Polscy wydawcy dostali AdBlockiem na własne życzenie i zaraz znowu oberwą

Felieton/Technologie 13.06.2015
Polscy wydawcy dostali AdBlockiem na własne życzenie i zaraz znowu oberwą

Z zaciekawieniem przeczytałem artykuł Przemka na temat reklam w Internecie i tego, że Polacy w kwestii ich odbioru nie są wcale tacy ostatni, jak powszechnie chciałoby się uważać.

Przede wszystkim uważam, że przyjmowanie kryterium klikalności w stosunku do oceny skuteczności reklamy to dość prymitywne podejście do jej podstawowych zadań. Reklama otacza nas dookoła, wysokość półki, na której wyłożone są towary w sklepie spożywczym to często forma reklamy (niewykluczone, że także odpłatnej). Nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek kliknął w reklamę piwa Heineken w telewizorze, choć idąc do sklepu zawsze wiedziałem, które piwo jest „najbardziej” i które chciałbym kupić.

Potem oczywiście wiedzę wyniesioną z reklam wyparło doświadczenie oraz Ciechan Miodowy i Książęce Pszeniczne wiedza, ale zanim ten moment nastąpił to Holendrzy sobie na mnie pozarabiali.

Podobnie jest z reklamami w Internecie. Ja nie klikam, ale często oglądam. Klikalność to jest sprawa trzeciorzędna, dobra dla Januszy biznesu, no i ewentualnie stron sprzedażowych. Pewnie nawet nie wiedziałbym, że Nokia jeszcze żyje (a potem nie kupił i nie namówił na nią 20 kolejnych znajomych), gdyby nie to, że od 3 lat nieprzerwanie oglądam jej reklamy na SW, choć chyba nigdy nawet w żadną nie kliknąłem.

Nie wiem jak myślą inni Polacy, ale pewnie przynajmniej jakaś istotna część się ze mną zgodzi.

Otóż, ja na przykład LUBIĘ ładne reklamy, wkomponowane w stronę, estetyczne, jak są fajnie animowane, to wnoszą nawet do witryny trochę życia. Na SW generalnie reklamy są spoko, może poza tym parkiem jurajskim, który trochę mi już działa na nerwy – ale jeszcze w granicach znośności. Przysięgam, pójdę nawet na dwa seanse, zachęciliście mnie, tylko zmniejszcie już trochę ten banner.

To czego naprawdę nienawidzę to automatycznie odtwarzające się video na dużych portalach. Gazeta.pl, RP.pl, itd. – przysięgam Wam uroczyście, pożałujecie tego.

Internauci nie zaczęli stosować tak nienawidzonego przez was AdBlocka, ponieważ są perfidni. Nie zaczęli go stosować w ramach jakiejś hipsterskiej antymarketingowej akcji. Nawet nie dlatego, że przeszkadzały im subtelne billboardy w prawym górnym rogu czy pomiędzy ikonkami poczty a wyszukiwarką.

Nie, AdBlock pojawił się w naszych komputerach ponieważ zaczęliście przeginać.

To był przymus. Wirtualna Polska i Onet uruchamiały wyskakujące na cały ekran reklamy flash tak wielkie, że zawieszał się na nich komputer. Krzyżyk służący do zamykania tych reklam – niby że taki zabawny – uciekał spod kursora myszki, niczym na rosyjskich stronach instalujących wirusy-porno (tzw. szczęście w nieszczęściu, przynajmniej dopóki nie przyszedł rachunek telefoniczny). Kiedy komputery starały się jakoś przepuścić te wyskakujące plansze, w międzyczasie użytkownik szukał głośników, które mógłby wyłączyć, bo przecież te reklamy nie tylko były złośliwe, wredne i zasobożerne. One też darły na całe mieszkanie japę.

Także mniej więcej w tej atmosferze bezrefleksyjnego marketingu pojawił się w wielu polskich domach AdBlock. Potem wydawcy trochę się opamiętali, ale było już za późno. Nie wspomnę już o tym, że przez nich do dziś cierpią wydawcy mniejszych stron internetowych albo takich, którzy zawsze rozumieli, że na stronie jest miejsce i na treści – i na reklamy. Reklam może być dużo, ale powinny być odpowiednio oznaczone, a już w głowie mi się nie mieści, żeby w 2015 roku mogły one sabotować korzystania z komputera.

Opisuję tę historię dlatego, że obecnie duże portale odkryły w sobie potencjał „wideo”. „Wideo to przyszłość, wideo wydłuża czas spędzony na stronie, wideo otwiera nowe możliwości”. W celu promowania tych swoich nieporadnie kręconych treści wpychają gdzie popadnie automatyczne odtwarzanie. Nie znoszę tego. I jestem przekonany, że nie jestem w tej opinii osamotniony.

Każdy kontakt z rp.pl, każde wejście na gazeta.pl to od miesięcy nie pełna zadumy lektura, tylko paniczny rajd na dół witryny w poszukiwaniu automatycznie odtwarzającego się filmu. I nigdy nie wiem, co tam zastanę – nowe getry Dody czy „tylko” expose Ewy Kopacz.

Modlę się każdego dnia o prostą w obsłudze i przystępną wtyczkę, która rozprawi się z tą zarazą. Zresztą pewnie już taka jest i tylko czekam na pomocny komentarz „aleś ty głupi, od roku korzystam z ….”. I ponownie – wierzę, że nie jestem w tych oczekiwaniach osamotniony.

Zastanówcie się zatem wydawcy dużych portali, bazując na swoich doświadczeniach z reklamami, czy ta propaganda treści wideo w ostatecznym rozrachunku wyjdzie wam na zdrowie. Tzn. ja już teraz wam mówię, że nie wyjdzie. A wy zróbcie z tym co chcecie.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement