Dobra książka obroni się sama? Otóż nie, czyli jak wydawnictwa promują książki

Artykuł/Technologie 24.06.2015
Dobra książka obroni się sama? Otóż nie, czyli jak wydawnictwa promują książki

Jest pewna prawda, która funkcjonuje we wszystkich dziedzinach handlu, niezależnie od branży – dobry produkt nie wystarczy. Trzeba go jeszcze umiejętnie sprzedać. A żeby tego dokonać, w naturalnej kolei rzeczy potrzebna jest odpowiednia promocja. Jakie opcje w tym zakresie mają pisarze? To zależy od sposobu, w jaki zdecydowali się wydać swoją książkę.

Choć dla wielu ludzi jest to ideologicznie nie do przyjęcia, nie ma co się oszukiwać – książka to też produkt. W dodatku taki, który wchodzi na wiecznie przesycony rynek. Gdybyśmy oceniali czytelnictwo jak inne branże, to łatwo można dojść do wniosku, że każda książka napisana od jakichś 50 lat jest niepotrzebna – przecież napisano już wszystko, o wszystkim.

Na szczęście rynek książki rządzi się zupełnie innymi prawami, a nieustanna potrzeba poznawania dobrych historii czy edukowania się drzemiąca w czytelnikach sprawia, że każdego roku na sklepowych półkach przybywa tysięcy pozycji.

Nie ma co ukrywać, że to rynek bardzo zatłoczony. Dlatego każda nowo wydana książka musi toczyć zażartą walkę o przetrwanie i zaskarbienie sobie uwagi masowego odbiorcy.

16010-female-hands-typing-on-a-laptop-keyboard-pv

Ileż razy na forach przeczytałem zdanie „dobra książka sama się obroni”. Otóż nie, to tak nie działa. Bo żeby dobra książka mogła się bronić, musi najpierw mieć przed czym.

Ktoś najpierw musi to dzieło przeczytać, a niepromowane książki zazwyczaj kończą pokryte kurzem, wciśnięte w najbardziej odległy kąt księgarni. By potem wrócić do wydawcy i leżeć latami w magazynach dystrybutorów.

Skuteczna promocja – jak wszędzie – jest kluczem do udanej sprzedaży.

Jakie opcje ma pisarz w czasach Internetu?

To w dużej mierze zależy od tego, jaką drogę wydawniczą obrał. Pomimo cyfryzacji i boomu na ebooki, w dalszym ciągu to wydawcy tradycyjni wiodą na rynku prym, i to oni mają największe pole do popisu jeśli chodzi o marketing.

Zupełnie inaczej jest z self-publisherami, którzy usiłują wypromować swoje dzieło na własną rękę. Owszem, dysponują oni sporym wachlarzem możliwości (o czym za chwilę), lecz w perspektywie są w stanie osiągnąć raptem ułamek tego zasięgu, jaki osiąga duży wydawca.

Zapytałem o te różnice Marcina Baniaka, dyrektora działu promocji Wydawnictwa Literackiego:

Kiedy myślę o self-publishingu i o wydawaniu książek w dużym wydawnictwie, widzę z jednej strony rozklekotaną drezynę, a z drugiej rozpędzoną lokomotywę. Autor współpracując z dużym wydawcą właściwie może być pewny, że otrzyma wsparcie, i to na kilku poziomach. Praca z autorem zaczyna się od pracy nad samym tekstem, czyli od profesjonalnej redakcji książki, korekty, projektu graficznego, itd. Ostatnimi ogniwami tego łańcuszka są promocja i dystrybucja.

Tak jak pisałem wcześniej, różnice leżą przede wszystkim w zasięgu, jaki jest w stanie uzyskać self-publisher, w porównaniu do tradycyjnego, dużego wydawcy:

Co do dystrybucji, chyba wszystko jest jasne – self-publishing to w gruncie rzeczy ograniczona, wąska grupa potencjalnych odbiorców. Ktoś, kto decyduje się na taką formę działalności pisarskiej, musi sobie zdawać sprawę, że o jego dziele dowie się niewielu czytelników. Głównym kanałem jest tu oczywiście Internet. Co innego duży wydawca – wydawnictwom prężnie działającym na rynku zależy, aby ich produkt był dostępny we wszystkich najważniejszych kanałach. Duże sieci księgarskie, ale i księgarnie stacjonarne, księgarnie internetowe, hurtownicy – self-publishing raczej nie połapie tych wszystkich nitek i nie zapewni należytej ekspozycji nowego tytułu.

Podstawową różnicą pomiędzy self-publishingiem a wydawaniem tradycyjnym jest też fakt, iż na sukces książki pracuje nie tylko wydawca. To cała sieć połączeń, grupy ludzi, których działania ostatecznie skutkują udaną kampanią promocyjną książki. Self-publisher, nawet taki z dużym zapleczem finansowym, nie jest w stanie utworzyć podobnej sieci:

Wydając książkę w self-publishingu pisarz nie ma też praktycznie żadnego wsparcia promocyjnego: może oczywiście przygotować sobie stronę internetową, założyć profil FB, prowadzić nawet bardzo aktywną działalność w mediach społecznościowych, tylko że nie przełoży się to na końcowy sukces. Duży wydawca to profesjonalnie zaplanowana i realizowana kampania informacyjna, to mailingi do kilkuset dziennikarzy w całym kraju, to kontakty z dziennikarzami, które owocują omówieniem, bądź recenzowaniem książek w mediach, to działania w Internecie, mediach społecznościowych; przygotowanie i produkcja ewentualnych materiałów promocyjnych, czyli standów, plakatów. To organizacja spotkań autorskich… self-publishing nie zapewni żadnego z tych działań.

Marcin Baniak nie neguje idei samopublikowania, lecz podkreśla, że tą drogą nie można zajść daleko:

Czy to oznacza, że self-publishing nikomu się nie przyda? Samo zjawisko, co do idei, jest pozytywne i inspirujące. I wierzę, że wkrótce w tym nurcie pojawi się nowe gorące nazwisko, autor albo autorka, pisarz, który podbije rynek. Ale żeby ten rynek podbić, będzie musiał przejść do mainstreamowego wydawcy.

Jakie opcje daje zatem self-publishing?

Sporo z nich pokrywa się z tym, co tak czy inaczej robią wydawcy – mowa tu oczywiście o kampanii w Internecie i mediach społecznościowych.

Aby jednak osiągnąć jakiekolwiek efekty, pisarz musi zbudować dookoła siebie społeczność, a to – jak wiadomo – wymaga bardzo dużo czasu i pracy. Nie bez powodu największym sukcesem samopublikowania cieszą się w Polsce i na świecie pozycje napisane przez ludzi, którzy wcześniej przez lata prowadzili blogi, czy kanały na YouTube.

Oni poświęcili dużo czasu na to, aby poprzez swoje działania w Internecie zbudować bazę czytelników. Mając rozległe, potencjalne grono odbiorców, marketing ich książki w zasadzie odbywa się sam, ponieważ mając zaangażowaną społeczność, muszą tylko odpowiednio ją pokierować.

Tymczasem pisarz, który dopiero co rozpoczyna swoją działalność w Internecie, staje przed naprawdę trudnym wyzwaniem.

shutterstock_191523014

Przede wszystkim, choć jest to prawda trudna do przełknięcia, to debiutującego pisarza… nikt w Internecie nie szuka. Nikt go nie potrzebuje. Nikt o nim nie słyszał.

Dlatego debiutując w tradycyjnym wydawnictwie pisarz zyskuje przede wszystkim pierwszą grupę odbiorców, do których dotrze za niego wydawca. Wydawca zaprezentuje światu nowego twórcę, pokaże jego dzieło, a czytelnicy zdecydują, czy jest ono warte ich uwagi.

Podczas gdy pisarz próbuje wszystko zrobić sam, jego szanse… dość drastycznie spadają, a zbudowanie podobnej bazy potencjalnych czytelników może zająć długie lata, albo nie udać się wcale.

Przechodząc jednak do konkretów, self-publisher ma kilka możliwości: założyć bloga i starać się o jego poczytność, publikować inne teksty na portalach o dużym zasięgu licząc na to, że w ten sposób przyciągnie do siebie czytelników, aktywnie działać w mediach społecznościowych i rozsyłać swoje dzieła do blogów książkowych, żeby zyskać kilka słów recenzji.

Tutaj opcje się w zasadzie wyczerpują, jeśli mówimy oczywiście o self-publishingu bez przesadnych nakładów finansowych. Wiadomo, że dysponując odpowiednio dużą kwotą pisarz może pokusić się o wynajęcie usług agencji PR, która zajmie się promocją za niego – mało który początkujący twórca może sobie jednak pozwolić na coś takiego, a tutaj przede wszystkim mówimy właśnie o takich pisarzach.

Czy to oznacza, że sprawa jest beznadziejna?

Nie do końca. W jednej z kolejnych części tego cyklu przedstawię historie self-publisherów, którym udało się odnieść spektakularny sukces w świecie literatury, jednakże… nie są to przypadki rodzime.

Rozważanie, dlaczego za naszymi granicami udaje się samopublikować a u nas nie, zostawię sobie na inną okazję, jednak uniwersalnym pozostaje jeden fakt: decydując się na self-publishing, trzeba być świadomym ogromu pracy przy promocji książki.

Dlatego jeśli zależy nam na jak największym gronie czytelniczym (a komu nie zależy?) w zasadzie jedyną, pewną drogą jest dobra umowa z dużym, uznanym wydawcą, który odpowiednio zadba o losy naszej książki.

Decydując się na samopublikowanie, pomimo wszystkich możliwości współczesnego Internetu, z góry skazujemy swoją książkę na dotarcie do bardzo niewielkiej grupy odbiorców.

*Grafiki pochodzą z serwisu Shutterstock

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement