronę geniusza zła i to jemu, temu geniuszowi, wypaliło na czole kutasa.

Film się zakończył. Poleciały napisy.

W tle jakaś dziewczyna śpiewała piosenkę przewodnią “Spectre”, a armia zombie mamrotała: “Promocja, okazja, tanio”. Otarłem łzy. Czułem wzruszenie i zachwyt. To było świetne. To było świeże. Ożywcze. “Mieliście rację, do dupy”, napisałem znajomym. “Dwie godziny życia stracone”, napisałem trollom. “Nigdy więcej nie pójdę do kina”, napisałem hobgoblinom.

karol mrozinskiKarol Mroziński – poeta, dziennikarz, prawie prawnik. Szuka poklasku na portalu Facebook, kolekcjonuje serduszka na Twitterze i śledzi trendy żywieniowe na Instagramie. Kontakt z rzeczywistością łapie jedynie, gdy rozładuje mu się bateria w telefonie.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement