Drogi Ubisofcie, właśnie przekroczyłeś granicę. Nie zamierzam kupować następnej odsłony Assassin’s Creed

Felieton/Gry 13.05.2015
Drogi Ubisofcie, właśnie przekroczyłeś granicę. Nie zamierzam kupować następnej odsłony Assassin’s Creed

Assassin’s Creed to jedna z moich ulubionych serii gier. Niekończąca się walka Asasynów i Templariuszy to, pomimo naiwnej fabuły, coś, co wciągało mnie bardziej niż niejeden film czy nawet książka. Jednak wczorajsza premiera gameplay’u z nadchodzącego Assassin’s Creed: Syndicate sprawiła, że nie mam najmniejszej ochoty już nigdy wrócić do tej serii.

W Assassin’s Creed gram od… sam nie pamiętam kiedy. Pierwsza część gry, mimo bardzo monotonnej i wtórej rozgrywki, wyjątkowo mnie zaciekawiła, ponieważ była czymś nowym, grą idealnie wypośrodkowaną między skradankowym Thiefem a typowo platformówkowym Prince of Persia.

Przejście pierwszej odsłony gry wystarczyło, bym wsiąknął w świat stworzony przez Ubisoft na amen. Wszystkie następne części gry kupowałem w dniu premiery, mimo że nie miałem możliwości oszczędzania. Choć byłem stosunkowo ubogim człowiekiem, na dzień premiery miałem odłożone pieniądze, by po raz kolejny wejść w świat Desmonda.

Assassin’s Creed imponowało mi kilkoma rzeczami. Świetnym uniwersum, nowymi możliwościami pojawiającymi się w kolejnych częściach gry oraz ciekawą historią, która miała stanowić zamkniętą całość. Ta miała zakończyć się po trzech częściach i pokazać, w jakim kierunku potoczą się losy naszego świata. Robiło to na mnie o tyle duże wrażenie, że finalna, trzecia część gry miała pojawić się w 2012 roku, a i sama fabułą przygód Desmonda dotyczyła właśnie tej daty. Spodziewałem się, że Assassin’s Creed III będzie pięknym zwieńczeniem historii, którą przez lata tak chętnie chłonąłem.

Byłem tak zachłyśnięty tą serią, że starałem się nie widzieć wielu sygnałów mówiących, że skręca ona w złym kierunku.

Nie przeszkadzało mi, że pomimo obietnicy wydania trzech części, sama druga część została podzielona na trzy odsłony. Tłumaczyłem to tym, że historia Ezio Auditore da Firenze jest na tyle skomplikowana i zawiła, że nie dało się tego zrobić inaczej. Dopiero po zobaczeniu zakończenia trzeciej części i zapowiedzi czwartej zaczęło do mnie docierać, że ktoś tu robi skok na kasę. Piąta (a może siódma?) część serii wyszła w zeszłym roku.

Była spartolona na każdej możliwej płaszczyźnie, a granie w nią było praktycznie niemożliwe nawet na mocnym sprzęcie. Podobno teraz jest o niebo lepiej, ale powiem szczerze, że rozczarowałem się nią na tyle, że nie mam ochoty tego sprawdzać. Możliwe, że nigdy nie dokończę tej gry, zwłaszcza że lada dzień pojawi się nowy Wiedźmin, przy którym spędzę dziesiątki, jeśli nie setki godzin.

Razem z nią pojawiła się jeszcze jedna, oddzielna gra przeznaczona na konsole poprzedniej generacji, która bardzo przypominała poprzednią odsłonę serii. Teraz Ubisoft wydał platformówkę z serii Assassin’s Creed, a wcześniej zrobił remake wydanej dawno temu na Playstation Vita gry Assassin’s Creed III: Liberation. Ubisoft traktuje tę serię jak fabrykę do produkcji pieniędzy, której produktem ubocznym jest nawóz w postaci kolejnych gier serii.

Dowodem na to jest brak rozwoju serii. Wiadomo, do gry trafiają kolejne gadżety, środki transportu itp., ale sama mechanika gry zmienia się w sposób tak delikatny, że tego nie widać, a pod wieloma względami seria ta odstaje od dzisiejszych standardów. Przekonałem się o tym, gdy zobaczyłem wczoraj zaprezentowany gameplay z nadchodzącego Assassin’s Creed: Syndicate.

Co dokładnie zobaczyłem?

Co prawda grafika gry nie wygląda źle, ale jej mechanika pozostaje na tym samym, ekstremalnie głupim poziomie. Podczas rozgrywki następował moment, w którym asasyn musi uratować swojego towarzysza, w którego głowę pistoletem celował wróg. W tym celu asasyn musiał najpierw zlikwidować jego towarzyszy, by Ci nie podnieśli alarmu. Jeden z wrogów stał między dwoma cywilami.

Asasyn zabił go skacząc z dachu i w ten sposób wypełnił pierwszą część misji. Alarmu nikt nie podniósł mimo że metr od świeżego trupa stało dwóch jegomości. Specjalnie nie przeraził ich fakt, że na ich oczach został zadźgany człowiek. Valar Morghulis, psia ich mać.

Ale to nie wszystko. Jako że akcja gry dzieje się w XIX-wiecznym Londynie prawie wszyscy noszą cylindry i meloniki. Dodatkowo, podczas bijatyki (efektownej, przyznam!) kapelusze twardo trzymają się głów bohaterów nawet podczas wyprowadzania ciosu “z dyńki”. Może i Nvidia stosuje w tej serii swój silnik fizyczny PhysX, ale tutaj ewidentnie tego nie widać.

Dodatkowo asasyn został wyposażony w hak do wspinania się, znany z serii Batman: Arkham. Widocznie wspinanie się było za trudne. Najlepsze jednak były taranujące się nawzajem dyliżanse, które niszczyły otoczenie niczym samochody w GTA V. Zabrakło mi tylko, żeby na koniec przegrany dyliżans przewrócił się kilkukrotnie, spadał z urwiska i wybuchał, niczym samochód w amerykańskim filmie.

Assassin’s Creed stał się kolejną serią podobną do Need for Speed czy Call of Duty.

Przeżyłbym rozwijanie serii w nieskończoność, ale jeśli już się to robi, należy dbać o jakość każdej produkcji. Nie trzeba wypuszczać kolejnych części gier co roku, bo prędzej czy później większość graczy znudzi się tą serią i nie będzie czekać na jej kolejne odsłony. Najlepszym przykładem tego jestem ja.

Oddany fan serii Assassin’s Creed, który nie zamierza kupować jej następnej odsłony.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement