Burzliwa historia programu nazywanego rakiem Internetu

Felieton/Technologie 17.08.2015
Burzliwa historia programu nazywanego rakiem Internetu

Minęło już 20 lat od rewolucji, która na zawsze zmieniła Microsoft.

Czy ktoś w ogóle jeszcze pamięta czasy, w których Microsoft był uwielbiany, a po Windows 95 ustawiały się pełne entuzjazmu kolejki fanów? Gigant z Redmond był postrzegany jako byt, który umożliwił wprowadzenie przystępnych cenowo dla każdego konsumenta komputery pod strzechy. Dziś nadal walczy z łatką chciwej, bezdusznej korporacji, a wszystko z powodu jednej aplikacji o nazwie Internet Explorer.

20 lat temu Microsoft zapoczątkował swoją zupełnie nową przygodę, z zupełnie nowym rynkiem. W 1995 roku swoją premierę miał Internet Explorer, który od tego czasu stał się dla wielu ikoną, definiującą aplikacje do przeglądania Internetu. Doczekał się jedenastu ważnych aktualizacji. Doczekał się wersji na Windows (w tym CE, Mobile i Phone), Macintosha i Unixa. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że Bill Gates, ówczesny szef Microsoftu, nie był aż nadto gorliwy w zapewnieniu „swojemu” (cudzysłów wytłumaczę za chwilę) dziecku sukcesu. Posunął się do taktyki, która zdaniem wielu (w tym amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości) wykraczała poza granice prawa i etyki, i niemalże doprowadziła do zrujnowania, i podziału całej firmy, a pokłosie tej strategii Microsoft dotyka po dziś dzień.

Internet Explorer nie powstał jednak w laboratoriach Microsoftu. To pochodna przeglądarki Mosaic od Spyglass, więc gigant z Redmond musiał przez długi czas odprowadzać zyski ze sprzedaży Internet Explorera autorom oryginalnej przeglądarki. Przeglądarka Microsoftu nie zadebiutowała bowiem jako darmowa aplikacja dla Windows 95, a była częścią płatnego pakietu rozszerzeń o nazwie Microsoft Plus!. I zaczęła się błyskawicznie rozwijać. Szybko pojawiła się wersja dla Windows NT i zaczęto wprowadzać do niej kolejne, rewolucyjne funkcje, takie jak… obsługa tabel. Wersja 2.0 doczekała się też wersji na Macintosha. Wersja 3.0 zaś… zaczęła być dołączana nieodpłatnie do systemów Windows 95 OEM, a więc tych, które były przekazywane producentom komputerów do preinstalacji na nowych sprzętach. To pierwszy genialny (lub fałszywy) krok Billa Gatesa.

Gates rozumiał jak istotne jest sprawowanie kontroli nad rozwojem sieci Web i że wykluczenie Microsoftu z procesu decyzyjnego może mieć w dalszej przyszłości katastrofalne konsekwencje. Wolał rozdawać Internet Explorera za darmo niż łasić się na przychody z jego sprzedaży. To jednak miało pewien efekt uboczny: skoro Internet Explorer był darmowy, to oznaczało, że Spyglass w myśl umowy licencyjnej nie otrzymywał ani złotówki. Firma groziła awanturą w sądzie, ale Gates zatkał jej usta ugodą w formie przekazania ośmiu milionów dolarów. Rynek zaczął podejrzliwie patrzeć na Microsoft, ale Bill Gates się tym nie przejmował: Internet Explorer 4 nie tylko dorównywał funkcjonalnie liderowi w formie Netscape Navigatora, ale również zaczął wykorzystywać swoją popularność do „wiązania” ze sobą swoich użytkowników, szczególnie firmowych. Ułomności otwartej sieci Web w tamtejszej fazie rozwoju załatano bowiem autorskim, zamkniętym mechanizmem ActiveX, który nie działał na żadnej innej przeglądarce. Co więcej, następca Windows 95 (a więc wersja „98”) był już z Internet Explorerem ściśle zintegrowany.

Rak Internetu (źródło: Wikipedia)
Rak Internetu (źródło: Wikipedia)

I wtedy rozpętało się piekło

W mediach wybuchła bomba atomowa. Amerykański Departament Sprawiedliwości oraz 20 amerykańskich stanów pozwało firmę Billa Gatesa. Na jaw wyszły przeróżne umowy z producentami sprzętu, w myśl których ci nie mogli preinstalować na komputerach z Windows żadnej innej przeglądarki niż Internet Explorer, co rzekomo miało nie dawać żadnej szansy konkurencyjnym przeglądarkom. Co więcej, szef Microsoftu mijał się z prawdą w sądzie sugerując, że rozdzielenie Internet Explorera i systemu Windows 98 nie jest możliwe. Faktycznie, system ten wymagał niektórych bibliotek przeglądarki, jednak odinstalowanie samej aplikacji nie wpływało na system.

Microsoft odniósł w sądzie wielką porażkę, choć biorąc pod uwagę co faktycznie mu groziło i dalsze losy firmy, można uznać to również za swego rodzaju sukces. Choć ugoda była wielce kosztowna, to uniknięto podziału firmy, a wraz z podporządkowaniem się pod wyrok sądu sprawa była zamknięta. A Internet Explorer już stał się dominująca siłą na rynku. I jego prawdziwym rakiem.

Konkurencja przez długi czas nie widziała możliwości zysku w rywalizacji z Microsoftem, więc, nie licząc hobbystycznych projektów entuzjastów, Internet Explorer nie miał żadnej konkurencji. To z kolei powodowało dwie konsekwencje: dominację na rynku i brak stymulacji do rozwoju. Pierwsza poskutkowała staniem się ulubionym celem cyberprzestępców, a co za tym idzie, skrajnie niebezpiecznym (i zintegrowanym z systemem) narzędziem. Druga zaś wywołała totalny zastój w rozwoju przeglądarki. Z zimowego snu Microsoft wybudziła dopiero wiele lat później pewna fundacja proponująca otwartoźródłową, rozwijaną przez pasjonatów kontrpropozycję.

Firefox był prawie we wszystkim lepszy

Opracowane przez Operę karty przeglądarki? Są. Bezpieczeństwo? Zapewnione. Zgodność ze standardami? Jak najbardziej. Wydajność? Co najmniej równie wysoka, co Internet Explorera. Obsługa zamkniętych „standardów” pokroju ActiveX? Nie ma… i właściwie tylko tego. Firefox bardzo powoli zdobywał kolejne udziały rynkowe. Ale robił to bardzo konsekwentnie, co… z początku nie wzbudziło żadnego niepokoju wewnątrz Microsoftu. Aż do momentu, w którym było za późno.

firefox

Sukces Firefoxa zachęcił innych twórców przeglądarek. Opera zwiększyła swoje inwestycje, a na rynku z czasem pojawił się wyznaczający zupełnie nowe standardy Chrome (które dziś, tak nawiasem pisząc, są mu już obce). Internet Explorer stał się niewygodną, niebezpieczną, niefunkcjonalną krową, której używano z obowiązku lub niewiedzy. Microsoft zareagował siódmą i ósmą edycją Internet Explorera, które choć uzupełniały wiele braków i dobre rokowały na przyszłość, dalej mocno odstawały od konkurencji.

W końcu pojawił się Internet Explorer 9. Inspirowany Google Chrome, posiadał minimalistyczny interfejs, był szybki i przyzwoicie zabezpieczony. Nie dawał kopniaka konkurencji, ale też niespecjalnie od niej odstawał. Tyle że po paru latach zastoju i złej prasy, jakość nowego IE nie obchodziła już nikogo.

Nie pomogły kampanie reklamowe, w tym bardzo pomysłowa „Browser you used to hate”. Nie pomogły jego bardzo udane wersje mobilne, gdyż Windows Phone nigdy nie odniósł zakładanego sukcesu. Internet Explorer mógłby nawet drapać nas po plecach w razie potrzeby i oferować co wieczór darmową pizzę. Pochodził od „wielkiej, chciwej korporacji” i nikt już nie wierzył w jego nowe otwarcie.

Na krawędzi zagłady

Do Microsoftu w końcu dotarło, że nie powstrzyma już tego trendu i że praktycznie stracił kontrolę nad rozwojem Weba na rzecz Apple’a i Google’a. Postanowił więc wykonać pewną bardzo sprytną sztuczkę. Skoro nikt nie wierzy w nową jakość Internet Explorera, to… zmieńmy nazwę produktu. Tak powstała przeglądarka Edge dostępna na razie wyłącznie na Windows 10, choć powiedzenie, że to IE pod nową nazwą jest nieco krzywdzące. Nie jest to jednak zupełnie nowe rozwiązanie, jak Microsoft próbuje nam wmówić.

Interfejs aplikacji został faktycznie napisany zupełnie od nowa, ale jej serce, a więc silnik EdgeHTML jest tym dla wykorzystywanego w IE Tridenta, czym Blink dla WebKita. Tłumacząc z bełkotu na nasze: Edge to bardzo posprzątany, odciążony i znacznie ulepszony, ale nadal Internet Explorer. Czy Edge się przyjmie wśród internautów?

microsoft-edge

Bardzo lubię tę przeglądarkę, ale mam duże wątpliwości, gdyż jestem dość specyficznym użytkownikiem i podejrzewam, że należę do nielicznych jej sympatyków. Edge jest szybki, wygodny i bezpieczny, ale to samo można powiedzieć o Firefoksie, Safari czy Chrome. Jest nawet od nich szybszy i lżejszy (według syntetycznych testów), ale różnica w praktyce nie jest aż tak dostrzegalna. Z kolei konkurencja przyzwyczaiła nas do funkcjonalnych rozszerzeń, które Edge będzie obsługiwał dopiero od jesieni. Ich jakość i ilość może okazać się kluczowa dla ewentualnego sukcesu tej przeglądarki, a to i tak nie rozwiązuje problemu osób, które zdążyły już dać Microsoftowi ostatnią szansę i odeszli od niego rozczarowani, właśnie z uwagi na brak tych rozszerzeń. Co więcej, synchronizacja danych (Ulubione, hasła, historia przeglądania, i tak dalej) jest dostępna wyłącznie na Windows 10, gdyż Edge nie jest i w przewidywalnej przyszłości nie będzie dostępny na inne systemy niż Windows 10. Użytkownicy innych przeglądarek mogą ich używać również na starszych Okienkach, Androidzie i iOS.

Dlatego też nie życzę Internet Explorerowi wszystkiego najlepszego z okazji jego 20. urodzin, choć byłem jego użytkownikiem a czytaną przez was notkę wklejam do systemu właśnie za pomocą jego następcy. IE był rakiem który hamował rozwój Internetu, a szanse Edga’a na sukces są niewiele większe od szans jakie miał Windows Phone. Rynek należy do WebKita i, ewentualnie, Gecko. Edge ze swoim EdgeHTML odniesie sukces dopiero, jak na niego zasłuży. Na razie, nie licząc sympatii użytkowników niszowych jak ja, do tego droga daleka.

Czytaj również:

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement