RSO i iPolak, czyli aplikacje, dzięki którym o końcu świata dowiem się ze smartfona

Felieton/Technologie 22.11.2015
RSO i iPolak, czyli aplikacje, dzięki którym o końcu świata dowiem się ze smartfona

Kiedy nastąpi koniec świata, dowiem się o tym z radia, telewizji czy Internetu? Bo znowu nie jestem taki bystry, żeby od razu zauważyć Apokalipsę.

Uprzedzając wypadki – ze szczególnym uwzględnieniem końca świata – muszę stwierdzić, że odpowiedź jest prosta: dowiem się ze smartfona. Już mam nawet do tego stosowną aplikację. O ile tylko koniec świata nie nadejdzie zbyt gwałtownie, to o kataklizmie poinformuje mnie program RSO. Skrót pochodzi od nazwy Regionalny System Ostrzegania. A całość firmuje Ministerstwo Cyfryzacji i czegoś tam jeszcze.

Nazwa aplikacji zawiera w sobie „regionalny”, a na dokładkę na początku trzeba wybrać sobie ulubione województwo. Mimo tego podejrzewam, że koniec naszego wszechświata nie ominie mazowieckiego, więc dostanę na czas powiadomienie. Nie mogę tego jednak zagwarantować, bo nie jestem politykiem. To tak tytułem uprzedzenia, gdyby ktoś później miał do mnie pretensję, że używając RSO przeoczył jakąś Apokalipsę. Czyli że w zasadzie dosłownie ją przeżył a w przenośni nie przeżył.

Dość trudno napisać trylogię albo epicki dramat o aplikacji RSO.

Ot, po prostu siedzi sobie w smartfonie i wysyła powiadomienia na główny ekran, gdy wydarzy się coś szczególnego. Choć nie w takim znaczeniu, jakbyśmy znaleźli na Plotek.pl. Nawet interfejs nie jest jakoś szczególnie ciekawy. Ale też przeważnie nie rozpływamy się w pochwałach na widok szczególnie urodziwego młotka. Narzędzia mają być funkcjonalne i ewentualnie estetyczne. Nie muszą startować w wyborach Miss World.

RSO zainstalowałem chyba dwa lata temu, choć system w całym kraju działa dopiero od tego roku. Nie spodziewałem się żadnych wodotrysków. Raczej podejrzewałem, że RSO trochę potestuję i usunę ze smartfona. Od tamtej pory przez mój telefon przewinęło się sporo aplikacji, które nie zagościły na dłużej, a RSO wciąż sobie siedzi gdzieś tam z boku. Dokładniej rzecz biorąc tkwi na ostatnim ekranie w moim telefonie. Bo to nie jest aplikacja, do której trzeba zaglądać. To ona sama ma się odzywać, gdy ma coś ważnego do powiedzenia.

Cała idea RSO polega na tym, że wysyła ostrzeżenia dotyczące kilku rodzajów zdarzeń.

Dzieli je na ogólne, meteorologiczne, hydrologiczne i dotyczące stanów wód. Niestety nie znalazłem sposobu, aby wyłączyć powiadomienia o przekraczaniu stanu wód a pozostawić te o wichurach. Stan wód nieszczególnie mnie interesuje, bo do najbliższej rzeki mam kawałek drogi. Choć już przeżyłem powódź w garażu, ale akurat z powodu ulewy.

Regionalny System Ostrzegania (RSO) to też przydatna aplikacja mobilna
Regionalny System Ostrzegania (RSO) to też przydatna aplikacja mobilna

Za to kiedyś całkiem blisko mojego domu przeszła trąba powietrzna. Jedyna w znanej historii mojego miasta, a ta jest całkiem długa – owo kilkunastotysięczne miasteczko uzyskało prawa miejskie wcześniej niż Warszawa. Z trąbą minąłem się jednak dość mocno, bo kiedy ją przywiało, mnie wywiało kilkadziesiąt tysięcy kilometrów od domu. Akurat do kraju, gdzie podobne klęski żywiołowe są na porządku dziennym – właśnie kończył się tajfun. Gdyby mi więc zależało na samych atrakcjach meteorologicznych, taniej by wyszło pozostać w domu.

Pewnego rodzaju wada RSO polega na tym, że już na wstępie musimy wybrać interesujący nas obszar, rozumiany jako województwo.

Efekt tego jest taki, że dostaję powiadomienia o wypadkach w drugim końcu mazowieckiego. To równie interesujące, jak ceny Coca-coli w sąsiedniej galaktyce. Aplikacja niestety nie potrafi na podstawie mojego położenia dopasować informacje zawężone do jakiegoś bardziej rozsądnego obszaru, powiedzmy kilkunastu kilometrów.

Latem RSO czasami ostrzegało o upałach. Teraz pojawiają się komunikaty o nadciągających mgłach albo wichurach. W zasadzie jak człowiek wyjdzie na zewnątrz, to sam to zauważy. Ale bardzo cenię sobie wysłanie ostrzeżenia – RSO zwraca moją uwagę na pogodę, gdy rzeczywiście dochodzi do wyjątkowego nasilenia jakiś zjawisk. Komunikat o mgle oznacza, że jadąc samochodem pewnie będę rzeczywiście kiepsko widział. W tym tygodniu RSO ostrzegało mnie o silnym wietrze i faktycznie, gdy wyjechałem poza obręb miasta, samochodem tak parę razy zarzuciło, że poczułem się kapitanem żaglówki.

Informacje o pogodzie można oczywiście w smartfonie znaleźć błyskawicznie dzięki setkom przeróżnych aplikacji.

Ale RSO tym się od nich różni, że informuje o pogodzie, gdy zdarzają się właśnie jakieś szczególne wydarzenia. Tu nie chodzi o to, żeby sprawdzić, o której będzie padać deszcz. A o to, żeby nie poczuć się zaskoczonym, kiedy wracając autem do domu widać będzie nie dalej, niż do następnego fotoradaru.

RSO jest trochę nadpobudliwe w sprawie informacji drogowych. Szczęśliwie w naszym kraju rzadko giną odpady promieniotwórcze, przed którymi trzeba ostrzegać. Za to wypadki drogowe, blokujące ulice na długie godziny, zdarzają się kilka razy dziennie. Niestety jednak przy tak rozległym terenie, jak województwo, zbędnych ostrzeżeń drogowych dostaję zbyt dużo.

Jak się komuś nudzi, to może w RSO poczytać instruktaże, jak się zachować w przypadku alarmów bombowych albo otrzymania podejrzanej przesyłki.

Lektura może nie jest tak wciągająca jak oglądanie w Internecie głupawych memów, ale dla odmiany może się przydać w najmniej spodziewanym momencie. Właściwie o tym wszystkim uczą dziś już w szkołach, ale mnie w ramach Przysposobienia Obronnego edukowano głównie z sygnałów alarmowych, nadawanych przed nalotami. Bo źli Niemcy z RFN zwanego wówczas NRF już za chwilę mieli przylecieć i zrzucić mi na głowę bombę atomową. Jedyna praktyczna wiedza, jaką wyniosłem z lekcji PO (nie mylić z PO i z PiS-em) to rada, aby na demonstracje uliczne zabierać robione domowym sposobem maski przeciwgazowe. Mogły się przydać, gdy milicja odpalała gazy łzawiące.

Druga aplikacja w moim smartfonie, która pełni podobną rolę jak RSO, to iPolak.

Obie traktuję jako narzędzia awaryjne, przydatne w szczególnych sytuacjach, ale niekoniecznie cały czas potrzebne do życia. iPolaka firmuje nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Zawiera paczkę informacji przydatnych podczas zagranicznej podróży. Tu dla odmiany zaletą jest to, że część funkcji działa nawet bez dostępu do Internetu. A po pierwsze, wcale nie wszędzie w świecie znajdziemy Internet, a po drugie, bywa dość drogi. W awaryjnej sytuacji możemy na przykład dzięki iPolakowi szybko znaleźć namiary na polskie placówki dyplomatyczne. Bo przecież człowiek (mam tu na myśli siebie) nie ma aż tyle rozsądku, żeby sobie zapisać je przed wyjazdem.

iPolak - aplikacja mobilna dla podróżnych
iPolak – aplikacja mobilna dla podróżnych

W iPolaku znajdziemy też zgromadzone w jednym miejscu informacje dotyczące przepisów wizowych, a nawet dotyczące obyczajów w prezentowanych krajach. Z myślą o sporej grupie polskich turystów przydałaby się jednak wielkimi literami wybita informacja, najlepiej na planszy startowej programu: „W wielu krajach na świecie nie zjemy schabowego z kapustą. Sugerujemy zabranie kabanosów”.

Kiedy gdzieś wyjeżdżam, zaglądam do iPolaka. Te same informacje znalazłbym również na stronie MSZ, ale przyzwyczaiłem się do tego programu. Z pewnością nie zaszkodzi sprawdzić, czy przypadkiem MSZ nie odradza podróży w wybranym kierunku. Listę ostrzeżeń musimy pobrać z Internetu. Ostatnie dotyczą Jordanii i Egiptu, poza nadmorskimi kurortami. Niby człowiek wie, że już od dłuższego Egipt należy do niezbyt bezpiecznych miejsc, ale komunikat MSZ w krótkich żołnierskich słowach informuje, jak i gdzie w świecie nie stracić głowy.

Przeglądam właśnie listę ostrzeżeń i zauważam na niej całkiem sporo krajów, które kiedyś odwiedziłem, a dziś już bym się tam nie wybrał. Nie pojechałbym na przykład do Syrii, a zniszczona przez dżihadystów Palmyra to jedno z najwspanialszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. Nabieram smutnej pewności, że aplikacje ostrzegające przed nagle pojawiającymi się niebezpieczeństwami, powodowanymi przez ludzi a nie przyrodę, staną się w najbliższych latach coraz bardziej potrzebne.

Aplikacja RSO jest dostępna w:

Aplikacja iPolak dostępna w:

Piotr Lipiński – reporter, fotograf. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Geniusz i świnie”, „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”.Bloguje na piotrlipinski.pl. Żartuje na twitter.com/PiotrLipinski. Nowa książka „Absurdy PRL-u” w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Grafika: Shutterstock

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement