Dzięki temu programowi mam nadzieję porzucić Worda. Oto Scrivener – prawdziwy, pisarski kombajn

Dzięki temu programowi mam nadzieję porzucić Worda. Oto Scrivener – prawdziwy, pisarski kombajn

Od kliku lat, a już w szczególności od momentu, w którym rozpocząłem pracę w Spider’s Web, spędzam przy klawiaturze zdecydowaną większość niemalże każdego dnia. Pracując ze słowem pisanym, jako wieloletni użytkownik Windowsa do niedawna skazany byłem na korzystanie z MS Word, bądź jego darmowych odpowiedników Libre/Open. Te jednak nie we wszystkim sprawują się dobrze. Kiedy więc zmieniłem platformę na OS X, postanowiłem rozejrzeć się za alternatywą.

O Scrivenerze po raz pierwszy usłyszałem jakieś dwa lata temu, kiedy to recenzja tego programu przewinęła mi się na jednej ze stron, które często czytałem. W pierwszej chwili byłem zdumiony, że coś takiego w ogóle istnieje. Gdy człowiek przyzwyczajony jest do linearnej pracy z tekstem, jaką oferuje Word, ciężko mu sobie wyobrazić inny workflow.

Scrivener w żadnym wypadku nie jest, ani nawet wtedy nie był nowością. Jego pierwsza wersja ujrzała światło dzienne w 2007 roku na OS X, a w 2011 roku na Windowsa. Kiedy więc odkryłem, że program, który na pierwszy rzut oka był spełnieniem moich pisarskich marzeń jest dostępny nie tylko na Maca, rzuciłem się na niego jak wygłodniała hiena i… sparzyłem się niemiłosiernie.

Sporo jednak upłynęło wody w rzece od tamtej chwili, a moje potrzeby związane z edycją tekstu stały się jeszcze większe niż kiedykolwiek. Nie chcąc więc rozbijać swojej pracy na kilka różnych narzędzi, postanowiłem dać produktowi Literature&Latte jeszcze jedną szansę.

Czym w ogóle jest Scrivener?

W ogromnym uproszczeniu, jest to kompletne, pisarskie studio. Znajdziemy tu dosłownie wszystko, co w dawnych czasach zagracałoby biurko twórców i naukowców, z tym że przeniesione do świata wirtualnego.

Począwszy od pustych kartek papieru, które możemy dowolnie gromadzić i zmieniać ich kolejność, poprzez dedykowaną sekcję przeznaczoną badaniom (gdzie możemy wklejać strony internetowe, pliki dowolnego formatu oraz nasze własne notatki) aż po… wirtualną tablicę korkową, na której znajdziemy synospis naszego dzieła i wiele, wiele więcej.

Ci z was, którzy edycję tekstu kojarzą wyłącznie ze wspominanymi przeze mnie edytorami Microsoftu/Libre/Open mogą zapytać, po co właściwie komukolwiek taki kombajn? Co jest nie tak z Wordem?

Absolutnie nic. Jednakże ma on jedną wadę, która niebywale utrudnia pracę z dużym tekstem – linearność. Jeśli ktoś mi nie wierzy, to niech spróbuje edytować w nim długi dokument. I mam na myśli taki o długości czterystu, nie czterdziestu stron. Dopóki robimy to strona po stronie, da się przeżyć, ale w chwili, kiedy trzeba co i rusz przeskakiwać pomiędzy rozdziałami, staje się to naprawdę męczące.

win-screens-std

W Scrivenerze wszystko to jest na wyciągnięcie ręki. Poszczególne segmenty naszej pracy grupujemy po lewej stronie w binderze, gdzie możemy w każdej chwili edytować dowolny z nich, albo zestawić dwa obok siebie dzięki funkcji podzielonego ekranu. A kiedy chcemy zespolić poszczególne fragmenty w jedną całość, wystarczy jedno kliknięcie zmiany widoku i już pracujemy na całym dokumencie, nie na jego częściach.

Zakończoną pracę możemy skompilować do niemalże dowolnego formatu, od zwykłego .rtf aż po .epub i .mobi. Ale o tym za chwilę.

Łatwy w obsłudze, piekielnie trudny w pełnym opanowaniu

Mój pierwszy kontakt ze Scrivenerem okazał się fiaskiem z dwóch powodów: przede wszystkim, testowałem wersję na Windowsa, która wówczas miała jeszcze masę niedoróbek, w szczególności tragiczny mechanizm autokorekty. Nie była także zbyt stabilna i co tu dużo mówić… była potwornie brzydka.

Istotniejszym czynnikiem był jednak poziom skomplikowania programu. Pierwszym, co wita nas po uruchomieniu Scrivenera, to projekt z tutorialem. Pomyślałem sobie, że warto się z nim zapoznać – w końcu to zupełnie nowe narzędzie, z którego nigdy nie korzystałem.

Ukończenie projektu zajęło mi bite cztery godziny (sic!). Po wszystkim czułem się tak, jakby ktoś przetrącił mnie obuchem przez łeb, wcześniej upiwszy do nieprzytomności. Nie wiedziałem co się dzieje. Owszem, tutorial jest świetnie skonstruowany i bardzo dobrze tłumaczy podstawowe aspekty obsługi programu, ale sumarycznie byłem przerażony. Program do pisania, którego obsługa jest trudniejsza niż dowolnego programu DAW, jaki kiedykolwiek obsługiwałem? Dziękuję, postoję.

Tym razem podszedłem do Scrivenera bardziej na luzie, stosując się do rady znalezionej na blogu pewnego guru, uczącego obsługi tego kombajnu. „Zacznij pisać, reszta przyjdzie z czasem”. Tak też zrobiłem, ograniczając wykorzystanie programu do tworzenia kolejnych segmentów projektu, oraz korzystania z trybu pełnoekranowego (który swoją drogą jest naprawdę świetny).

Wiem, że to pisarskie studio ma w sobie gigantyczny potencjał – w końcu nie bez powodu na jego temat powstają webinary, tutoriale, a nawet książki. Nie zamierzam się jednak od razu rzucać na głęboką wodę, a jego wszystkie funkcje poznawał będę w miarę potrzeb, czyli zapewne dopiero po skończeniu manuskryptu.

Dla kogo jest Scrivener i co ja zamierzam z nim zrobić?

Z pozoru Scrivener sprawia wrażenie narzędzia dedykowanego wyłącznie pisarzom i naukowcom. Nic bardziej mylnego! Mnogość opcji pozwala wykorzystać ten program niezależnie od tego, co tworzymy i w jakim stylu piszemy.

Oczywiście, z pełni potencjału programu skorzystają głównie pisarze, dla których każdy jego element będzie przydatny, szczególnie jeśli zamierzają samodzielnie publikować swoje dzieło (Scrivener ma wbudowany genialny tryb kompozycji ebooka, dostosowany do wymogów Amazona i iBooks), lecz są też dla niego bardziej „przyziemne” zastosowania.

win-screens-fs

Piszesz pracę licencjacką/magisterską? Scrivener to naprawdę narzędzie idealne i dziś ogromnie żałuję, że nie korzystałem z niego pisząc własne, studenckie elaboraty.

Chcesz być scenarzystą? Wystarczy wybrać osobny szablon projektu. Co więcej, możemy go także zmienić zależnie od typu scenariusza i docelowego medium (niestety, wciąż brakuje szablonu dedykowanego grom komputerowym).

Ba, nawet blogować można poprzez Scrivenera. Udało mi się odnaleźć w Internecie bardzo zgrabny tutorial, który sam mam zamiar w najbliższym czasie wcielić w życie. Nie wiem, czy będę korzystał z bezpośredniego eksportu do .html lub markdown (które program wspiera, a w którym niestety nie umiem się poruszać), ale z pewnością spróbuję zastąpić Scrivenerem mój obecny workflow.

To tylko pierwsze wrażenia

Dotychczas mój workflow opierał się o MS Word, Office Online oraz OneNote. Przez najbliższe miesiące spróbuję korzystać wyłącznie ze Scrivenera. Zarówno przy pisaniu nowej książki, prowadzeniu własnego bloga, jak i tworzeniu tekstów dla Spider’s Web.

W tej chwili pozostało mi jeszcze 21 z 30 dni okresu próbnego i póki co wszystko wskazuje na to, że wydam pieniądze na wersję zarówno dla OS X, jak i Windowsa, gdyż często przesiadam się pomiędzy komputerami. Pojedyncza licencja to wydatek rzędu 45 dol., czyli niespełna 200 zł. Moim zdaniem to naprawdę niewiele, biorąc pod uwagę możliwości programu.

Dlatego ten tekst, to jedynie pierwsze wrażenia, dodatkowo dość pobieżne. Ponownie – nie bez powodu o tym programie pisze się książki. Jest naprawdę ogromny! Tutaj ledwie liznąłem lodu przez szybkę.

Wrócę do was jednak z pełną recenzją, gdy tylko uda mi się przenieść cały mój workflow do Scrivenera. Biorąc pod uwagę liczne usprawnienia obydwu wersji programu w ostatnim czasie, patrzę bardzo optymistycznie na swoją przyszłą pracę w tym pisarskim studiu.

Jeżeli chcecie przekonać się o wartości tego programu samodzielnie, nie czekając na moją recenzję, polecam odwiedzić stronę wydawcy Scrivenera, Literature&Latte, skąd możecie pobrać program na 30 dni zupełnie za darmo.

Jeśli nie przytłoczy was jego ogrom, wierzę, że jest spora szansa, że przypadnie wam do gustu.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement