ROSE GOLD, czyli (nie)zawodny test na męskość

Felieton 11.10.2015
ROSE GOLD, czyli (nie)zawodny test na męskość

Dzięki Internetowi już wiemy, jak rozpoznać prawdziwego mężczyznę. Po kolorze.

Nie szukając zbyt daleko mogliśmy się niedawno dowiedzieć, że kupowanie iPhone’a w barwie rose gold świadczy o daleko posuniętych niedoskonałościach natury ludzkiej. Nabywca w mgnieniu oka stawał się ósmym pasażerem Nostromo.

Znakomicie! Jakże w społeczeństwie wzrosła tolerancyjność! Jeszcze dwa, trzy lata temu samo kupowanie iPhone’a miało wskazywać na niedostatki umysłowe nabywcy.

Dlaczego kolory wzbudzają emocje? Dlaczego ludzie podpalają tęczę na warszawskim placu? Dlaczego dziwią się, że ktoś wybiera telefon w obudowie rose gold?

Dość łatwo to zrozumieć. Nie ma bowiem prostszej metody, aby udowodnić swoją męskość.

Nie trzeba zasadzać drzewa, budować domu ani płodzić dziecka. Wystarczy kupić telefon w kolorze czarnym. Świat okazuje się nadzwyczaj prosty, chyba że ktoś jest daltonistą.

iphone-6s-007

W sprawie kolorów sam muszę uderzyć się w piersi. Kilka lat temu rozśmieszył mnie piłkarz, który w sklepie sportowym kupował „korki” w kolorze różowym. Wydało mi się to niezbyt męskie. Piłkarz i róż? Dziwne połączenie.

Żyłem w tym przekonaniem dopóki podczas Ligi Mistrzów nie przyjrzałem się butom najlepszych piłkarzy na świecie. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że „korki” często miewają kolory w stylu lalki Barbie. Czy więc piłkarze zakładając je ujawniają jakieś utajone, całkiem niemęskie cechy? Sądzę, że wątpię. Może więc to sprawa gustu? A może po prostu sportowej radości życia?

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy przyglądałem się butom piłkarzy, mój znajomy widząc mnie na bieżni zapytał:
– A w sklepie to nie było męskich modeli?

Miał na myśli moje biegowe buty. Tym krótkim pytaniem przypomniał mi, że na nogach mam buty w żarówiastym czerwonym kolorze. Wyglądałem w nich równie „niemęsko” jak piłkarze w różowych „korkach”. Na usprawiedliwienie mógłbym powiedzieć, że kupienie pasującego do mojej stopy modelu w stonowanym kolorze graniczyło z cudem. Większość biegowego obuwia wyróżniała się wyrazistymi do bólu kolorami.

Ale czy to powodowało, że biegacze na całym świecie nagle niewieścieli?

Ostatnio dowiedziałem się jednak, że tylko mężczyzna może kupić coś różowego. Otóż niedawno przyniosłem ze sklepu różowy papier toaletowy. Kupiłem go trochę przez przypadek, nie sugerując się kolorem lecz ceną. Żona tymczasem orzekła, że różowy papier toaletowy nie pasuje do naszej łazienki. I że tylko mężczyzna mógł kupić różowy, nie zwracając uwagi na tak istotny szczegół, jak dobranie koloru papieru toaletowego do ścian i mebli w łazience. W życiu bym nie pomyślał, że za sprawą różu stanę się bardziej męski!

Od niepamiętnych czasów jestem gadżeciarzem. Roztrząsam najmniejsze szczegóły techniczne planowanych nabytków. Ale przez długi czas kupując kolejne komputery nie zwracałem uwagi na ich kolory. Bo też trudno było myśleć o czymś, czego nie można było zmienić.

W tym sensie kolory towarzyszyły mi od początku przygody z komputerami. A dokładniej rzecz biorąc brak kolorów.

Kiedy w początkach lat 90. w Polsce pojawiły się PC-towe „składaki”, występowały w jednej odmianie: białej. A właściwie raczej kremowej, beżowej (jak już się zakurzył) czy jak tam nazwać ową barwę nijaką jak przestrzenie biurowe.

Dziś uznaję to za pewnego rodzaju symbol. Pomijanie w branży informatycznej sprawy kolorystyki podkreślało fakt, że nie chodzi tu o urodę, a o walory techniczne. Kupując komputer na obudowę można było zwrócić uwagę tylko z jednego powodu – należało wybrać, czy chce się taką stojącą pod biurkiem, typu tower, czy leżącą na biurku, typu desktop. Desktop był trochę ładniejszy, ale tower lepszy, bo więcej wnętrzności pasowało do środka. To było dość ważne, gdyż prężnie rozwijała się komputerowa transplantologia. Dokonując przeszczepu nowej pamięci albo karty graficznej udawało się znacząco przedłużyć życie komputera.

pierwszy-imac-kolorowy

Kiedy pod koniec lat 90. pracowałem na kolejnym nudnym beżowym PC, znajomy adwokat cieszył się oszołamiająco kolorowym, pierwszym w historii iMakiem. Ale mnie wtedy stać było – jak oszczędzałem kilka miesięcy – co najwyżej na zachodnie wydanie Macworlda. Ten iMac robił na mnie i na żywo, i w kolorowych czasopismach, piorunujące wrażenie. W szarym technologicznym świecie nagle pojawiła się maszyna, która przyciągała uwagę jak papuga. Choć przecież nie etapowała mozaiką barw. Wystarczyło jednak, że na obudowie komputera poza bielą pojawił się jakiś inny kolor i już nagle człowiek siadając przed nim czuł się jak przed bramą Disneylandu.

Jakiś czas później ja również mogłem cieszyć się PC-tową nowinką. Kupując nowy komputer wybrałem czarną obudowę – pojawiła się właśnie u mojego sprzedawcy.

Znajomi nie mogli się nadziwić, że istnieją takie ekstrawaganckie komputery. Czarny bowiem wtedy wydawał się jakimś odszczepieńcem, obcym na pokładzie białego Nostromo.

To wszystko patrząc z dzisiejszej perspektywy było trochę dziwne. Przecież to zaskakujące, że dopiero Apple osiągnął sukces, sprzedając komputery w kilku różnych kolorach. Ludzie wchodząc do sklepu komputerowego z reguły głupieją, bo większość nie ma pojęcia, czym różni się pamięć RAM od dyskowej. Łatwiej byłoby im po prostu wybrać między komputerem czerwonym a niebieskim, niż między wyposażonym w szybszy procesor albo większy twardy dysk. Jednak świat technologii długo bronił się przed tym, czym stał się dzisiaj: częścią modowego wybiegu.

To ciekawa przemiana. Odbyła się w ciągu kilkunastu lat, w znacznym stopniu za sprawą Apple, który lansując swój produkt upychał go w setkach amerykańskich filmów. A żeby było zabawniej, Apple odniósł sukces odróżniając nawet własną biel od tej stosowanej przez konkurencję. Kiedyś narzekałem, że PC-ty są nudne w swym biało-kremowym kolorze. A dziś cieszę się stojącym na moim biurku ostatnim białym – zanim pojawiły się srebrne – iMakiem. Nie włączałem go ze dwa lata, ale wciąż żal mi go wynieść do piwnicy. To przecież maszyna w kultowym apple’owym kolorze. Przypomina na dokładkę epokę, w której rozegrała się muzyczna rewolucja – na ulicach pojawiły się białe słuchawki iPodów, czyli urządzeń, które mieściły spore muzyczne kolekcje w najmniejszych kieszeniach spodni.

I w tym przypadku kolor okazał się wyróżnikiem tak istotnym, że ponoć złodzieje w Nowym Jorku chętniej napadali na ludzi z białymi słuchawkami, bo mogli liczyć na większy łup.

Im jestem starszy, tym bardziej cenię kolor. Moje wspomnienia z dzieciństwa są szare. Dziś trudno nawet wyobrazić sobie (albo przypomnieć) PRL-owską szarzyznę. Ulice pozbawione koloru – prawie żadnych plakatów, niemal żadnych neonów. Szary wymiętolony świat.

Mam taką teorię, że szarzyzna związana jest z komunizmem, a nie z biedą. Widziałem bardzo ubogie miejsca, choćby w Maroku, Etiopii czy Nepalu, w których kolory aż kłuły w oczy. A były to miejsca, w których żyło się nawet jeszcze skromniej, niż w Polsce za Gomułki. Komunizm jednak w jakiś sposób zabijał kolory. Jakby ulice po to były szare, aby jeszcze lepiej widać było czerwone flagi.

Dziś kolor kojarzy mi się z radością. Jeśli kogoś denerwuje rose gold, to proponuję wycieczkę na Białoruś. Tam nacieszy się szarzyzną po uszy.

A na koniec przypomnę cytat z pewnego autora, który poznałem, zanim jeszcze pierwszy raz dotknąłem komputerowej klawiatury: białe to czarne, które udaje, a czarne to białe, co dało się nabrać.

Osądzanie po kolorze było dobre tylko w epoce westernów.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement