SPOT, czyli nasze elektroniczne smycze

Felieton/Technologie 23.08.2015
SPOT, czyli nasze elektroniczne smycze

Zamienisz prywatność na bezpieczeństwo? Wydawałoby się, że w czasie wakacyjnego rozleniwienia nikt nie ma ochoty na takie filozoficzne rozważania. Umysł jest skłonny co najwyżej do zastanowienia się, czy wstać z leżaka po zimną colę czy może uda się jeszcze wytrzymać minutę w bezruchu. Ale to właśnie czas wakacyjnych podróży pozwala uzmysłowić sobie smutną prawdę: wszyscy jesteśmy śledzeni.

Generalnie kiedyś mówiło się, że gdy ktoś uważa, że jest wciąż śledzony, to powinien czym prędzej udać się do psychiatry. Dziś jednak na taką wizytę u specjalisty powinno się umówić całkiem sporo ludzi. Takie nam się porobiły czasy, że komputery podglądają nas przez kamery na ulicach i rejestrują każdy nasz krok. Zboczeńcy z tych maszyn!

Jak bardzo jesteśmy gotowi zrezygnować z prywatności w nadziei na polepszenie sobie życia? Pobawmy się trochę w futurologię.

Niedawno zainteresowało mnie urządzenie o nazwie Spot. To taki lokalizator oparty o system GPS. Gdziekolwiek byśmy udali się w świat (poza niewielkimi obszarami na przykład południowej Afryki), ów Spot co kilka minut może wysyłać naszą pozycję geograficzną. A po co? Kogo obchodzi, czy chińską zupkę wcinamy w Pekinie czy w domu w Polsce?

Obchodzi na przykład rodzinę, która może sprawdzić przez Internet, gdzie się znajdujemy. Z urządzenia da się też wysłać kilka wcześniej zdefiniowanych wiadomości. W niebezpiecznej sytuacji z prośbą o pomoc. Kiedy indziej po prostu potwierdzenie, że bezpiecznie dotarliśmy do jakiegoś etapu podróży.

Co najważniejsze – owo urządzenie nie potrzebuje sieci GSM do przesyłania wiadomości. Daje sobie radę bez korzystania z „komórkowych” SMS-ów czy takiejże transmisji danych. Wystarcza mu kontakt z satelitami. To olbrzymia zaleta Spota, bo będziemy z niego korzystać raczej właśnie z dala od sieci komórkowych – gdzieś w górach, parkach narodowych, oceanach. Obudowa jest dość pancerna, więc bez obaw możemy go zabrać na koniec świata. W jaskrawym kolorze, więc istnieje szansa, że nawet ja go nie zgubię.

W tym roku w Himalajach podczas trzęsienia ziemi miałem problem z nawiązaniem kontaktu z rodziną. Ta w Polsce dowiedziała się o kataklizmie sporo przed tym, jak znalazłem się w zasięgu GSM, żeby dodzwonić się z uspokajającym komunikatem. Lokalizator Spot bardzo by mi się wówczas przydał. Mógłbym nacisnąć guzik odpowiadający za wysłanie komunikatu, że ze mną wszystko w porządku. A nawet bez tego rodzina mogłaby przez Internet zobaczyć, że cały czas się poruszam, wiec pewnie jestem w całości.

gps-nawigacja-lokalizacja (2)

Lokalizator Spot to po prostu niewielkie pudełeczko z kilkoma przyciskami. Właściwie bezobsługowe, dopóki chcemy tylko, aby automatycznie wysyłało wiadomości o naszej drodze. W ekstremalnej sytuacji to urządzenie może pomóc uratować nasze życie. W mniej niebezpiecznej może oszczędzić rodzinie martwienia się o nasz los. Jedno i drugie warte jest w gruncie rzeczy bardzo dużo. Spota możemy kupić albo wypożyczyć.

Słyszałem wcześniej o takich urządzeniach, ale wydawały mi się pioruńsko drogie. Tymczasem okazało się, że Spota można z rocznym abonamentem kupić za półtora tysiąca złotych, a wypożyczyć na parę tygodni za kilkaset złotych. W sumie niewygórowane stawki, jeśli chcemy przekonać rodzinę, że podczas naszego kolejnego wyjazdu do jakiegoś dziwnego miejsca będzie cały czas wiedziała, gdzie jesteśmy.

Wydawałoby się, że takiego urządzenia potrzebuje niewielu ludzi. To nie do końca prawda. Świat staje się na tyle niebezpieczny, że niemal w każdym miejscu może coś zagrozić. Terroryści napadli już m.in. na polskich turystów w muzeum w Tunezji – do niedawna niezbyt drogim i w miarę bezpiecznym kraju. W momentach takiej zawieruchy można się spodziewać, że władze na przykład wyłączą sieć GSM.

Moje rozważania o urządzeniu Spot są całkowicie teoretyczne, bowiem nigdy go nie używałem. Ale w teoretyzowaniu chętnie posunę się jeszcze dalej.

A gdyby można było sobie taki bezobsługowy lokalizator wszyć pod skórę raz na całe życie, to kto by się zdecydowała na taką operację?

Czy zawsze chcemy, żeby rodzina dokładnie wiedziała, gdzie się znajdujemy? Ale nawet jeślibyśmy umożliwili skorzystanie najbliższym ze zlokalizowania nas wyłącznie w awaryjnej sytuacji, to przecież operator systemu – a co za tym idzie władze państwowe – i tak praktycznie miałyby nieograniczony dostęp do danych naszego pobytu.

I co – decydujemy się na większy komfort życia, możliwość niesienia nam pomocy w dowolnym miejscu i dowolnej chwili, ale kosztem tego, że już nigdy nie będziemy anonimową osobą w tłumie? Że już na zawsze będzie śledzony i rejestrowany nasz każdy krok?

Dziś te rozważania mogą się wydawać futurystyczną mrzonką. Żeby takie wszczepiane czipy mogły stać się rzeczywistością a nie science-fiction, trzeba będzie je sporo zminiaturyzować i rozwiązać problemy z zasilaniem, a to szczególnie słabo wypada przy korzystaniu z GPS. Dziś trudno wyobrazić sobie baterię, która starczyłaby na całe życie. Ale w końcu przecież można by ją początkowo ładować bezprzewodowo. A może odżywiać hot-dogami? W końcu człowieka daje się nimi zasilać, to i prostsze urządzenie też powinno dać sobie radę. Zresztą nie chcę wdawać się tu w techniczne aspekty, ale w pewną filozofię życia we współczesnym państwie.

Nie jestem przekonany, czy internetowa anonimowość jest jakąś istotną wartością. Nie upieram się też, że człowiek w przestrzeni publicznej powinien być wolny od monitoringu. Ale dziś państwo może też szybko ustalić, czy znajduję się w owej przestrzeni publicznej, czy w moim prywatnym domu.

Ostatnie lata to gigantyczny przełom związany z wiedzą, jaką o nas dysponują władze państwowe. Kilkadziesiąt lat temu mogły śledzić ludzi na całym świecie, korzystając z danych z przejść granicznych, meldunków w hotelach czy informacji o płatnościach kartami kredytowymi. Zdobywanie tych danych sporo trwało. A dziś można o całej masie ludzi dowiedzieć się, gdzie się znajduje, lokalizując po prostu ich telefony komórkowe. Nie jestem paranoikiem, obawiającym się, że rząd mnie cały czas śledzi. Mam szczerą nadzieję, że rząd ma poważniejsze zajęcia, niż sprawdzanie, czy wsiadłem na rower. Ale mam też głęboką świadomość, że gdyby chciał mnie śledzić, nie musi wysyłać za mną tajnych agentów. Wystarcza kilka kliknięć w klawiaturę.

Czy nasze bezpieczeństwo zawsze musi się wiązać z utratą prywatności?

Prawdę mówiąc utraciliśmy mnóstwo z naszej prywatności w imię naszego nie tylko bezpieczeństwa, ale też wygody. Wystarczyło, że sięgnęliśmy po telefony komórkowe. Od tej pory właściwie jesteśmy bez przerwy śledzeni, choć sami nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nawet też nie bardzo się tym przejmujemy i zwracamy na to uwagę.

Dziś wyłączenie „komórki” też nie wszystko załatwia. Ludzie tak bardzo są związani ze swoimi telefonami, że wydaje się podejrzane, gdy te zbyt długo pozostają poza siecią.

Ale czy ktoś kupując „komórkę” zastanawia się, że właśnie funduje sobie elektroniczną smycz? Czy w ogóle powinien się nad tym zastanawiać?

Takie rozważania mogą wydawać się czystym teoretyzowaniem. Ale powinniśmy się nad tym poważnie zastanawiać, gdyż dzięki nowoczesnym technologiom stajemy się coraz bardziej inwigilowani.

A nie ma żadnego powodu, dla którego władze państwowe powinny wiedzieć o nas wszystko. Przynajmniej od momentu, kiedy zniesiono niewolnictwo.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Grafiki: Shutterstock

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement