Wydawcy przeciwni podtrzymywaniu życia gier z wyłączonymi serwerami – „to hacking!”

Artykuł/Gry 10.04.2015
Wydawcy przeciwni podtrzymywaniu życia gier z wyłączonymi serwerami – „to hacking!”

Jakiś czas temu ustaliliśmy, że pojęcie „abandonware” ma dla prawa mniej więcej taką samą doniosłość jak „demotywatory”. To definicja czysto popkulturalna, co oczywiście nie znaczy, że nie należałoby jej rozważyć także na gruncie ustawowym. Niniejszy wpis to jednak przede wszystkim nie problem abandonware, a o wiele nowszych gier, które utraciły zainteresowanie ze strony swoich twórców.

Mobilna rewolucja sprawiła, że stare gry wróciły do łask i ich dawnym twórcom zaczęły się przypominać kultowe produkcje, które tworzyli „dzieścia” lat temu, a teraz mogą poodcinać od nich kupony i ponownie wzbogacić zawartość portfela. Co jest też poniekąd jednym z argumentów, dla których ochrona praw twórców, nawet w sferze oprogramowania, powinna być tak długa.

Abandonware i dzieła osierocone

Jednakże nie zmienia to faktu, że na przestrzeni ostatnich 45 lat – bo mniej więcej tyle liczy sobie granie jako stały i w miarę poważny element przemysłu rozrywki – twórcy umierali, gubili się w akcji, studia rozpadały się w wyniku przejęć, fuzji, konfliktów i nawet sami projektanci nie wiedzą już, kto posiada dziś prawa do konkretnych tytułów. Czasem udaje się ich odnaleźć ekipom DotEMU czy GOG.com, które pełnią rolę pośrednika, renowatora, dystrybutora, a sporadycznie nawet zupełnie nowego wydawcy.

Odrestaurowane wersje staroci są jednak możliwe przy spełnieniu jednego warunku – gdy (nawet mimo komplikacji) uda się znaleźć dysponenta praw do tytułu. Co w pozostałych sytuacjach?

retro-granie

Europejczycy i Amerykanie od pewnego czasu starają się operować pojęciem „dzieł osieroconych”, które instytucjom kulturalnym (np. muzeom i bibliotekom) powierzają pieczę nad utworami, które zostały porzucone lub też na przykład nie można uzyskać danych na temat ich twórców (MKiDN stara się od pewnego czasu wprowadzić podobne zasady do polskiego prawa autorskiego, ale nie idzie im to zbyt dobrze). Jak wspominałem niegdyś na swoim blogu:

Najciekawiej rozwiązano ten problem w Kanadzie, gdzie w toku podobnej do europejskiej procedury każdy, nie tylko instytucja publiczna, może wykazać, że odnalezienie twórcy nie jest możliwe, a następnie decyzją specjalnego urzędu (Copyright Board of Canada) ma prawo uzyskać licencję na korzystanie z utworu.

„Serwery zostaną wyłączone 1. stycznia”

Historię o abandonware traktujmy jednak czysto dygresyjnie, gdyż sam temat nie jest nowy i póki co brakuje pomysłów na jego rozwiązanie. Electronic Frontier Foundation podjęła natomiast nieco bardziej nietypowe zagadnienie, a mianowicie historię gier video, w przypadku których nie ma raczej wątpliwości co do tego, kto jest ich twórcą. EFF postanowiło powalczyć o prawa graczy lubujących się w produkcjach sieciowych, które zostały porzucone przez ich twórców. Innymi słowy, chciano zmian w prawie na wypadek takich sytuacji, gdyby nagle na przykład Blizzard zechciał przestać wspierać serwery od Diablo 3 czy World of WarCraft.

Prócz klasycznego grania online problem dotyka też przecież kwestii jednorazowej lub każdorazowej aktywacji produktu za pośrednictwem sieci w przypadku niektórych zabezpieczeń DRM.

Electronic Frontier Foundation zwróciła się do Copyright Office z prośbą o objęcie swoim mecenatem miłośników gier, muzea czy środowiska naukowe, które chciałyby zachować stare produkcje w pamięci. Proszono między innymi o wyjątek w stosowaniu DMCA (lokalne prawo autorskie), które przyznawałoby uprawnienia modyfikującym „starocie”, by nadal działały i mogły pozostać w pamięci współczesnych.

gry

Przedstawiciele EFF przedstawili swoje racje w merytoryczny sposób, podkreślając m.in., że nabywca gry kupując produkt w sklepie, oczekuje wsparcia jego możliwości bez ram czasowych – zwłaszcza, że przeważnie informacje o możliwości wyłączenia serwerów czy wsparcia nie pojawiają się w ofertach reklamowych czy nawet treści umów licencyjnych.

Oczywiście do dyskusji w ekspresowym tempie włączyła się amerykańska organizacja Entertainment Software Association. To taki odpowiednik organizacji zbiorowego zarządzania (np. ZAiKS), reprezentujący interesy twórców oprogramowania. ESA zajęła jednak raczej radykalne stanowisko w tej dyskusji. Zdaniem jej przedstawicieli przywracanie do życia nawet porzuconych utworów w celu utrzymywania niezależnych serwerów to „hacking”, a „hacking zawsze jest powiązany z piractwem”. Zaznaczono też, że dopuszczenie takiej możliwości, nawet w celu aktywacji gry ukrytej za DRM, „może zrujnować przemysł gier” i „sprzeciwia się istocie prawa autorskiego”.

Pomimo stanowczego sprzeciwu lobbystów z ESA, EFF zapowiada kontynuację walki o zmiany w DMCA tak, by ludzie, którzy legalnie zakupili gry, mieli prawo do grania w nie nawet po porzuceniu przez producenta. Ponadto chodzi o sporą grupę badaczy, muzeów czy archiwów gier, które w wyniku zamykanych serwerów mają problemy z prawidłowym zabezpieczaniem i badaniem dziedzictwa cyfrowej kultury.

kralkaJakub Kralka – prawnik, specjalizuje się we własności intelektualnej i problemach prawa cywilnego, wspiera nowe media, artystów, startupy i e-commerce, autor bloga Techlaw.pl – Prawo Nowych Technologii. W kwietniu szczególnej uwadze polecam Cyfrowy spadek – o potrzebie regulacji „wirtualnej śmierci” oraz dział prawo autorskie.

Więcej wieści na temat logo techlaw Prawa Nowych Technologii w serwisie Facebook. O prawie i nowych technologiach mikrobloguję też w serwisie Twitter: @jakubkralka.

*Zdjęcia pochodzą z Shutterstock

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement