Jeśli taka jest cena za koniec męczarni z WiFi w mieszkaniu, to zapłacę ją z przyjemnością

Felieton/Technologie 19.08.2015
Jeśli taka jest cena za koniec męczarni z WiFi w mieszkaniu, to zapłacę ją z przyjemnością

Przyznam się szczerze, że czekałem na taki produkt Google od dość dawna, a gdy w końcu się pokazał, wystarczył pobieżny rzut oka, żebym był niemal pewny, że chcę mieć go w swoim mieszkaniu.

Google OnHub to „router, który mówi ludzkim językiem” i naprawdę coś w tym jest. W niczym nie przypomina tradycyjnych routerów, z którymi zawsze są kłopoty i z którymi naprawdę się nie lubię. Pomimo tego, że nowe technologie mnie fascynują i zazwyczaj nie mam problemu z ich obsługą, to konfiguracji sieci, problemów z WiFi i kłopotów z połączeniem szczerze, i z serca, nienawidzę.

Nie jestem jak widać odosobnionym przypadkiem, co bardzo dobrze obrazuje reklama nowego produktu Google:

OnHub to router, jakiego jeszcze nie widzieliśmy

Przede wszystkim proces parowania i konfiguracji sieci został uproszczony do absolutnego minimum. Proces ten odbywa się przy pomocy aplikacji na smartfonie z Androidem lub iOS i łączności Bluetooth – wystarczy kilka kliknięć i już, sieć jest gotowa. Zamiast fizycznego przycisku WPS odpowiedzialnego za bezpieczne połączenie, router wyśle z pomocą wbudowanego głośnika sygnał dźwiękowy do naszego smartfona, którym upewni się, że proces przebiegł pomyślnie. Genialne!

Banalna jest też obsługa, bo wszystko mamy podane na tacy, wewnątrz aplikacji – na pierwszy rzut oka widać, czy z siecią są jakieś problemy, ile mamy podłączonych urządzeń, jaki jest ich status, etc. Możemy też przydzielić priorytet konkretnym urządzeniom tak, aby te najbardziej istotne dostawały zawsze największą przepustowość. Urządzeń możemy podłączyć aż 128, a maksymalna prędkość obsługiwana przez OnHub to 1900 mbps.

O statusie połączenia poinformuje też nas subtelnie pulsująca dioda led u szczytu cylindrycznego routera, która może świecić w trzech kolorach. Prowadzi to nas bezpośrednio do stylistyki tego sprzętu, o której ciężko powiedzieć cokolwiek złego. OnHuba nie będzie wstyd postawić gdzieś na widoku, co zresztą było celem twórców – wielu użytkowników nie zdaje sobie sprawy, że router schowany w szafie generuje znacznie słabszy zasięg, niż wystawiony na otwartą przestrzeń. Patrząc jednak na urodę większości routerów, nic dziwnego, że wolimy je chować…

onhub-zasieg

Pod dostępną w dwóch kolorach (niebieskim i czarnym) obudową znajdziemy aż 13 anten, pracujących w dwóch zakresach częstotliwości. Plus wspomniany głośnik o mocy 3W, wejście audio, łączność Wave oraz Bluetooth Smart (którymi w przyszłości połączymy urządzenia z kategorii smart-dom), po jednym gnieździe LAN i WAN (co może być dla niektórych wadą, ale zawsze można skorzystać z dodatkowego switch’a). Całość napędza dwurdzeniowy procesor o częstotliwości taktowania 1,4 GHz oraz 1GB RAM-u. Do tego dochodzi jeden z najciekawszych aspektów urządzenia – 4 GB pamięci wbudowanej, na które router samodzielnie pobierze aktualizacje, gdy tylko będą dostępne. W teorii oznacza to, że działanie OnHuba z biegiem czasu będzie coraz lepsze, więc inwestycja 200 dolarów w ten sprzęt powinna być dobrym zakupem, pomimo niemałej jak na router ceny.

Zaprezentowany przez Google OnHub powstał we współpracy z firmą TP-Link i dostępny będzie w wielu sieciach sprzedaży. Nie mamy jeszcze informacji o dostępności i ewentualnej cenie w Polsce.

Warto dodać, że OnHub ma być całą rodziną urządzeń, a kolejnego z nich możemy spodziewać się już w tym roku, tym razem powstałego we współpracy z Asusem.

Google robi wszystko, żebym chciał skoczyć na główkę w jego ekosystem

Powiem tak – jeszcze do niedawna niekoniecznie lubiłem się z usługami czy sprzętem Google. Przez ponad rok byłem posiadaczem Nexusa 5, który doprowadzał mnie do szewskiej pasji, niektóre usługi irytowały mnie bezkreśnie swoim brakiem przejrzystości, a Android zarówno stylistycznie, jak i użytkowo pozostawiał mnóstwo do życzenia, ale gdy teraz o tym myślę, to w ciągu ostatnich kilku miesięcy wiele się zmieniło.

onhub-aplikacja

Przede wszystkim nadal istnieją dwie usługi Google, bez których absolutnie nie wyobrażam sobie codzienności – Gmail i YouTube. Ten pierwszy to od wielu lat moja główna skrzynka pocztowa, a drugi jest najczęściej odwiedzaną przeze mnie witryną w Internecie. Co więcej, patrząc na wszystkie poprawki, jakie Google wprowadził w końcu do Androida L i naprawdę dobrze zapowiadającego się Androida M, po raz kolejny zacząłem się zastanawiać, czy nie dać drugiej szansy linii Nexus, lub też sięgnąć po Motorolę Moto X Style zamiast planowanego zakupu iPhone’a.

No i jest ten router. Który przeogromnie do mnie przemawia, bo dobrze wiem, że byłaby to inwestycja na długi czas, a nie sprzęt, który po roku wylądowałby w śmietniku, co już się niektórym z moich wcześniejszych routerów zdarzało.

Boję się tylko jednego… kompletnego zaprzedania prywatności. Choć to i tak już przepadło

Skoro Google pozyskuje o nas tyle danych obserwując tylko naszą aktywność wewnątrz swoich usług, to jak wiele informacji pozyska, jeśli oddamy pod jego kontrolę centrum domowej Sieci? Wtedy gigant z Mountain View będzie wiedział o nas dosłownie wszystko, szczególnie od momentu, gdy w naszych domach zaczną pojawiać się inteligentne sprzęty AGD.

Patrzę na ruchy Google, czy może raczej – Alphabetu – i staje mi przed oczami wizja rodem z anime Psycho-Pass, gdzie świat kontrolowany jest przez kolektywną inteligencję pod władzą korporacji, która wie o ludziach wszystko, decyduje o ich przyszłości i determinuje ich działania.

onhub

Ale z drugiej strony… czy to nie jest popadanie w paranoję? Nasza prywatność, nawet przy maksymalnych środkach ostrożności, jest i tak naruszana z każdej strony. I to przez instytucje, które teoretycznie powinny o nią dbać. Za kulisami odbywa się wielki handel danymi użytkowników między usługodawcami, operatorami sieci telefonicznych, bankami, sklepami… każdy chce o nas wiedzieć jak najwięcej, bo informacja to potęga. Szczególnie producenci rozmaitych sprzętów i reklamodawcy cenią sobie tę wiedzę, bo dzięki niej mogą zaproponować nam dokładnie taki produkt, jakiego „potrzebujemy”, w idealnym momencie.

To niby tylko router, prosta decyzja zakupowa, ale podprogowo pozostaje ta świadomość, że pomimo bezpieczeństwa od zewnętrznych zagrożeń, gwarantowanego przez regularne aktualizacje, moje dane z całą pewnością wyciekną poza obręb domowej Sieci. Wprost do rąk Google’a, bo nie ma się co łudzić, że nie będzie on takich danych pobierał.

Mimo wszystko pozostaje pytanie, czy jestem skłonny oddać Google’owi jeszcze więcej informacji o sobie, w zmian za wygodę, którą oferuje jego nowe urządzenie i odpowiedź… zdaje się być twierdząca.

Jeśli w zamian za nieco więcej sprofilowanych propozycji reklamowych ma skończyć się moja męczarnia z łącznością bezprzewodową w domu, to śmiało – Google, bierz co chcesz.

Obawiam się jednak, że za kilka lat taka otwartość wróci, by – kalkując z angielskiego – ugryźć mnie w plecy. I wtedy nie będzie się już rozchodziło tylko o reklamy.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement