Jest jeden taki dzień w roku, kiedy cały Singapur wrzuca na luz. To National Day

Artykuł/Singapur 21.03.2015
Jest jeden taki dzień w roku, kiedy cały Singapur wrzuca na luz. To National Day

Jest jeden taki dzień w roku, kiedy cały Singapur wrzuca na luz, wysiada ze swojego bolidu pędzącego ku przyszłości i zdejmuje korporacyjny krawat. To National Day, czyli ichniejszy odpowiednik naszego Dnia Niepodległości, kiedy cały naród jednoczy się we wspólnym świętowaniu swojego dorobku.

Tekst zacząłem pisać jeszcze w sierpniu, zaraz po obchodach święta niepodległości, a kończyłem teraz – w lutym, miesiąc po powrocie do Polski.

W Polsce jest to doskonała okazja do zrobienia stołecznej burdy przeciwko sąsiadom z zachodu i wschodu, ale i nawet przeciwko samym sobie. A załatwiając się do własnego gniazda nie szkodzimy nikomu innemu jak sobie samym. Ale to nie ma być tekst o Polsce… więc…

national (1)

Jak jest w Singapurze? Całe miasto już na wiele tygodni przed dniem zero – 9 sierpnia – przygotowywało się do uroczystości.

Drogą pantoflową przekazywano sobie informacje o tym jak niesamowity w tym roku ma być pokaz sztucznych ogni, ile singapurskich dolarów pójdzie tego wieczoru z dymem. Całe miasto, każdy państwowy urząd, a nawet latarnie – każda dostępna przestrzeń obwieszona była oficjalnymi plakatami promującymi uroczystość.

Sam plakat także samodzielnie zdawał się być głośnikiem wykrzykującym jaki Singapur chce być. Przede wszystkim zjednoczony. Co istotne, na plakatach trudno dopatrzeć się osób pochodzenia europejskiego, choć jest ich w Singapurze stosunkowo wielu, to rząd powoli zaostrza prawo imigracyjne.

national (9)

– Zarabia się u nas dość dobrze, ale koszty życia, a zwłaszcza wynajmu mieszkania są horrendalne. Państwo chce, aby firmy zatrudniały miejscowych, a nie ściągały Europejczyków – niech wzbogacają się nasi obywatele! – mówi projektant zapoznany podczas wystawy Lokal Heroes.

Obecnie ¾ Singapurczyków deklaruje pochodzenie chińskie, 14 % malajskie, a 8% hinduskie. Te liczby niczego jednak nie znaczą, jeśli nie będzie się wiedziało, że dwóch z pięciu mieszkańców Singapuru to przyjezdni. Rodowici mieszkańcy wyspy obawiają się tego przełomowego punktu, kiedy w swojej własnej ojczyźnie będą stanowili mniejszość.

Dlatego, coraz dotkliwsze stają się regulacje zatrudniania obcokrajowców – na jednego musi przypadać określona liczba Singapurczyków.

national (8)

– W Wietnamie, singapurski agent obiecał, że znajdzie mi pracę. Opłaciłem jego gażę – 500 dolarów i kurs angielskiego, taką przykrywkę – 3000 dolarów. Za miesiąc wracam do domu, bez pieniędzy i pracy – mówi mi zapoznany w hostelu, 27 – letni Wietnamczyk, z którym przeprowadziłem niezwykle interesującą rozmowę: Z Wietnamu do Singapuru za chlebem.

W sytuacji, kiedy narodowościowy tygiel staje się coraz mocniej wymieszany trzeba robić co tylko się da, aby pobudzać patriotyczne uczucia w narodzie. A to Singapurczycy mają opanowane do perfekcji. Miasto oblepione plakatami od stóp do głów to tylko początek. Dalej są jeszcze media, ale tu sprawa jest równie prosta. MediaCorp, największy gracz na rynku, jest własnością państwa. Artykuły w gazetach i czas antenowy jest więc wliczony w koszty.

Internet to już jednak nieco inna para butów. Tu nie można w prosty sposób sterować obywatelami, bombardując ich nagłówkami zapraszającymi do przyjścia na obchody. Dlatego miejscowi, „zwykli obywatele” zostali zaproszeni do nagrania piosenki wraz z teledyskiem, promujących święto. Viral gwarantowany*!

*Jeśli chcecie dowiedzieć się jakie w ciągu najbliższych lat będzie w Singapurze nastawienie w stosunku do przyjezdnych z Europy czy Ameryki, to policzcie proszę białych ludzi na powyższym wideo.

Dzień zero!

Kiedy wychodzę na ulicę to czuję, jakby pół miasta robiło właśnie to samo, a drugie pół już od godziny zaludniało muzea i wystawy, które z tym dniu dostępne były za darmo. Tłok jaki panuje na Marina Bay – turystycznym i rekreacyjnym centrum miasta, jest nie do opisania. Tu jacyś Hindusi urządzają sobie piknik, rozsiadając się wygodnie na białej ceracie i wyjmując zza pazuchy posiłki zawczasu przygotowane w domu. Tam na ławeczce siedzą Chińczycy, dzierżąc w chudych dłoniach torebki, wypełnione kartonowymi kubełkami z noodlami. Zaraz obok – z braku miejsca – na krawężniku rozsiadają się Arabowie. Kobieta zakryta, tak, że mimo 30-stopniowego upału widać jej jedynie twarz, zabiera się do skonsumowania Chock Chock Burgera. Widać nawet McDonalds postarał się o przygotowanie specjalnej oferty.

Z rozmyślań wyrywa mnie fałszywy dźwięk puzonu. Muzycy rozpoczynają przygotowania do swojego wieczornego koncertu. Instrument był jednak tylko preludium do niesamowitego huku, jaki chwilę później zbombardował moje uszy z siłą F16. Zaraz, to właśnie było F16! I to cały szwadron!

national (5)

Znak, że rozpoczęła się już parada. Niestety mogę ją tylko podziwiać na ogromnym telebimie, gdyż bilety na największą na świecie, pojedynczą trybunę, zostały już dawno rozlosowane wśród obywateli. Jeszcze kilka godzin temu, koło Esplanade – stacji metra najbliższej obchodom – kręcili się handlarze, którzy namawiali do zrobienie interesu życia i zobaczenia singapurskich sił zbrojnych w akcji za jedyne pół tysiąca dolarów.

Wiwatująca, równo ułożona trybuna przypomina mi nieco zdjęcia z obchodów urodzin Kim Ir Sena z Korei Południowej. Z tą jednak różnicą, że tam ze sceny nie dochodziło na pewno popowo-rockowo-musicalowe brzdąkanie.

Zbliża się godzina 20. Tłum wokół mnie niemal dostaje orgazmu. Zaraz zobaczy fajerwerki.

Też chcę poczuć to uniesienie, a więc planuję przecisnąć się nieco bliżej zatoki, do barierek. Wcześniej czeka mnie rozczarowanie, każda droga jest zamknięta, a policjanci są nieustępliwi i szlaban w ich dłoniach nie drga choćby o cal. Widzę jednak stajnię. Augiasza. Tzn. hawker center, mieszaninę przypraw, ryżu, makaronów, wieprzowiny, polaną sosem ze spoconych ludzi. Stołówka pęka w szwach, w końcu jak lepiej uczcić narodowe święto, jak nie tradycyjną potrawą.

Przeciskam się pomiędzy stosami talerzy, ogryzków, obierków i innych biesiadnych odpadków. Jestem na miejscu. W samą porę. Pierwszy wystrzał idzie w górę, a publika również szczytuje. Zyliony fabletów wędrują w górę. Przeczuwam, że YouTube już niedługo będzie miał nie lada kłopoty.

Drugi pocisk zawisa w powietrzu, a proch rozrywa go na wszystkie strony. Tym razem czas na selfie w narodowych barwach. Nie dość, że wystaję o dobrą głowę nad tłumem, to jeszcze jako jedyny nie mam na sobie krwiście czerwonej koszulki uprawniającej do niewyróżniania się w tłumie.

Trzeci, czwarty, piąty… Piętnasty… sto pię… I tak przez półgodziny świetlnych igrzysk zorganizowanych ku uciesze ludu. Mimo, że do z moich słów może przebijać nieco ironii, to tak naprawdę zazdroszczę Singapurczykom prostej rzeczy – potrafią świętować i cieszyć się wspólnym szczęściem, choć na pierwszy rzut oka dzieli ich tak wiele.

W tym dniu widać było, że Singapur, to zdecydowanie więcej niż tylko pięciomilionowa garstka ludzi zebrana w celu pomnażania majątku przez handel z całym światem. Są tak mali, a jednocześnie tak wewnętrznie silni i zjednoczeni.

A także zorganizowani. Już nanosekundę po ostatnim wystrzale stałem przy barierce w otoczeniu krzewów jakie zwykle przemierzają samotnie prerię, gonione wiatrem. Ani się zorientowałem jak towarzysze ekstazy runęli ku metru. Nie było żadnych przepychanek, guzów, starć, pobić i zatrzymać. Zatrzymał się tylko Singapur.

W tym momencie to był AŻ Singapur.

national (4)

 

Dołącz do dyskusji

Advertisement