O ludziach z Internetu – jeśli nie lubisz osobistych tekstów, nie czytaj, po co sobie zawracać głowę

Artykuł/Technologie 06.10.2015
O ludziach z Internetu – jeśli nie lubisz osobistych tekstów, nie czytaj, po co sobie zawracać głowę

Przeanalizowałam siebie i swoje znajomości i stwierdzam, że nie umiem poznawać ludzi bez Internetu. Ba, prawie nie mam znajomych bez Internetu. Internet sprawił, że nie nauczyłam się chyba rzeczy, które powinnam umieć i zaczynam odczuwać tego skutki.

Wiem, że nie jestem sama – wiem, że co najmniej kilkoro z was ma tak, jak ja. Że Internet płynie w waszych żyłach do tego stopnia, że nie wyobrażacie sobie, jakby było bez niego.

Jakieś dziesięć albo i nawet więcej lat temu spotkałam się z pierwszą osobą poznaną w sieci. Już wtedy ciągnęło mnie do pisania, próbowałam produkować się do Action Maga, zinu CDAction. Internet nie był wtedy tak powszechny, nie miałam dostępu w domu, więc wysyłałam swoje teksty z kawiarenki internetowej albo ze szkoły. AM zrobił potem taką mapkę z nałożonymi na mapę ksywami autorów, skontaktowałam się z jednym z mojej okolicy, który skomentował moje teksty. Szybko zaczęliśmy się widywać, wywiązała się z tego taka szczenięca przyjaźń pełna burz. Denerwowałam się przed pierwszym spotkaniem, w głowie miałam wszystkie historie, którymi straszyły media – o tym, że nie powinno się spotykać z ludźmi z sieci, że to niebezpieczne i w ogóle gwałcą i mordują.

Kultura przeszła niesamowitą zmianę od tamtych czasów. Nikogo już nie dziwią pary, które poznały się w sieci, nikogo nie dziwi randkowanie w sieci, normalnością stało się spotykanie ludzi poznanych w tak zwanej wirtualnej rzeczywistości.

Dla mnie to też normalne. Nawet chyba za bardzo.

Wiecie, dlaczego szczeniak powinien zostać przy suce co najmniej do 7, 8 tygodnia życia mimo, że już po 5 tygodniach potrafi przeżyć sam? Bo suka musi mieć czas, żeby socjalizować szczeniaki. Jeśli zabraknie tych dwóch tygodni, szczeniaki mogą sprawiać później większe problemy.

Nie mówię, że szczeniaki są jak ludzie, bo ludzie bardziej potrzebują do życia umiejętności interpersonalnych i socjalizacji. W każdym momencie. By załatwić coś w urzędzie, by porozmawiać z ludźmi na konferencji i złapać kontakty, które potem mogą się przydać, by poznawać nowe osoby na gruncie towarzyskim, by dostać pracę i tak dalej i dalej.

Zwykła umiejętność pogawędki o niczym – takiego rozmawiania totalnie bezproduktywnego, o pogodzie, o jakichś innych małych bzdurach – odgrywa ważną rolę w życiu. Dorośli nie są dziećmi, które czasem bezpardonowo podchodzą do innego dziecka, pytają o imię, a potem idą się wspólnie bawić. Dorośli potrzebują konwenansów, potrzebują wstępów i ogólników by otworzyć sobie możliwości na głębsze znajomości.

Internet ma to do siebie, że pozwala kontaktować się z kim tylko mamy ochotę. A mamy zwykle ochotę na kontaktowanie się z ludźmi o podobnych zainteresowaniach, poglądach, podobnym poczuciu humoru i stylu życia. Wspaniałością Sieci jest to, że pozwala poruszać się nie tylko po tak zwanych „social groups”, ale też „interests groups”.

Jest to też jego przekleństwem. Jeśli Internet stał się dla mnie równie realny, co życie z dala od klawiatury, jeśli zatarły się granice, to czy nie poruszam się niemal wyłącznie wśród ludzi, którzy są bardzo podobni do mnie? Nie mam osiedlowej paczki, nie jestem zmuszona do obracania się wśród różnych ludzi, którzy mieszkają niedaleko. Wręcz odwrotnie – na co dzień niemal wyłącznie kontaktuję się z ludźmi mieszkającymi nie tylko w różnych częściach Polski, ale też i na świecie. Łączą nas zainteresowania, łączą nas podobieństwa.

Nigdy nie byłam osobą, która łatwo nawiązuje kontakty. Trochę nieśmiała samotniczka, za bardzo przejmująca się tym, co myślą inni, miałam trudności w znajdowaniu znajomych w życiu realnym, w znajdowaniu takich prawdziwych relacji. Internet przyszedł trochę na ratunek, ale nawet za bardzo. Przez te lata – lata, które powinnam poświęcić na kreowanie mocnych relacji, znalezienie przyjaciół, nauczenie się jak żyć z innymi ludźmi, gdzieś w podświadomości powstało mi przekonanie, że nie muszę. Że Internet zastąpi mi to wszystko.

Teraz okazuje się, że nie zastąpił. Owszem, praktycznie wszystkich bliskich mi dziś ludzi poznałam w Sieci lub dzięki niej. Gdyby nie Internet nie miałabym jak zachować z nimi kontaktu. Owszem, dzięki Sieci wciąż poznaję nowe osoby. Tylko, że nie wiem jak to robić „z dala od klawiatury”.

Ludzie dookoła mnie irytują. To cecha charakteru, ale chyba wzmocniona Internetem, tym że w sieci nic nie muszę. Gdy nagle znajduję się w jakiej towarzyskiej sytuacji i zmuszona jestem rozmawiać z totalnie obcymi ludźmi, o których nie wiem kompletnie nic, ogarnia mnie lekka panika.

Nie mogę sprawdzić ich profilu na Fejsie. Nie mogę poczytać ich Twittera, żeby zobaczyć co ich interesuje, czym zajmują się na co dzień. Nie mam pojęcia czy mamy jakieś punkty wspólne, czy będziemy mieli w ogóle temat do rozmowy.

Bo, jak nauczyłam się w sieci, rozmawiam tylko na tematy, które mnie interesują. Czasem mówię sama do siebie z nadzieją, że ktoś gdzieś po drugiej stronie tego słucha, ale ponieważ zwykle komentuję wydarzenia ze swojego życia, przelewam myśli na słowa i opiniuję newsy, wciąż mam wrażenie jakiejś konwersacji. Czasem ktoś się do niej włącza, czasem ja podpinam się pod czyjeś uzewnętrznienia, wchodzę w dyskusje, ale nigdy w te, które mnie nie interesują.

W tak zwanej rzeczywistości czasem muszę odpowiedzieć na coś, co w sieci zignorowałabym. Czasem AFK muszę rozmawiać o tej symbolicznej pogodzie. Czasem wiem, że wypadałoby zainicjować taką konwersację o niczym, a nie potrafię.

Tęsknię wtedy za swoim przytulnym internetowym światem ze znajomymi, którzy są awatarami na wyciągnięcie kciuka.

Za tym komfortem Messengera, w którym mam wszystkich. Za pełną kontrolą, kiedy to ja decyduję o tym, kiedy i jak awatary zmaterializują się i staną się człowiekiem z krwi i kości stojącym obok mnie.

Wiem, że to nie wina Internetu – sieć tylko zamplifikowała moje predyspozycje i cechy, uwydatniła je i utrwaliła. W czasie, gdy powinnam nabierać zdolności interpersonalnych ja siedziałam w necie, na Skajpie i Twitterze. Siłą rzeczy dopiero dziś, gdy zastanawiam się jak poznaje się ludzi bez dostępu do sieci, zaczynam dostrzegać swoje braki.

Nie mam zielonego pojęcia jak miałabym poznać nowych ludzi bez dostępu do Internetu. Nie wiem, jest to dla mnie koncept, którego nie mogę ogarnąć. Miałabym podejść do kogoś? Jak zaczyna się rozmowę? O co się pyta, co się mówi? Co dalej?

Znam za to cały internetowy savoir-vivre. Wiem, co to kropki nienawiści, kiedy nie wypada pisać, potrafię wyczuwać humory i nastroje przez słowo pisane, odczytywać ludzi na podstawie aktywności w kilku miejscach, wiem jak zagadywać w Sieci.

Nie mam pojęcia, jak rozmawiać z ludźmi nie z Internetu.

Trochę to smutne, zaczyna mnie nawet przerażać. Nie jestem z pokolenia, które wychowało się z Siecią od urodzenia. Nie jestem też z pokolenia, które zaczęło korzystać z Internetu już jako dorośli ludzie. Jestem gdzieś pomiędzy i czasem czuję się jak osoba z dwóch światów. Pamiętam tamte czasy, ale zostały one nagle przerwane i musiałam uczyć się i zaadaptować nowe. Ucząc się zaniedbałam stare i teraz odczuwam tego skutki.

Czasem zastanawiam się, czy jestem w tym sama, czy tylko ja tak mam.

* Grafika: Shutterstock

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement