Porno na deskach, czyli prawie cała prawda o tym, co wydarzyło się we Wrocławiu

Felieton/Technologie 23.11.2015
Porno na deskach, czyli prawie cała prawda o tym, co wydarzyło się we Wrocławiu

Zaciekawiły mnie ostatnie doniesienia o skandalu wywołanym zetknięciem się świata tak zwanej kultury wysokiej ze światem przemysłu rozkoszy. Będąc wielkim miłośnikiem tego drugiego, postanowiłem zbadać sprawę osobiście. Zakupiłem więc bilet na ekspres do Miasta Spotkań, gdzie odbywała się ta cała heca, i już po szesnastu godzinach byłem na miejscu.

Co się okazało: dyrektor jednego z domów rozpusty wpadł na pomysł, jak uroizmaicić klientom odwiedziny u swych ulubionych ladacznic. Postanowił zatrudnić kilkoro aktorów, aby deklamowali wiersze i odgrywali krótkie scenki rodzajowe z najpopularniejszych dramatów i komedii scenicznych w czasie, gdy jego podopieczne kokoty, chawiry, bajzelówki, dzyndzelochy, dżunglary, kuny i lafiryndy będą obsypywały pieszczotami swych admiratorów.

Jak udało mi się ustalić w rozmowie z dyrektorem burdelu, początkowo planował on zatrudnić amatorów. Chodziło o autentyczność. Mieli to być ludzie, którzy deklamują poematy dla przyjemności i robią to w parach, trójkątach lub też innych konfiguracjach towarzyskich we własnych mieszkaniach. Rozwieszono ogłoszenia: „Szukamy odważnych naturszczyków do eksperymentu na pograniczu sztuki i miłości”. Nikt się jednak nie zgłosił.

Zapytany, dlaczego sam w takim razie nie zdecydował się recytować wierszy w swym buduarze, dyrektor odpowiedział mi, że przecież się jąka, a poza tym jest prywatnie człowiekiem skromnym, wstydliwym i ma traumę z czasów akademii szkolnych.

Postanowiono więc zatrudnić profesjonalistów. Odbył się casting.

Zgłosili się zawodowi aktorzy z kilku okolicznych teatrów. Po intensywnych przesłuchaniach, wybrano parę młodych artystów, którzy doskonale prezentowali się w repertuarze klasycznym: scenie balkonowej z „Romea i Julii”, monologu Kordiana na szczycie Mont Blanc oraz fraszkach Kochanowskiego, dyskretnie nawiązujących do profilu biznesowego miejsca, gdzie miały być recytowane.

O planach artystycznych burdelu poinformowano media. Wybuchła afera. Na tyle głośna, że sprawą zainteresował się Minister Seksu i Cudzołóstwa, który wystosował pismo do wojewódzkiego Inspektoratu Rozpusty z prośbą o wyjaśnienia. Wrocławski burdel, jako dom publiczny, czyli instytucja finansowana ze środków obywateli państwa, powinien zdaniem ministra ściśle wypełniać powierzoną mu misję, a nie angażować się w działalność kulturalną.

Dyrektor burdelu protestował. Tłumaczył, że po pierwsze jest to zamach na wolność słowa, ograniczanie swobód przemysłu rozkoszy, a po drugie wybrane przez niego wiersze wcale nie są na tyle czarujące, aby po zapoznaniu się z nimi, klienci nabrali ochoty na czytanie poezji. Jeden z polityków, którzy wystąpili z dyrektorem na konferencji prasowej, zaprosił ministra do odwiedzin w bajzlu i skorzystania na miejscu z darmowego masażu i kąpieli w jacuzzi, osładzanej recytacją „Lokomotywy” Tuwima. Szef resortu seksu nie skorzystał jednak z tej propozycji.

W dniu premiery, przed siedzibą burdelu miały miejsce protesty.

Kilkadziesiąt osób, związanych ze środowiskami lewicowymi i liberalnymi, domagało się ustąpienia dyrektora i przywrócenia ich ulubionej agencji towarzyskiej charakteru czysto deprawującego. Skandowano: „Won Szekspira z tego wyra”, „Chcemy ruchania, nie deklamowania” oraz „Na ryj szczyna bez Morsztyna”. Interweniowała policja.

Dziennikarze czekali pod lunaparem z mikrofonami, wypytując wychodzących klientów o wrażenia. „Bardzo dobry pomysł z tymi wierszykami”, powiedział Andrzej R. „Czy czuje się pan teraz lepszym człowiekiem?”, zapytano go. „Ani trochę”, uspokoił pan Andrzej. „Ja tam nic nie słyszałem, tak mi się dziewczyny do ucha darły”, powiedział Mirosław M. O komentarz poproszono też jedną z zatrudnionych w burdelu dam, pannę Elwirę X. „Ja tam pracowałam normalnie, wszystko miałam w dupie”, odpowiedziała. „To prawda”, zgodził się z nią pan Mirosław. I poklepał delikatnie po tyłeczku.

karol mrozinskiKarol Mroziński – poeta, dziennikarz, prawie prawnik. Szuka poklasku na portalu Facebook, kolekcjonuje serduszka na Twitterze i śledzi trendy żywieniowe na Instagramie. Kontakt z rzeczywistością łapie jedynie, gdy rozładuje mu się bateria w telefonie.

* Grafika: Shutterstock

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement