Piotr Lipiński: INFORMACYJNA SIECZKA, czyli ucieczka od rzeczywistości

Felieton/Sprzęt 12.04.2015
Piotr Lipiński: INFORMACYJNA SIECZKA, czyli ucieczka od rzeczywistości

Nasz świat wygląda czasami absurdalnie. Właśnie ten nasz, ten gadżeciarski. Świat pasjonatów nowoczesnych technologii.

Czasami mam wrażenie, że egzystuje on – a my wraz z nim – gdzieś na marginesie realnego życia. Ekscytujemy się elektronicznymi nowinkami jak lalka Barbie nowym naszyjnikiem.

Polacy giną w zamachu w Tunezji – a my czytamy o Apple Watchu. Rozbija się niemiecki samolot – a my czytamy o Apple Watchu.

Specjalnie używam tego przykładu, bo akurat to „jabłkowe” urządzenie niezbyt mnie interesuje. Odnosząc się więc do niego łatwiej wyczuwam absurd naszych zainteresowań.

Właśnie gdy dzieje się coś szczególnie poruszającego, czuję ten zadziwiający dysonans.

Bo wówczas chciałbym przeczytać w każdej wiadomości akurat o tym niecodziennym wydarzeniu. A ja oddaję się lekturze tekstu o kolejnym gadżecie. Mój mózg – niezbyt racjonalnie – domaga się newsów tylko o tych niezwykłych zajściach. Tymczasem mój czytnik rss-ów, który niczego nie hierarchizuje, bombarduje mnie jak zwykle sieczką informacji.

Wtedy nagle dostrzegam, jak wiele z nich jest pozbawionych głębszej treści. W szalonym pędzie przed moimi oczami pojawiają się te ważne wiadomości i te, którym szkoda poświęcać uwagę. A przecież codziennie przedzieram się przez całe góry tych mało istotnych. Papierowe gazety, wiadomości telewizyjne, portale internetowe, potrafią na swój sposób poukładać nasz współczesny świat. Eksponują ważniejsze, spychają na bok mniej istotne. Ale w czytniku rss-ów, którym posługuję się na co dzień, każda wiadomość „waży” tyle samo. Tworzy chaos pozbawiony przewodniej myśli. Nagle w tym galimatiasie dostrzegam, jak moje zainteresowania stały się ogrodem dziwactw wszelakich. Pomiędzy informacjami o nowych inteligentnych opaskach brakuje tylko newsów o krowie z dwiema głowami.

rss-klawiarura

W tej sieczce przeplatają się informacje o tragediach ludzi, o śmierci i o nowym chińskim smartfonie. Łapię się na tym, jak wiele wiadomości, które przeglądam na co dzień, pozbawionych jest jakiejkolwiek głębszej treści. Jak bardzo dałem się wciągnąć w wirtualny świat, który żyje własnymi, wydumanymi problemami.

Właśnie w takich dniach szczególnych, nadzwyczajnych wydarzeń ostrzej dostrzegam, jak niewiele wynika z tego, jak długi będzie czas czuwania Apple Watcha. Jak w gruncie rzeczy absurdalne jest w ogóle interesowanie się podobną bzdurą. To może powinienem też ekscytować się pojemnością akumulatora w moim samochodzie?

Kogo to może obchodzić? Niestety, odpowiedź jest przykra – mnie.

Jestem tylko konsumentem „elektrogadżetów”. Niczego nie projektuję, niczego nie tworzę. Twórcza rola jakoś by uzasadniała moje głębsze zainteresowanie. Ale przecież ja uczestniczę w technologicznej rewolucji tylko jako obserwator. Kiedy zachwycam się jakimś nowym urządzeniem, kiedy o nim piszę, niewiele z tego wynika.

W chwilach szczególnych wydarzeń zastanawiam się, czy choćby cień zainteresowania tymi wszystkimi „gadżetami” ma jakiś sens. Dręczy mnie też istotne pytanie: czy interesując się nimi przypadkiem nie pozwalam bezsensownie umykać życiu? Czy nie powinienem się zająć czymś konkretnym? Ugotować obiad albo zrobić pranie. Albo chociaż pobiegać po parku.

apple-watch

Świat ponoć dzieli się na tych, którzy go zmieniają i tych, którzy opisują. A co z tymi, którzy o nim tylko czytają? Czy to nie jest przypadkiem milcząca większość?

Ale przecież te elektroniczne fascynacje w jakimś stopniu popychają świat do przodu. To tak zwani „early adopters” od dłuższego czasu płacą za to, że stali się beta-testerami. Na rynku pojawia się mnóstwo niedopracowanych urządzeń i to właśnie pasjonaci nowinek skłonni są wściekać się na niedorobiony soft, by jako pierwsi mogli „pobawić” się nowym sprzętem. Zwracam uwagę na to słowo: „pobawić”. Bardzo często posługujemy się nim w odniesieniu do używania jakiegoś sprzętu.

Podświadomie pokazujemy tym nasz stosunek do tych wszystkich „gadżetów”. Bardziej na służą do zabawy niż do pracy. Powinny dostarczyć rozrywki a niekoniecznie ułatwić życie.

Czasami mam ochotę powyłączać je wszystkie. Ale które?

Jak wyłączę komputer, to nie będę mógł pracować. Przecież do Spider’sWeb nie wyślę Pocztą Polską rękopisu ani nawet maszynopisu swojego tekstu.

Może więc uda się ze smartfonem. Hmm, też będzie trudno. Nie mam stacjonarnego telefonu. A muszę przecież umawiać się na wywiady w bohaterami moich tekstów. Zresztą siedzę już okrakiem na „wywiadowczej” barykadzie, bo do mnie też dzwonią dziennikarze, żeby umówić się na wywiad o jakiejś książce. Czyli smartfona też nie mogę uznać za bezużyteczny „gadżet” – potrzebuję go chociażby jako zwykłego telefonu.

kindle-amazon-czytnik

To może porzucić Kindle? Ale czytam w nim właśnie potężny tom dobrej prozy. Kupiony w okazyjnej cenie. Dzięki Kindle mogę się codziennie przenosić na godzinę do średniowiecza. Żeby teraz porzucić Kindle, musiałbym ten tom kupić jeszcze raz „w papierze”. A na dokładkę podczas najbliższego wyjazdu zwiększyć ciężar plecaka o kilogram, bo mniej więcej tyle ważą książki, które podczas tego wypadu przeczytam na Kindle.

Tablet – o, tego gada mógłbym bez problemu wyłączyć. Na dokładkę bez szczególnego żalu.

Ale to by było pewnego rodzaju oszustwo. Bo ja w ogóle od dłuższego czasu rzadko korzystam z tabletu. Trudno byłoby mi więc się chwalić, że zrezygnowałem z tabletu jako z „gadżetu”, skoro i tak rzadko po niego sięgam.

Równie dobrze mógłbym się pochwalić, że porzuciłem mojego ostatniego palmtopa.

Może więc zrezygnowałbym z zegarka treningowego, skrzyżowanego ze smartwatchem? Dałoby się. Z żalem, bo lubię „kolekcjonować” treningi. Ale nie jestem zawodowym sportowcem, więc wszelkie prędkości i strefy tętna nie są mi niezbędne. W końcu i tak sam lepiej od zegarka wiem, czy jestem zmęczony.

Ale przecież wszystko to i tak zawracanie głowy. Bo nie chodzi o to, że korzystam z tych „elektrogadżetów”. Problem raczej polega na tym, że ekscytuję się nimi, jak Herodot odległymi krainami. A nie są czymś aż tak ważnym, jak te odległe krainy. To tylko rzeczy, które pojawiają się w moimi życiu na kilka miesięcy, a potem trafiają na cmentarz w szufladzie.

vr-gogle

Na dokładkę świat nowinek technologicznych pędzi szybciej od Pendolino i na kolejnych stacjach zostawia pasażerów zaskoczonych, że wysiadając z pociągu wypadli z teraźniejszości. Widzieliście zdjęcia ludzi z innej epoki, ubranych zgodnie z ówczesną modą? Wyglądają trochę komicznie w swoich cylindrach na głowie? Śmieszniej od nich będziemy jednak wyglądać my za kilkanaście lat, jeśli dziś zrobimy sobie fotki z naszymi supernowoczesnymi smartfonami.

Człowiek najwyraźniej jednak musi mieć jakieś hobby. Jeden zbiera znaczki, drugi motyle. A trzeci czyta o gadżetach. Każda z tych pasji obserwowana z boku wydaje się dziwna.

I słusznie. Bo jest dziwna. Staje się przerywnikiem w szarej codzienności.

Ale czasami chyba dobrze jest zatrzymać się w pół kroku i zapytać samego siebie: – Czy nie przekroczyłem granicy, za którą moja pasja stała się ucieczką od rzeczywistości?

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

*Część zdjęć pochodzi z Shutterstock.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement