OS X El Capitan jak Windows, czyli koszmar Mac-Usera

Artykuł/Blog Forum 07.10.2015
OS X El Capitan jak Windows, czyli koszmar Mac-Usera

Tekst ukazał się pierwotnie na Blog Forum Spider’s Web.

Nigdy nie myślałem, że coś takiego napiszę, ale kredyt zaufania, którego udzieliłem firmie Apple był zdecydowanie zbyt duży.

Wszystkie opowieści o stabilności i przyjemnym użytkowaniu OS X (porównując go przy okazji do problematycznego i zamulonego Windowsa) można włożyć między bajki. Prawda jest taka, że oba systemy są równie zawodne. Ja podjąłem nieprzemyślaną decyzję i teraz zostałem z przysłowiową „ręką w nocniku”. Mogę się założyć, że wiele osób (także z redakcji) z powodzeniem korzystało z El Capitan już w wersji beta. Ale czy ktokolwiek sprawdził, czy nadaje się do pracy? Takiej prawdziwej, z użyciem specjalistycznych programów, a nie tylko edytora tekstu, przeglądarki, organizera i innych narzędzi udostępnionych przez Apple. Nie? No właśnie…

Miłe złego początki…

Od trzech lat jestem użytkownikiem OS X, natomiast z iOS korzystam od roku. Współpraca zaczęła się bardzo przyjemnie i twardo stałem po stronie Apple’a we wszystkich internetowych sporach. Zaczęło się od Moutain Lion — z taką wersją systemu (wtedy jeszcze płatną) kupiłem swojego MacBooka. Model Aluminium Unibody z drugiej połowy 2008 roku („late 2008” jakby to powiedział rasowy fanboj). Byłem po prostu oczarowany fenomenalną klawiaturą, wzorowym wykonaniem, czy jakością dźwięku płynącą z głośników. Najbardziej jednak podobał mi się system. Genialny interfejs oparty o gesty, płynność nawet na starszych modelach i ta bezproblemowość w użytkowaniu. Wszystko po prostu działa. Żadnych toolbarów przy instalacji, żadnych śmieci w rejestrze, żadnych niechcianych „prezentów” od nieuczciwych deweloperów, a przede wszystkim żadnych komunikatów o błędach.

Potem był upgrade do Mavericks i ulepszony system zarządzania pamięcią RAM. Mój laptop dostał naprawdę niezłego kopa! Safari nie zwalniała już po otwarciu ponad dwudziestu kart, choć prawdę mówiąc nigdy nie chodziła przesadnie szybko…

Następnie, wraz z systemem Yosemite przyszła integracja z iOS i możliwość pisania SMSów z poziomu komputera. Wtedy też zdecydowałem się na kupno iPhone’a.

Wprawdzie można było też odbierać połączenia telefoniczne na laptopie, ale szybko pozbyłem się tej funkcji. To strasznie irytujące, gdy film pauzował mi się za każdym razem, kiedy ktoś dzwonił i przenosiło mnie do okienka FaceTime. Zwłaszcza jeśli nie miałem zamiaru odebrać i udawałem, że śpię… Swoją drogą powiadomienia z iMessage (połączonego z chatem Facebooka) choć niesamowicie wygodne, też potrafiły narobić problemów. Wyobraźcie sobie sytuację, gdy pokazuję komuś coś na ekranie, a tu akurat kolega pyta, czy nie mam kontaktu do jakiegoś dealera… Nie, nie chodziło o używane samochody.

Każdy upgrade dokonywałem jako aktualizację. Nigdy nie stawiałem systemu „na czysto”. Po pierwsze, tak było wygodniej. Nie chciało mi się instalować wszystkiego na nowo, a robienie formatu, tylko po to, by zaraz przywrócić system z kopii zapasowej wraz ze wszystkimi błędami i śmieciami w rejestrze (czy ja wcześniej nie napisałem, że ich nie ma?) wydawało mi się kompletnie bez sensu. Po drugie, po co miałbym to robić, skoro do tej pory wszystko działało, jak trzeba?

Konserwatyzm jednak popłaca

Przezornie nigdy nie korzystałem z wersji beta. Niemniej już w dniu premiery oficjalnej wersji miałem nowy system zainstalowany na komputerze. Czy zrobiłbym tak z Windowsem? Nigdy! Tam wolałem poczekać nawet i rok, zanim zdecydowałem się na upgrade. Bo Microsoft ma do ogarnięcia nie jedną, a milion różnych konfiguracji, bo Windows pozostaje betą przez kilka kolejnych miesięcy, bo połowa programów przestanie działać i tak dalej… Nie zamierzam teraz odszczekiwać tych słów, bo dalej tak uważam, problem w tym, że z OS X jest dokładnie tak samo. Też potrafi się wyłożyć wtedy, gdy najbardziej go potrzebuję — czyli najczęściej w środku nocy, kiedy jestem zawalony robotą i muszę coś zrobić „na wczoraj”.

Na oficjalną premierę El Capitana czekałem bardzo długo i oczywiście już 30 września system wylądował na moim dysku. Blogerzy (także na Spider’s Web) nie mogli się go nachwalić i polecali instalację „zwłaszcza na starszych maszynach”. Zachęcony pozytywnymi opiniami zabrałem się za testowanie, by sprawdzić, czy i tym razem nowy OS X dał mojej maszynie „nowe życie”.

Tak, dał, tylko niestety jest to bardzo ciężkie życie…

Apple vs Autodesk

Obecnie kończę studia architektoniczne. Jestem więc związany z branżą budowlaną, a ta jak powszechnie wiadomo „Windowsem stoi”. Podstawą jest tu oprogramowanie firmy Autodesk, a jedynym jej programem dostępnym na OS X jest flagowy AutoCAD. Został z resztą zrobiony „na odwal się”. Wersja 2011 nie chciała się uruchomić, a w 2013 linie na wydruku w ogóle nie przypominały tych, które narysowałem. Dopiero 2015 działała jak trzeba.

Do uruchamiania pozostałych potrzebnych mi programów, a więc: Revit, 3DS Max, Audytor OCZ, Robot, czy Norma Pro używałem maszyny wirtualnej Parallels. Zapytacie: Jak to? Komfortowa praca w Revicie na maszynie wirtualnej na siedmioletnim komputerze? Tak! To jest możliwe! Między innymi za to ceniłem Apple’a. Mój MacBook ma tylko 4GB RAM, procesor Intel Core 2 Duo i kartę graficzną NVIDIA GeForce 9400M, a mimo to byłem w stanie z powodzeniem pracować na maszynie wirtualnej. Oczywiście tylko w Parallels, które zostało specjalnie zoptymalizowane pod programy Autodesku, których próżno szukać na OS X. Dlatego też żadne darmowe zamienniki nie wchodziły w grę. Z obowiązku muszę jeszcze wspomnieć o rewelacyjnym programie ArchiCAD węgierskiego Graphisoftu dedykowanym specjalnie dla Mac-Userów (jest też wersja na Windows). Niestety jego znajomość to tylko kolejna bezwartościowa linijka w CV, ponieważ żaden pracodawca nawet nie wie o jego istnieniu…

apple-macbook-notebook-komputer

Niestety wraz z nadejściem El Capitan wszystko się skończyło. Wchodzę do AutoCADa, a ten się nie uruchamia, odpalam maszynę wirtualną, a tutaj to samo… Zanim wywaliła mnie do pulpitu zdążyła tylko wysłać komunikat o braku dostępu do karty sieciowej i sterownika USB. Czyli nawet jakby jakimś cudem odpaliła, to niemiałbym dostępu do internetu, ani nie mógł skorzystać z myszki… Oczywiście zostaje BootCamp, ale wtedy nie mogę płynnie przełączać się między Windowsem, a OS X i wszystkie czynności musiałbym wykonywać tylko na jednym systemie. Przypomnę, że interfejs Windowsa delikatnie mówiąc niezbyt mi odpowiada… Korzystam, bo muszę, nic poza tym. Pozostaje jeszcze kwestia wolnego miejsca na moim dysku oraz to, że mam na nim tylko jedną partycję.

Oryginał nie lepszy niż pirat

Przyznam się bez bicia, że część oprogramowania, które używam pochodzi z popularnej zatoki… Wersje studenckie mają to do siebie, że na ładnie skomponowanych planszach z projektami lubią nanosić paskudne znaki wodne. Oczywiście można je potem łatwo usunąć w Photoshopie, no ale ów Photoshop w ich miejsce sam naniesie własne, bo przecież też nie stać mnie na oryginał. Pomyślałem jednak, że crackowane wersje nie mają dostępu do aktualizacji i to jest przyczyna całego problemu. Zrobiłem więc czystkę na komputerze, wywaliłem wszystko, co nielegalne i zainstalowałem w ich miejsce wersje studenckie i trzydziesto-dniowe triale. W końcu potrzebuję tylko tygodnia, żeby skończyć projekt. Myślicie, że pomogło? Tak, ale na chwilę.

Przeinstalowałem AutoCADa 2015, a obok niego wgrałem też wersję beta 2016 rekomendowaną dla El Capitan. W efekcie dostałem szary ekran Kernel Panic. Pierwszy raz od dwóch lat! Komputer uruchomił się jednak ponownie i o dziwo obie wersje działały. A więc jednak to wina piratów! No dobrze. Zabrałem się za reinstalację maszyny wirtualnej. Sięgnąłem po najnowszą wersję Parallels 11, żeby nie mieć problemów z kompatybilnością. Udało się! Działa! Program nawet sam wykrył obecnego na dysku Windowsa, także nie musiałem go na nowo konfigurować. Wszystko ładnie, pięknie, tylko że kiedy wróciłem do AutoCADa w obu wersjach powitały mnie komunikaty o błędzie krytycznym. Znowu!

Serio Apple? Naprawdę? Jakim cudem jeden program, instalując się uszkadza drugi?!

Jak to się dzieje, że coś działa do najbliższego restartu? Takie problemy ostatnio miałem przed trzema laty na Windows XP. Wtedy to było na porządku dziennym. A to gra nie uruchamiała się przez antywirusa, a to nie było internetu, a to usunięcie jednego programu powodowało awarię trzech kolejnych, bo korzystały ze wspólnego pliku. Myślałem, że to już dawno za mną, ale Apple najwyraźniej postanowił zafundować mi bolesny powrót do przeszłości.

Co się stało?! Skąd do ciężkiej cholery te wszystkie pozytywne opinie?! Czy wszyscy naprawdę tylko siedzą na Facebooku, albo blogują? Gdzie się podziała ta słynna wygoda i bezproblemowość? Co mi z tego, że mam widok Split View, albo że Safari działa jeszcze szybciej, skoro nie mogę uruchomić programów, które są dla mnie nie najważniejsze?! A może to nie wina Apple, tylko deweloperów? Równie dobrze możecie mnie przekonywać, że to nie wina Microsoftu, że nie ma aplikacji na Windows Phone… Przeciętny użytkownik nie powie „Instagram jest do bani, bo nie wydał aplikacji na Lumię”, tylko „Lumia jest do bani, bo nie ma na nią Instagrama”. Tak samo Apple. Nie po to czekałem aż do wydania oficjalnej wersji systemu, żeby potem testować wersję beta… Zrobiłem coś źle? Nie wgrałem systemu „na czysto” i teraz narzekam? Dobrze, ale dlaczego coś, co do tej pory działało, nagle przestało i generuje błędy? Wytłumaczcie się!

* Grafika: Shutterstock

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement