Przez 6 miesięcy byłem w 12 azjatyckich krajach. Co czuję wracając do Polski

Artykuł/Singapur 27.03.2015
Przez 6 miesięcy byłem w 12 azjatyckich krajach. Co czuję wracając do Polski

Czuję się tu dziwnie nieswojo. Jest zimno jak u stóp Himalajów, ludzie mają taki sam, blady kolor skóry jak mój i podniecają się opalonymi łydkami; prędkością internetu można się zachłysnąć, na ulicy nie ma żadnych wózków z jedzeniem, ale zamiast tego jezdnia nie wygląda już jak zabawy gimnazjalistów za kierownicą. Nikt na mnie nie patrzy i nie wzbudzam powszechnego zainteresowania wśród tego ludu gigantów, gdzie w końcu ktoś może zasłonić mi widok. Wróciłem do Polski!

Ilu Azjatów potrzeba do wkręcenia żarówki?

Wsiadam do tramwaju przy Rondzie Daszyńskiego, a wraz ze mną jeszcze dwie inne osoby – starsza pani o kulasce i młoda dziewczynka z plecakiem MyLittlePony. Skąd wiedzą gdzie ten tramwaj jedzie? Gdzie się podział wykrzykujący nazwy ulic na prawo i lewo naganiacz biletów? Skoro jego nie ma, to jak zapłacić za bilet? Czyżby wszyscy jeździli na gapę?

Starsza Pani wyciąga kawałek papieru i wsadza go do kasownika – co za świetny wynalazek! Dziewczynka zapewne w kieszeni dzierży bilet miesięczny i nawet nie musi go wyjmować. Idealne rozwiązanie!

Ale zaraz!? Dlaczego już ruszamy?! Przecież zostało jeszcze jedno wolne miejsce siedzące, a podłoga cała próżna? Aha, rozkład jazdy. To tramwaj ruszy nawet nawet jak nie będzie pełen? Jak ludzie nie będą wystawiać głów przez okna, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, a kierowca nie ustawi radia tak głośno, że rozmowa bez użycia megafonów okaże się niemożliwa…

autobus przepełniony

Mówi się, że to azjatyckie miasta są prawdziwą dżunglą, gdzie uważać musimy na każdym kroku. To oczywiście prawda, ale miasta zachodnie też są dżunglą, ale innego sortu. Tu każdy kto nie posiada wiedzy o komunikacji miejskiej i zasadach ruchu drogowego należy do marginesu, któremu żyje się trudno. Wszyscy są zadziwiająco samodzielni i niekiedy tylko potrzebują smartfona, aby w aplikacji sprawdzić do jakiego autobusu się przesiąść, aby trafić w nowe miejsce.

Podczas gdy wymaganą załogą do „działania” autobusu w Polsce jest jego kierowca, tak w Indiach, na Sri Lance, Filipach czy w Indonezji lub Nepalu (czyli tam gdzie komunikacja publiczna istnieje) załoga potrafi liczyć nawet 4 osoby. Jedna prowadzi, druga balansuje w drzwiach, wykrzykując nazwy miejscowości na trasie i najczęściej w międzyczasie zbiera również opłaty za przejazd, trzecia wyskakuje z autobusu w czasie cofania i klepie w karoserię sygnalizując ile jeszcze miejsca zostało, a czwarta w przerwach pomiędzy spluwaniem betelem tankuje autobus na stacjach.

Dopiero porównując się z biedniejszymi krajami Azji widać jak wielkim dobrodziejstwem jest rozwój technologii, który umożliwił nam pozbycie się zbędnych w obsłudze osób i zastąpieniem ich robotami.

Czy mogę wbiec na jezdnię przed maską samochodu?

Pierwsze przejście dla pieszych z sygnalizacją świetlną. Czuję się jakoś nieswojo, kiedy kierowcy potulnie zatrzymują się przed zebrą i wtapiają we mnie oczy, czekając aż ruszę na zielonym świetle. Skąd mam mieć pewność, że żaden z nich nagle nie ruszy, grzebiąc mnie pod swoimi kołami? Może są psychopatami, zapraszającymi mnie do swojej gry w naciskanie pedału gazu? Zapomniałem już jak to jest iść przed siebie patrząc tylko na zielonego ludzika…

droga w azji

Przepisy drogowe? Pierwszeństwo przejazdu? Przejścia dla pieszych? Kto to wszystko wymyślił i po co?

Trzeba zapomnieć o wchodzeniu na ulicę w dowolnie wybranym miejscu i momencie, a także oduczyć się wymachiwania na samochody, aby z łaski swoich kierowców zatrzymały się na kilka metrów przed naszymi stopami. Na jezdni jest jakoś dziwnie bezpiecznie, można wtopić się w tłum przechodniów, w sam środeczek grupki i spokojnie przejść na drugą stronę nawet trzymając smartfona w rękach. W Azji byłoby to samobójstwem (szkoda, że chodników dla „smartfonowców” jeszcze nie ma).

Same ulice również wyglądają i brzmią bardzo dziwnie. Jakoś bardzo mało na nich skuterów i motorów, a jeżdżą same samochody. Jak kierowcy radzą sobie bez klaksonów? Skąd wiedzą, że na drodze nie są sami? Ot, zagadka! Przynajmniej jest cicho jak makiem zasiał – w porównaniu do Azji, gdzie klakson jest sygnałem uniwersalnym. Wyprzedzasz, wymijasz, ostrzegasz, cofasz, rozjeżdżasz, przejeżdżasz na czerwonym, korzystasz z przeciwnego pasa, poganiasz krowę – jest przecież klakson, a jak inni kierowcy (albo krowa) nie zorientują się w twoich planach, to ich problem. Jak coś to przecież zawsze – „wyklepie się”!

A chodniki? To po tym powinno się chodzić, prawda? Jak szeroko! I nie trzeba się przeciskać pomiędzy skuterami! Właściwie pod nogi też patrzeć nie trzeba – chodnik jest gładziutki i prościutki – żadnych wyłomów, rynsztoków i wysypisk. Aż chce się chodzić! Tylko trzeba uważać na biegaczy i rowerzystów.

chodnik w hyderabadzie

Jedzenie

Gdzie się podział mój ryż? Zaraz, a gdzie są wózki z jedzeniem? Przecież w Tajlandii wystarczyło wyściubić nos z łóżka i od razu dostawało się przepyszną, makaronową zupę z kurczakiem i warzywami za 4 zł. W Wietnamie za tyle samo dostać można było rozpływające się w ustach, gorące sajgonki zawijane z warzywami, mięsem i czym tam jeszcze, co było pod ręką. A na Sri Lance – za tyle pieniędzy to można było mieć prawdziwie królewski obiad i do ryżu z warzywami dorzucić nawet kawałek wypieczonej ryby. Tęskno.

W Polsce nie ma tak daleko rozwiniętej kultury stołowania się na ulicy. W niektórych azjatyckich mieszkaniach, które obecnie oddawane są do użytku nie dość, że nie ma kuchni, to projektanci rezygnują nawet ze zlewu – kto tam będzie zaprzątał sobie myśli samodzielnym gotowaniem. Nie opłaca się.

Musiałbym jednak sprzedać duszę Hrabiemu Manteufelowi, aby napisać złe słowo na polską kuchnię. Na pierwszy ogień idzie oczywiście schabowy z ziemniaczkami i kapustą – klasyk za którego smakiem tęskniłem zwłaszcza w wegetariańskich Indiach (jego smak próbował mi nieco zastępować „tajwański kotlet” w okropnej panierce za 7 zł):

Dalej jest jeszcze lepiej. Wystarczy, że wybiorę się na swoją rodzinną wioseczkę, do miejsca, gdzie w końcu to nie ja muszę gonić za jedzeniem, a jest mi ono podsuwane, abym zakosztował w tradycyjnej polskiej kuchni i przez miesiąc nie pragnął wracać do Azji.

Instagram

Temperatura

Pewnie myślicie, że napiszę tu coś w stylu „ale ta Polska zimna! Po kiego grzyba wracałem tu z tropików w środku zimy? Zabierzcie ten deszcz, śnieg, szaliki, mróz i pociągających nosami ludzi” Otóż nie! Jestem od tego daleki. Ale po kolei.

Wysiadam z samolotu na Okęciu i od razu w łazience krótkie spodenki zamieniam na długie dresy, wspomagane przez bieliznę termiczną, ubieram bluzę, kurtkę, rękawiczki i czapkę. Wychodzę przygotowany jak na śnieżną zmieć rodem z nepalskiego Poon Hill, a tam… przyjemna jasień. Jest trochę zimno, ale w żadnym stopniu nie odbiega to północnych Indii. Po kilku dniach w Warszawie powiedziałbym wręcz, że jest tu cieplej niż w Varanasi, mimo 27 st. szerokości geograficznej różnicy!

Ba! My mamy przecież ogrzewanie w praktycznie każdym pomieszczeniu – coś o czego w Indiach nie uświadczyłem. Dlatego m.in. spałem tam przeważnie w skarpetkach i kurtce. Wyobraźcie sobie co Wy byście zrobili w zimie bez ogrzewania… brrr

Dużej różnicy nie odczułem nawet w stosunku do katarskiego Doha. Pierwszy raz na ulicę wyszedłem tam w stroju niemal plażowym, ale musiałem szybko przeszukać garderobę w poszukiwaniu cieplejszych ciuchów. Zimo dotarła nawet tam ofiarowują ludziom choć kilka tygodni wytchnienia od upałów.

Dobrze, że przed powrotem doświadczyłem takiej terapii wstrząsowej. Z przyzwoitości i z szacunku dla waszych zazdrosnych spojrzeń na powyższe zdjęcie z Goa, wspominał nie będę o temperaturach, które nawet w zimie panują w Kambodży czy na Filipinach. Aby was nie smucić oczywiście. Na otarcie łez – piękna, polska zima:

Interent

Nieśmiało otwieram przeglądarkę. Google już czeka na moje poje polecenia. Wpisuję adres bloga. Kilka sekund i jest. Pierwszy wpis. Łał , mogę załadować nawet Disqsa i odpowiadać na komentarze – to jest coś!

Sprawdźmy YouTube’a. FullHD bez żadnej przycinki to miód dla moich oczu, przyzwyczajonych do oglądania pokazu slajdów. Wreszcie nie trzeba korzystać z tekstowego widoku Gmaila, aby załadować pocztę, ani wrzucać artykułów do Pocketa, aby po kwadransie móc przeczytać jeden z nich. Nie muszę włączać kilku stronek do jednoczesnego ładowania, przyprawiając chromebooka o zawał obu rdzeni na raz

Idę na warszawski dworzec – FreeWiFi. Przesiadam się w Białymstoku – FreeWiFi. Mało która knajpka lub hotel reklamuje się obecnością WiFi, bo rozumie się, że Internet jest w standardzie.

Inaczej jest jednak w segmencie mobilnym, który w Azji wciąga desktopy nosem. Internet na smartfonach jest w porównaniu do Polski o wiele tańszy w wielu krajach. W Tajlandii za 20 złotych kupiłem sima z nielimitowanym internetem na miesiąc, w Filipinach za to samo zapłaciłem dwa razy mniej. W Kambodży za 5,5 zł dostałem i sima i pakiet 1,5 GB danych na miesiąc, a zdjęcia na Instagrama wrzucałem nawet siedząc na konarach ogromnych drzew w świątyni Ta Prohm w kompleksie Angor, niedaleko Siem Reap.

Prawdzie trzeba jednak oddać, że nie wszędzie z łącznością było tak różowo. W Birmie poza stolicą byłem skazany na obserwowanie ślamazarnego paska ładowania się, a w Indiach wszystko zależało od stanu, gdzie się znajdowałem – w Goa czy Tamil Nadu (poza górami) wszystko grało jak należy, ale już na północy, nawet w Varanasi czy Gorakpurze facebooka tylko czytałem.

„Sory. Niechcąco”

Przestrzeń osobista to całkiem niezły wynalazek. Nagle nikt nie depcze mi się po butach, nie dosiada w autobusie nawet mimo braku miejsca i nie traktuje moich kolan jako półki. Na ulicy nikt nie przystawia pod nos noszonego na szyi rękodzieła, a straganiarze (gdzie oni są?) nie dostają palpitacji serca na widok zagranicznego turysty („na pewno ma wypchany kasą portfel, tylko sknera nie chce wydawać!”).

W Europie wykształciliśmy bardziej indywidualistyczną kulturę, gdzie ciekawość drugiego człowieka może niekiedy zostać wzięta za cechę negatywną. W Azji zaś ciekawi są wszyscy i wszystkiego, często bez poszanowania naszych, europejskich standardów własności.

 

Ponad głowami

Nie obijam głową futryn wchodząc do pokoju, ale za to nie zawsze mogę podziwiać wszystkie widoki ponad głowami tłumu. W autobusie wreszcie mogę usiąść w pozycji, która nie przyprawiłaby o drgawki ortopedy, ale przez to nie mam żadnej wymówki dla zajmowania dwóch miejsc.
O ile w Azji byłem wielkoludem to u siebie jestem już tylko nieco wyższy niż przeciętna. Tam górowałem nad tłumem i np. aby zobaczyć rytualne palenie zwłok w Varanasi nie musiałem się przebijać pod samo ogrodzenie. Podobnie było też na koncercie noworocznym w Pokharze, gdzie zdjęcia mogłem robić zupełnie z pominięciem groźby, że ktoś wsadzi mi ucho w kadr. Z drugiej strony cały czas czułem się na świeczniku, kiedy patrzyły się na mnie osoby i spod sceny i tyłu tłumu.

Higiena

Ludzie się mało uśmiechają

W niedzielę po raz pierwszy od długiego czasu wybrałem się do warszawskiego kościoła. Po komunii poczekałem aż pani, która siedziała ze mną w ławce wróci od ołtarza. Kiedy mnie mijała rzuciła grzeczny uśmiech podziękowania, co uderzyło mnie z siłą Rosetty. Pierwszy raz od kilku dni ktoś nieznajomy się do mnie uśmiechnął!
Zwykle wszyscy skrywają się wielkich puchowych kapturach, albo wściubiają nosy w smartfony i kompletnie nie zauważają tego, co dzieje się wokół nich

W niedzielę po raz pierwszy od długiego czasu wybrałem się do warszawskiego kościoła. Po komunii poczekałem aż pani, która siedziała ze mną w ławce wróci od ołtarza, aby ją przepuścić. Kiedy mnie mijała znad grubych okularów rzuciła grzeczny uśmiech podziękowania, co uderzyło mnie z siłą pędzącego przez himalaje nepalskiego busa. Pierwszy raz od kilku dni ktoś nieznajomy się do mnie uśmiechnął!

Wychodzę na ulicę, a tu wszyscy skrywają się w wielkich puchowych kapturach, albo wściubiają nosy w smartfony i kompletnie nie zauważają tego, co dzieje się wokół nich. Wszyscy są tacy, jacyś nieobecni, przeniesieni swoimi myślami daleko stąd, do krainy, gdzie nie trzeba wstawać na 7 albo 8 i harować w pracy. Przepełnieni myślami o urlopie,o cieplutkiej wodzie obmywające stopy i złocistym parzącym pisaku, gdzies w tropkiach.

Wielu chce uciec za granicę, uważając, że u nas biznesu robić się nie da, a płace są groszowe, pozwalające z trudem na przerzucie “do pierwszego”. Urzędnicy kradną, górnicy copływają w niezasłużone przywileje, lekarze biorą łapówki, a co politycy robią to już lepiej nie pisać, ale Sodoma i Gomora w tym “dzikim kraju”, jak niegdyś zwykł o swojej ojczyźnie wypowiadać się człowiek, który powinien być jej mężem stanu.

Zapominamy o tym gdzie, jako naród jesteśmy, jak bogatą i niestety pełną smutnych wydarzeń mamy historię. Jak potrafiliśmy się jednoczyć i wspólnie stawiać czoła przeciwnościom,  jak razem cieszylismy się z sukcesów naszych sportowców i jaki głód na zwycięstwa mamy jeszcze w dusach. Jak biegniemy od ćwierćwiecza w pościgu za Europą zachodnią, wierząc, że właśnie tam jest nasze miejsce.

Ślachetne zdrowie, Nikt się nie dowie, Jako smakujesz, Aż się zepsujesz.

Pisał przed wiekami Jan Kochanowski, a prawda zawarta w jego słowach jest niesłabnąca i ponad czasowa. Nie zdajemy sobie sprawy z tego jak wygodne, bezpieczne i dostatnie życie prowadzimy. Daleki jestem od twierdzenie, że w Azji panuje bieda. Ludzie żyją tam po prostu inaczej, mając inne potrzeby i inne motywacje, ale są szczęśliwi i uśmiechają się prawie na każdym kroku.

Tymczasem szczęścia i prostoty ducha zdaje się nam brakować. Nie poprzestajemy na małych sukcesach i rodzinie, a myśli zaprzątają nam nieustannie pogoń za wyimaginowanym celem gdzieś na horyzoncie i chore ambicje.

Nie uważam, że wszyscy tacy są, ale z każdym dniem powszechność takich zachowań uderza mnie coraz mocniej.

Wojciech Cejrowski w swojej serii podróżniczej po Ameryce Południowej powiedział kiedyś, że w Brazylii ceni “jasność sytuacji”. Wie, kto w slumsach jest świnią, kto żezimieszkiem, kto kto może zabrać portfel, a kto razem z porfelem i życie. Kogo można poprosić o pomoc, koga zapytać o kierunek, a kogo wziąć na przewodnika do Amazonii. Wg Cejrowskiego w Europie prawdziwe oblicza ludzi są zamazne i fałszywe – świnią jest twój szef, a psychopaci rządzą krajem.

Kontrowersyjne, ekstremistyczne – takie nasówają mi się na myśl przymiotniki, ale jednocześnie jakby… prawdziwe. Tej prawdy i oczywistości na codzień mi brakuje, to ona sprawia, że podróże po Azji nie są tak trudne na jakie wyglądają. To, ona wreszcie mówi mi, że do Azji jeszcze powrócę.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement