Niektórzy wydawcy myślą, że zapłaciłbyś za przeczytanie artykułu na Facebooku

Felieton/Technologie 26.06.2015
Niektórzy wydawcy myślą, że zapłaciłbyś za przeczytanie artykułu na Facebooku

Nie jest zwykłym truizmem stwierdzenie, że Internet zmienił dziennikarstwo i sposób, w jaki chłoniemy informacje ze świata. To jest po prostu fakt. O ile w przypadku wiadomości zmiany należy zaliczyć na plus, o tyle znacznemu pogorszeniu uległa jakość dziennikarstwa i jego, nazwijmy to, artystyczna część.

A może jednak nie? Krytycy wszechrzeczy lubują się w biadoleniu pokroju „kiedyś było lepiej” i piętnowaniu publikowanych w Internecie treści, podkreślając, jak to za czasów prasy analogowej rzemieślnicza jakość dziennikarstwa stała na znacznie wyższym poziomie.

Rzeczywiście łatwo jest odnieść takie wrażenie, biorąc pod uwagę poziom szumu informacyjnego i generalnie, zalewu badziewia, który trapi Internet. To cudowne narzędzie, znak naszych czasów, jest niebywałym śmietnikiem, do którego wpada dosłownie wszystko. Dlatego spośród tego zalewu bardzo trudno jest wyłowić wartościowe treści.

Nadal pozostają jednak miejsca, gdzie znajdziemy dziennikarstwo naprawdę wysokiej jakości. Pozostaje tylko pytanie – na jak długo takimi pozostaną?

W wewnętrznych kręgach dużo się mówi o nowej funkcji Facebooka, Instant Articles

Ma ona stać się narzędziem ułatwiającym życie użytkownikom tego portalu społecznościowego, choć można jednocześnie powiedzieć, że ma ona za zadanie nie wypuszczać ludzi z jego objęć.

Facebook we współpracy z dużymi wydawcami będzie publikował treści bezpośrednio na tablicach, otwierając je wewnątrz serwisu, bez konieczności przeniesienia się na stronę źródłową.

Wielu wydawców już teraz współpracuje z nowym pomysłem portalu Marka Zuckerberga, jednak sama idea nowego narzędzia wzbudziła wątpliwości… wydawcy Wall Street Journal.

Will Lewis, poprzednio redaktor naczelny m. in. „The Daily Telegraph”, przestrzega branżę przed kładzeniem zbytniego nacisku na współpracę z gigantami społecznościowymi, tak komentując skutki dziennikarstwa pod publiczkę:

W rezultacie wartościowe treści są często wypierane i zalewane przez materiały w rodzaju kotów na deskorolkach – zauważył Lewis. – Traci na tym nie tylko przekaz istotnych i znaczących informacji, ale także łączność pomiędzy czytelnikami a wydawcami i dziennikarzami. To w przyszłości może się zemścić. Media, które decydują się na lekkomyślną współpracę z internetowymi gigantami ryzykują także utratę kontroli nad swoimi własnymi treściami. Nie chodzi o to, że przestaną być właścicielami tych materiałów, ale w pogoni za wszelką cenę za akceptacją użytkowników Facebooka czy Google mogą stracić z oczu najważniejsze wartości swojego dziennikarstwa.

O co tak naprawdę chodzi wydawcy WSJ?

Ano o to, żeby w pogoni za liczbą wyświetleń i zasięgami, które przecież tak łatwo zdobyć na Facebooku odpowiednim nakładem gotówki, nie zatracić wysokiego poziomu zawartości.

Domyślam się, że częściowo Lewis odnosi się także do tzw. „wojny na kliki”, którą można zaobserwować w każdym zakątku Internetu, gdzie produkowane są autorskie treści. Każdy walczy o uwagę czytelnika. Każdy próbuje wyrwać mu z życia te pięć minut na przeczytanie artykułu, czyli na kliknięcie w link i zapoznanie się z jego treścią.

gazeta-pod-lupa

Zdaniem szefa WSJ facebookowe Instant Articles może tylko ten problem pogłębić, ale szczerze mówiąc… to mam poważne wątpliwości co do motywacji pana z Wall Street Journal.

Przede wszystkim, spójrzmy na grupę wydawnictw, które znajdą się w pierwszej transzy współpracowników – mamy tu takie podmioty jak The New York Times, BBC, National Geographic, Der Spiegel czy Bild, a zatem miejsca, które kojarzymy raczej z treściami wysokiej jakości.

I czy ci wydawcy nie walczą o kliki? Oczywiście, że walczą

Mogą być gigantami w swoich dziedzinach, ale to nie zmienia faktu, że tuż pod nimi kłębią się inni wydawcy, którzy bardzo chętnie przejmą po nich palmę pierwszeństwa. Niezależnie więc od renomy portalu, o uwagę czytelnika musi dziś walczyć każdy, bo na renomie daleko zajechać się nie da.

Dlaczego więc podejrzewać, że udostępnianie artykułów na Facebooku w jakikolwiek sposób pogłębi tę kwestię w negatywnym kierunku? Przecież już teraz tytuł artykułu i przynajmniej jego lead musi być skonstruowany w taki sposób, aby zachęcić czytelnika do przeczytania całości.

Poza tym… to refleksja na inną okazję, ale czy „wojna na kliki” naprawdę jest czymś nowym? Sądzę, że nie. Tylko że przed erą Internetu była to „wojna o sięgnięcie po gazetę”. I tu i tu zasada działania jest taka sama – przy mnogości wyboru, publikacja musi się czymś wyróżniać.

Dlatego nie do końca rozumiem motywację szefa Wall Street Journal

Tym bardziej, że jego ideologiczne pobudki legły w gruzach kilka zdań dalej, kiedy powiedział, że obecność reklam w Instant Articles to za mało, a WSJ przystąpi do podobnej inicjatywy dopiero wtedy, gdy będzie ona mogła zaoferować subskrypcję i płatny dostęp do treści dla czytelników.

Jak to – płatny dostęp do treści? Gdzie? Na Facebooku? Nagle okazuje się, że przez górnolotne apele do branży przemawia kompletna nieznajomość sposobu, w jaki funkcjonuje Internet. Widać to zresztą po sposobie działania WSJ, które większość najlepszych treści… chowa za paywallem.

Owszem, skłonnych do płacenia tak elitarnemu wydawnictwu jest wielu, ale na jak długo wystarczy mu sama renoma? Ilu lat potrzeba, aby ruch na stronie Wall Street Journal zmalał do tego stopnia, żeby wydawca zrozumiał, że nikt nie jest w stanie na dłuższą metę walczyć ze zmianami w sposobie, w jaki konsumujemy treści?

Doskonale rozumie to The New York Times, który aktywnie angażuje się w inicjatywy gigantów technologicznych. Instant Articles to tylko jeden przykład, za drugi może posłużyć fakt, iż NYT jako pierwszy przygotował dla Apple dedykowane, jednozdaniowe artykuły wyświetlane na Apple Watchu.

Gdy pierwszy raz przeczytałem słowa Willa Lewisa, pomyślałem, że to ostatni głos rozsądku, nawołujący do podniesienia jakości tego internetowego śmietnika. Teraz widzę jednak, że przez jego słowa przebija głównie… obawa o własną przyszłość. Skrzętnie zamaskowana i zaserwowana z elitarnej górny.

Na którą – tak jak na każdą inną – wspinają się wydawcy lepiej rozumiejący współczesne media, gotowi w każdej chwili przejąć tron.

*Grafiki pochodzą z serwisu Shutterstock

Dołącz do dyskusji

Advertisement