Apple Watch zamiast opieki zdrowotnej nie jest chyba dobrym pomysłem

Felieton/Sprzęt 21.05.2015
Apple Watch zamiast opieki zdrowotnej nie jest chyba dobrym pomysłem

Politycy w trakcie kampanii wyborczej mają skłonność do wygadywania bzdur, nie tylko w Polsce. W Stanach Zjednoczonych Jeb Bush z rodu “tych” Bushów stwierdził, że Apple Watch pokazuje, że za kilka lat taki zegarek będzie mógł zastąpić system wspieranej regulacjami opieki zdrowotnej. W imię wolności wyboru oczywiście. Przy okazji ukazał problem podejścia do rosnącego rynku urządzeń fitness.

Jeb Bush, który startuje w prawyborach prezydenckich z ramienia partii republikańskiej w Stanach używa Apple Watcha. Powiedział, że 5 lat temu niemal nikt nie myślał, że na nadgarstku będzie miał dostępne tak rozbudowane funkcje. W lekkim bełkocie wyjaśnił, że zegarek wyda dźwięk, gdy będziemy robili coś złego dla naszego zdrowia i zaznaczył, że w Stanach będzie potrzebny system oparty na zdrowiu, a nie na chorobie. Dlatego trzeba zlikwidować Obamacare (Affordable Care Act, próbę uregulowania wolnorynkowego systemu opieki zdrowotnej) i postawić na model kierowany przez konsumentów, w którym ludzie zaangażowani są w decydowanie o samych sobie, w tym o swoim zdrowiu. Trzeba dać im do tego narzędzia.

Czyli Apple Watch’a w przyszłej wersji, który będzie wiedział nawet co jemy. Genialne.

Jeb Bush oprócz oczywistych, rynkowo-zarobkowych motywacji, ma też zapędy bardzo niebezpieczne. Opieranie całego systemu opieki zdrowotnej na urządzeniu i założeniu, że to załatwi problemy jest po prostu głupie.

Wyobraźmy więc sobie świat, w którym pomysł Jeba Busha został zrealizowany.

System opieki zdrowotnej jest całkowicie sprywatyzowany – obywatele muszą sami płacić za ubezpieczenie lub robi to pracodawca, jeśli łaska. Ubezpieczalnie wiedzą, że mogą kasować dużo, bo ludzie nie mają innej opcji, pracodawcy uzależniają od siebie i ubezpieczenia pracowników i trzymają ich w szachu (tracisz pracę-tracisz ubezpieczenie na które cię nie stać bez pracy).

Wtem rząd wprowadza program prozdrowotny – każdy dostaje Apple Watcha. Kończą się choroby genetyczne, nabyte niezależnie od dbania o siebie, bo każdy kto słucha zegarka i wykonuje jego polecenia jest zdrowy. Jeśli ktoś nie żyje w zgodzie z zegarkiem choruje, ale był to jego dobrowolny wybór. Niech więc płaci sam za siebie. Albo choruje i umiera. WOLNOŚĆ!

A ja martwiłam się polskim poziomem kampanii prezydenckiej i kandydatów.

Dochodzimy powoli do momentu, w którym moda na bycie fit przerodzi się w obsesję, a obsesja w coś bardzo szkodliwego dla społeczeństwa, ekonomii i gospodarki.

Producenci sprzętów i aplikacji korzystają z tej mody i robią z niej tak zwany “selling point”. Poddajemy się temu, bo kto nie chciałby być zdrowszy, sprawniejszy, żyć dłużej i mniej chorować?

apple-watch-36

Chcesz schudnąć? Wpisz w aplikacji swój wiek, wzrost i wagę, określ stopień aktywności fizycznej, ustaw cel i do roboty. Aplikacja będzie liczyć ile kalorii spalasz, powie że za mało się ruszasz, prześledzi trasę biegu, zbierze dane z bransoletki i zawibruje nią gdy przyjdzie czas na aktywność. Świetnie, prawda? Dorobiliśmy się osobistych, cyfrowych trenerów, dietetyków i motywatorów w jednym.

W wielu krajach i firmach (np. BP) panują już trendy dawania pracownikom fitbitów i innych jawbone’ów w imię poprawy zdrowia, a co za tym idzie zmniejszania kosztów ubezpieczeń zdrowotnych i zwiększania wydajności. Oraz przede wszystkim poprawiania jakości życia pracowników, czyli zwiększania poczucia zadowolenia. Schudnij, odżywiaj się zdrowo, czuj się lepiej, nie choruj, bądź szczęśliwy.

Przede wszystkim załóż urządzenie i udostępnij dane, my zajmiemy się resztą.

Problem w tym, że to tak nie działa. Urządzenia są wciąż mało precyzyjne, zbierają zbyt mało danych, by móc ocenić całościowy stan zdrowia. Nawet gdy będą to potrafiły, nie pokonają największej przeszkody – motywacji.

Jeb Bush może łudzić się, że gdyby wszyscy zaczęli nosić Apple Watch’e stan zdrowia Amerykanów znacząco by się poprawił, jednak nie bierze pod uwagę ludzkiej części naszego jestestwa. A ta wygląda mniej więcej tak, że jeśli ktoś nie chce żyć zdrowo, to nic go do tego nie zmusi.

Widzimy to przy odchudzaniu – ilu ludzi próbuje się odchudzić, torturuje się w myślach, ale nie potrafi zebrać się na tyle, by faktycznie zacząć działać? Mnóstwo. Nie pomagają nowe diety, nie pomaga edukacja żywieniowa (mimo coraz większej świadomości coraz więcej ludzi ma nadwagę lub jest otyłych), nie pomaga chęć wyglądania jak ludzie z reklam. Dlaczego opaska na rękę lub zegarek ma być tym magicznym czymś, co pobudzi do działania? Dopóki nie będzie przyczepiony do ciała na stałe i nie będzie raził prądem za każdym razem, gdy zjemy pączka, zegarek nic nie zmieni.

Lubimy wspomagać się zewnętrznymi bodźcami. Robimy listy postanowień noworocznych, kupujemy gumy do żucia z nikotyną, przyrządy do ćwiczeń, wszystko w nadziei, że to będzie “to”, co zmotywuje do pozbycia się negatywów z życia.

Naukowcy nie wiedzą dokładnie co powoduje, że w tym a nie w innym momencie decydujemy się na zmiany i wprowadzamy je w życie. Wiadomo jednak, że nie są to gadżety, one mogą jedynie wspomagać sam proces.

Apple Watch i inne fitness trackery są dokładnie tak samo sensowne jak karnet na siłownię. Zmotywowanym się przydadzą, nawet pomogą, niezmotywowanych wpędzą w większe poczucie winy. Niby dlaczego fitness wereables są urządzeniami, które wielu użytkowników szybko porzuca?

Istnieją badania, które wskazują, że przesadne skupianie się na byciu szczęśliwym sprawia, że jesteśmy mniej szczęśliwi. Coś w tym jest. Producenci malują przed nami wizję szczęśliwości, coraz mocniejszą, coraz bardziej natarczywą i agresywną. A goście tacy jak Jeb Bush dają się na to nabrać i – co zaczyna być przerażające – myślą, że to rozwiązanie wszystkich problemów zdrowotnych.

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement