Piotr Lipiński: TABLET JAK ODKURZACZ, czyli stosunek czytelności

Artykuł/Sprzęt 16.03.2015
Piotr Lipiński: TABLET JAK ODKURZACZ, czyli stosunek czytelności

Kiedy tylko pojawiły się tablety, pomyślałem, że to genialne urządzenia. Wreszcie nie będę musiał sprzątać domu.

Produkt Apple uznałem za lepsze rozwiązanie, niż najmądrzejsze odkurzacze. Bo nie tyle sprzątał śmiecie, co nie pozwalał im powstać.

Tablet od razu wydał mi się idealnym urządzeniem do czytania elektronicznych kolorowych magazynów. Różnych „Newsweeków”, „National Geographiców” oraz rzecz jasna „Playboyów”. A to one w wersji papierowej zawsze powodowały niesamowity bałagan w moim mieszkaniu. Niestety mój kilkuletni eksperyment z wersjami cyfrowym zakończył się sromotną klęską.

Większość mojego zawodowego życia upłynęła w papierowym świecie. Prywatnego co gorsza również.

Papierowe czasopisma były dla mnie zawsze czymś tak oczywistym jak chleb powszedni. Ale świat się zmienia, a ja walcząc z nadwagą przestałem jeść pieczywo. Pewnego dnia przestałem też czytać papierowe gazety.

prasa-tablet

Gdy pracowałem w „Gazecie Wyborczej”, moje – oraz koleżanek i kolegów – biurka zaścielone były płachtami różnych gazet. Przechodząc przez dowolną redakcję na świecie można było dojść do wniosku, że to jest główna racja bytu dziennikarskich biurek. Każde przypominało jakiś górski pejzaż, w którym papierowe szczyty otaczały ten najważniejszy, czyli komputer.

Papierowe gazety wiążą się u mnie z traumatycznym przeżyciem. Jeden z moich znienawidzonych zawodowych obowiązków polegał na tym, że co parę miesięcy musiałem na kolegium redakcyjnym omówić, jak wyglądają aktualne wydania codziennej prasy. Porównać, jakie my mamy „ekskluziwy”, a jakie konkurencja. Rzecz jasna my zawsze mieliśmy lepsze – pewnie tak samo wyglądało to w każdej redakcji. Najgorsze było to, że aby przeczytać ten stos gazet, należało wstać tak wcześniej, jakby człowiek mieszkał na innej półkuli. Bladym świtem ruszałem samochodem i kupowałem gazety w pierwszym kiosku, gdy tylko trafiłem na warszawskie korki. Zanim dotarłem do redakcji miałem przeczytane przynajmniej pierwsze strony wszystkich ogólnopolskich dzienników.

Praca dziennikarza zawsze była o tyle specyficzna, że często przenosiła się do domu. Trafiała codziennie przynajmniej w postaci owych papierowych gazet. Bo człowiek nijak się z nimi nie mógł rozstać w redakcji – zawsze zabierał jeszcze rulon do domu, żeby resztę doczytać.

Podłogę w moim pokoju wciąż pokrywała sterta gazet. Nie wyobrażacie sobie nawet, ile można ich zgromadzić przez miesiąc! Ile można odłożyć do przeczytania z myślą o weekendzie! A ponieważ z reguły nie udaje się zrealizować czytelniczych planów, to gazety wciąż leżą i leżą, czekając na swoją kolej. Z dnia na dzień wypiętrzają się coraz wyższe stosy. Co jakiś czas człowiek zahacza o nie nogą i spływają na podłogę jak lawiny. A człowiek potykając się klnie po nosem jak szewc.

ipad apple tablet

W końcu nadchodzi ten moment, że z trudem dociera się papierowymi wąwozami do swojego komputera. Wówczas nadchodzi moment na podjęcie mężnej decyzji. Robimy porządki! Wyrzucamy gazety! Ale jak tu rozstać się z kolorowymi wydaniami „National Geographic”? Albo pisma „Foto”? Czy też „Magazynu Rowerowego”?

Wygrywa rozwiązanie tymczasowe – gazety wędrują do piwnicy. Co jednak ciekawe, część z nich po jakimś czasie wraca do domu. Bo na przykład akurat zaczyna mnie interesować pasjonujący temat opon rowerowych.

Czasami jednak zapada decyzja ostateczna. Ponieważ piwnica nie jest z gumy – podobnie jak gazeta, a tym argumentem posługują się redaktorzy skracający teksty dziennikarzom – zapada decyzja o rozstaniu. Kiedyś w przypływie desperacji z przeładowanej piwnicy wywiozłem na skup makulatury kilkaset kilogramów czasopism. Wynosiłem je z piwnicy do samochodu kilka godzin. Zarobiłem na tym interesie jakieś trzydzieści złotych (minus koszt paliwa za dojazd do skupu).

Kilka lat później moja piwnica znowu urosła do monstrualnych rozmiarów. Tym razem postanowiłem inaczej – wynająłem ekipę do wysprzątania. Bo doświadczenie nauczyło mnie, że papierowe gazety nie dają się łatwo wyrzucić. Chyba że z zawiązanymi oczami. Bo one wciąż czymś mamią. Co chwilę wzrok przykuwa jakaś okładka. Człowiek spogląda z pewnym zainteresowaniem – i już po nim. Zagląda do środka czasopisma, zaczyna przeglądać, a w końcu czytać. Z piwnicy wychodzi po kilku latach. Ze zdumieniem odkrywa, że tymczasem ludziom wyrosły trzecie ręce, służące do obsługi smartfonów.

iPadKiosk_big

Jakiś czas temu pojawiła się prasa elektroniczna, a co równie ważne, tablet, czyli genialne urządzenie do czytania kolorowych magazynów. Efekty tej rewolucji zauważyłem dość szybko. W ciągu ostatnich lat pozbyłem się problemu z rosnącą w domu gazetową makulaturą.

Niestety po kilku latach przyzwyczajania się do elektronicznych wydań, zaczynam wracać do papieru. Tym razem z powodów finansowych.

Jak to? Dlaczego? Przecież elektroniczne wydania są tańsze, niż papierowe. Ale jednak pozostaje stosunek „czytelności” do wydanej złotówki. A ten w przypadku wydań elektronicznych jest zwyczajnie kiepski.

Papierowe wydanie „międlę” na wiele sposobów. Przeglądam co najmniej kilka razy. Za każdym wybieram coś jeszcze do poczytania. Do niektórych materiałów wracam po dwa, trzy razy – szczególnie w przypadku prasy hobbystycznej. Z papierowego wydania czytam znacznie więcej, niż z elektronicznego.

Wiele razy zastanawiałem się, z czego to wynika – wciąż jednak nie wiem. Może po prostu papierowe czasopismo walające się na biurku czy podłodze po prostu ciągle krzyczy: – Weź mnie! Przecież jeszcze wszystkiego nie przeczytałeś. Albo chociaż pooglądaj, może trafisz na coś ciekawego?

iPad_mini_r13

Z wydaniem elektronicznym jest znacznie gorzej. Nawet jeśli wrócę do jakiegoś numeru, to go szybko przelatuję, rzadko przy czymś się zatrzymując.

Wygląda też na to, że informacyjnie Internet wygrywa, ale estetycznie to jednak papier rządzi. Rzecz jasna sieciowe wydania przynoszą „newsy” znacznie szybciej, niż papierowe. Ale w tygodnikach i miesięcznikach nie szukam bieżących wiadomości. Chcę w nich czytać materiały z większym oddechem, bardziej ponadczasowe. A w przypadku takich tekstów sprinterskie możliwości Internetu nie są do niczego potrzebne.

Mam nawet taką swoją teorię, że na rynku prasy papierowej zaczną się odradzać – czy też powstawać – magazyny z gatunku „premium”. Takie jak choćby mój ulubiony kwartalnik „Kontynenty”. Świetnie napisane, ale też pięknie wydane. Takie, w których widać szczególną dbałość o szatę graficzną. Takiej papierowej urody nie daje się przenieść do wydań elektronicznych, które czytamy na urządzeniach o różnych rozmiarach ekranów.

Czy ja jestem papierowy, taki się urodziłem i taki umrę? Czy po prostu prasa musi być papierowa?

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

*Część grafik pochodzi z Shutterstock.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement