Dwufazowy aktywujący żel w piance do szaleństwa

Technologie 22.05.2015
Dwufazowy aktywujący żel w piance do szaleństwa

Chyba nigdy o tym tu nie pisałam, bo nie jest to “mój” temat, wręcz odwrotnie. Jednak może powinnam. Powinnam, bo chociaż mam spory dystans, to czasem mam wrażenie, że i tak mnie to przerasta. Jednocześnie widzę szaleństwo na punkcie blogerek zajmujących się podobną tematyką, czytam, że rynek wciąż powiększa się i za dwa lata będzie warty ponad 600 miliardów dolarów. SZALEŃSTWO.

Chodzi o kosmetyki. Kategorię produktów, która jest tak powszechna, tak wpisana w codzienność, że często o niej nie myślimy. Tymczasem przyznaję się, że wpędza mnie w szaleństwo, irytację i rezygnację. Jeśli jesteś mężczyzną i czasem zastanawiasz się, dlaczego twoja żona, dziewczyna czy inna kobieta w życiu ma tyle butli, flakoników i buteleczek spieszę z wyjaśnieniem.

Mimo, iż producenci kosmetyków nie przeznaczają wcale tak dużo pieniędzy na R&D (Research and Development), zwłaszcza w porównaniu do firm technologicznych czy stricte farmaceutycznych, to przeciętnej kobiecie wydaje się, że średnio co miesiąc dokonuje się wielki przełom w kosmetyce, co roku odkrywa się zbawienny wpływ rośliny x czy substancji y, a co dwa-trzy lata branża postanawia wypromować całkowicie nowy trend masowy.

Przykład? Produkty do włosów. Mam długie włosy i dbam o nie jak mogę, więc klnę na producentów za każdym razem, gdy kupuję szampony, odżywki i inne magiczne specyfiki. Proces wygląda mniej więcej tak: by znaleźć produkt, który lubię średnio wypróbowuję 3-4 różne specyfiki, co zależnie od zużycia (każdy pojedynczo) trwa nawet 2-3 miesiące. Gdy już znajdę TEN produkt odpowiadający mi w wielu aspektach zaczynam używać go regularnie. Wtem po 6 miesiącach do roku próbuję go kupić i… Wyszedł już z produkcji.

Podstawowy zestaw prysznicowy
Podstawowy zestaw prysznicowy

Bo któryś ze składników wyszedł już z mody, bo za słabo się sprzedawał, bo producent  musi zabłysnąć czymś nowym. Proces poszukiwań zaczyna się od nowa.

Ostatnio, od jakiegoś roku, w modzie drogeryjnej są olejki. Wszelakie. Arganowe, z orzechów makadamii, z innych cudów których nazwy uczę się dopiero z etykiet na buteleczkach. Nagle WSZYSTKO ma olejki. Szampony, odżywki, serum, balsami, żele pod prysznic, kremy, dzisiaj znalazłam nawet jakieś odżywki do paznokci z cudownych olejków produkowanych z roślin, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Za jakiś rok jednak, gdy olejki znajdą się nawet w papierze toaletowym i trochę się znudzą producenci wymyślą jakiś nowy superhit.

Nie to, żebym nie doceniała kolejnych kluczowych składników, ale po prostu mam wrażenie, że ktoś robi mnie w wielkiego balona, że jedwab tak kiedyś popularny był okropny dlatego producenci specyfików do włosów go porzucili, zaczynam bać się, że olejki też kiedyś zostaną zapominane i wejdą do kosmetycznego piekła.

Czasem mam też wrażenie, że gdyby przeciętna kobieta chciała być na bieżąco z głównymi nowościami, musiałaby przeznaczyć na niesamowitą ilość czasu. Tym bardziej, że producenci wycwanili się ii korzystają z trendu na świadomego konsumenta, takiego który czyta etykiety, chce wiedzieć z czego korzysta i jakie substancje wsmarowuje w swoje ciało. Co chwilę pojawiają się więc linie produktów “bez xyz”, a wszystko ma na opakowaniach dopisek “naturalne”. Żyjemy w rzeczywistości, w której wszystko jest naturalne, ale producentom chyba ciężko to pojąć.

Jest taka scena w nowym świetnym serialu “Grace and Frankie” Netfliksa, w której jedna z córek pracująca w firmie kosmetycznej na zebraniu próbuje zaproponować nowe produkty. Wszyscy wiedzą, że nikt ich nie potrzebuje, ale zyski muszą rosnąć. Tak obrazuję sobie proces wymyślania specyfików, na które natykam się co i rusz w sklepach i w sieci. Maseczka na dłonie w formie rękawic, serum na pięty, osobne na łokcie, jeszcze inne na uda, powieki, mleczka, masła, balsamy, pianki, lakiery, gumy, kremy, bazy i cholera wie co jeszcze. Potrafię z głowy wymienić mnóstwo kosmetyków do samej twarzy, do makijażu i pielęgnacji- bazy, bazy pod cień, podkłady, pudry, cienie, korektory, róże, rozświetlacze, utrwalacze, kredki, maskary, eyelinery, toniki, żele, płyny micelarne, do demakijażu, pianki, kremy, mgiełki i zylion innych. Wszystko w różnych konfiguracjach – kremowe, w kamieniu, sypkie, błyszczące, matowe, jednofazowe, dwufazowe, matowiące, nawilżające, aktywujące, regenerujące, zamykające, oczyszczające, łagodzące, uzupełniające, odżywiające… Każde osobno.

Nikogo już nie dziwi, gdy jeden producent ma w ofercie 20 wariantów tego samego produktu. Bądź tu człowieku mądry – sklasyfikuj się, żeby wybrać odpowiednio. Każdą część ciała klasyfikuj osobno, przecież trzeba dobrać odpowiednie produkty!

Wiecie, ile istnieje technik dbania i malowania paznokci? Jakiś pierdyliard. Nie przesadzam i nie wspominam nawet o sztucznych paznokciach.

Uwielbiam mężczyzn, którzy używają żelu pod prysznic również jako szamponu do włosów, mają podstawowe kosmetyki do golenia i higieny, krem nivea i nie przejmują się resztą. To świetny kontrast do ton buteleczek przeciętnej kobiety.

Bo gdy ktoś mówi, że wiedźmy nie istnieją, to nie wierzę. Wiele nowoczesnych kobiet to takie współczesne wiedźmy z wiedzą tajemną – mają eliksiry, zaklęcia, specjalizują się w decepcji.

Czasem z rozpędu trafiam na blogi kosmetyczne. Dziewczyny i kobiety chwalą się swoimi zakupami, nowościami kosmetycznymi, recenzują, pokazują makijaże i liczą na prezenty od firm. Znałam kiedyś taką dziewczynę. Miała wielki, ogromy kufer w którym trzymała kosmetyki. Potem okazało się, że to tylko ich część, ta przeznaczona do ciała od dekoltu w górę. Reszta zalegała po całym mieszkaniu zajmując miejsce które w mojej głowie wystarczyłoby jeszcze jednej osobie do skromnego życia.

Cieszę się, że kosmetyki stają się coraz bezpieczniejsze, że dbamy o siebie, że koncerny próbują wprowadzić innowacje. Jednak dokonując zakupów nie mogę powstrzymać się przed zastanawianiem się, jaka część tego wszystkiego jest nam faktycznie potrzebna. I czy wszyscy nie zwariowaliśmy.

O stanie szaleństwa kosmetycznego na upiększanie niech świadczy upiększenie swojskiego słowa łój i przemianowanie je na łacińskie sebum. Widocznie nawet język potrzebuje kosmetyki.

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement