Nocny trekking, czyli góry po zmroku. Himalaje – piechotą przez Nepal

20 interakcji Karol Kopańko / 31.01.2015

Przez ostatnie dwa dni wspinałem się po bezlitosnych schodkach. Dziś przychodzi czas na zejście, które równie mocno daje popalić nogom. Finał jest jednak mroczny – dzieje się przy świetle księżyca i przy akompaniamencie kamieni toczonych przez rzekę.

Poprzednie wpisy z cyklu Himalaje – piechotą przez Nepal:

1. Jak żyje się wśród gór?

2. Wspinaczka przez raj

3. Królowa gór wśród chmur

Cel na dziś? Przejście jak najdalej się da!

nepal-zejscie (11)

Dzięki temu, że małą rundkę na terenie Annapurny robię w zgodnie z ruchem wskazówek zegara, to dziś idę zupełnie samotnie. Od czasu do czasu mijam grupki zmierzające w stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara, które w ciągu kilku najbliższych godzin będą moim głównym przeciwnikiem na trasie. Nie ludzie, a właśnie te wskazówki, nierozerwalnie powiązane ze słoneczną tarczą, obniżającą się nad horyzontem i wydłużającym się cieniem górskich drzew. A do drzew Nepalczycy są zresztą bardzo przywiązani, wręcz dosłownie. W czerwcu 2014 roku postanowili pobić rekord Guinnessa w liczbie osób jednocześnie obejmujących ich pnie. W lesie na obrzeżach stolicy zgromadziło się wtedy 2 tys. osób, dwa razy więcej niż 11 miesięcy wcześniej podczas podobnej próby w amerykańskim Portland.

AP Photo/Niranjan Shrestha
AP Photo/Niranjan Shrestha

Drzewa w Katmandu znajdującym się na wysokości 1300 m n.p.m., a drzewa w okolicy Annapurny półtora km wyżej to jednak dwa rożne światy. U podnóża gór często można jeszcze spotkać lasy iglaste takie jak na zdjęciu powyżej, lub wręcz sawanny. Im wyżej, tym więcej opadów – tam gdzie tworzą się bagna pojawia się tzw. teraj, wzbogacony o higrofilne drzewa liściaste. Gdzie wody jest mniej pojawiają się bambusy, palmy i ogromne paprocie, które wyżej oddają miejsce pełnoprawnemu lasowi liściastemu. Mech, epifity i wszędobylski zapach rozkładu – oto z czym mi się on kojarzy, a przede wszystkim ze spokojem.

Z Ghorepani wyruszam ok. 15.30, zaraz po odzyskaniu telefonu (jak go straciłem? Odpowiedź tutaj). Trasa nie wygląda zachęcająco. Padało przez cały poranek i popołudnie, więc buty ślizgają mi się na rozmieszanym przez wcześniejszych podróżnych błocie. Obuwia zresztą nie mam najlepszego. Kupowałem je na szybko w pewnej taniej sieciówce, bo zgodnie z planem miały posłużyć jedynie na kilka singapurskich tygodni. Tymczasem były ze mną podczas wszystkich podróży, wytrzymując nieliche przeciążenia, traktowanie wodą filipińskich wodospadach, piaskiem w indyjskim Hampi, błotem w wietnamskiej Sapie, asfaltem na filipińskich drogach, kołami skuterów w Phnom Penh i odchodami krów na lankijskich ulicach. Mimo, że w końcu zdawały się odmawiać posłuszeństwa, to wystarczyło zgłosić się do tajskiego szewca, który za 8 zł tchnął w nie nowe życie. Sumarycznie ich koszt wyniósł mnie więc 58 zł.

Prowizorka trzyma się najdłużej…

Dochodzę do punktu widokowego, skąd Annapurnie rzucam pożegnalne spojrzenie. Z jednej strony widzę, ośnieżone, niedostępne masy skalne, które pod samo niebo bez pardonu wyniósł dawno temu subkontynent indyjski, a z drugiej podziwiam stromą dolinę, usianą malutkimi plameczkami ludzkich osiedli. Znacznie lepiej widoczne są tarasy rolne, na których nieco inaczej niż w Azji Południowo-Wschodniej nie uprawia się prawie wyłącznie ryżu. W Nepalu znaleźć można np. stosunkowo dużo ziemniaków, które je się w dwóch wariantach. Raz jako warzywo, przygotowane na ostro wraz z kalafiorem i podane jako carry do ryżu, a raz jako danie główne w postaci opiekanych krążków, bądź całych bulw. Już zawsze przesolone frytki w MacDonaldzie wydawały mi się będą tylko popłuczynami po świetnie przyrządzonej podziemnej pomarańczy (tak na ziemniaki mówi się z kolei w Wielkopolsce).

Nie ma jednak czasu na długie podziwianie krajobrazów, gdyż niebo swoim kolorem przypomina dwie rzeczy. Moim oczom barwę zbliżoną do złotej toni świetnego nepalskiego piwa z bujną pianą – Everestu, a mojej głowie uciekające minuty.

Od teraz droga prowadziła już będzie prawie wyłącznie w dół. Ulga? Relaks? Drinki z palemką i leżaki nad brzegiem basenu? Odpoczynek? Nic podobnego, dopiero pokryte błotem, śliskie schodki dają popalić mięśniom nóg. Lepiej już schodzi się tam, gdzie schodków nie ma, bo na zboczach pokrytych śniegiem można swobodnie ślizgać się na podeszwach butów, co niestety dźwigając na plecach 10-kilogramowy ładunek nie jest rzeczą specjalnie prostą.

Moje obciążenie mogłoby wywołać jedynie uśmiech politowania na twarzy przeciętnego nepalskiego tragarza, który na swojej głowie i plecach dźwigają codziennie po 50 kg. Pada deszcz lub śnieg – rozpościera ogromną plandekę na niesiony towar i samego. Idzie. Pali słońce – zakłada czapkę z daszkiem i trapery zamienia na klapki. Wieje wiatr – opatula głowę szalikiem i zakłada kurtkę podbitą jakiem. Idzie.

Jego ekwipunek składa się z drewnianego, plecionego kosza i uwiązanego doń materiału, który zakłada się na czoło. Ja nie mógłbym na głowie nawet poderwać z ziemi takiego obciążenia, ale dzięki rozsądnemu rozłożeniu ciężaru Nepalczycy oszczędzają ramiona.

“Na miękkich ramionach nie dałbym radę nieść kuchenki przez cały dzień. Trzeba byłoby je cały czas napinać i następnego dnia byłoby się kompletnie nie do roboty. Tu jedynie musisz przez cały czas wyginać szyję do przodu” – mówi mi jeden z mijanych tragarzy.

Nie przewidziało się Wam – kuchenki! A co jeszcze można do takich koszy włożyć? Skoro kuchenki, to i butle gazowe, które tylko do pewnych wysokości transportuje się na osłach. Kompletny strój i ekwipunek dla amatora gór, który jak żartują Nepalczycy: “Pojawił się w Katmandu w klapkach, kupił wszystko w markowym sklepie The North Face i chce zdobywać Mount Everest”. Dalej produkty spożywcze takie jak tuńczyk w puszce, chleb tostowy, czy ciastka. Wody natomiast się nie transportuje. W praktycznie każdej większej wiosce spotkać można “Safe Drinking Water Station”, gdzie za odpowiednią opłatą kupić możemy nawet kilka litrów wody. Podróżować trzeba jednak ze swoim własnym pojemnikiem lub butelką, które w Nepalu wykonane są z wyjątkowo lichego, cienkiego, plastiku, który lubi pękać w kieszeniach plecaków.

Zegarek wskazuje godzinę 17, a mijany drogowskaz początek Duerali, gdzie oprócz tragarzy niosących ekwipunek dla wyprawy na Annapurnę spotkałem również kilka teahouse’ów.

Nepalczycy mieszkający w górach stali się bardzo przedsiębiorczym narodem – wiedząc że następna wioska jest zlokalizowana o dobrą godzinę drogi właściciele zaczęli zaczepiać mnie na schodach proponując korzystne w ich mniemaniu stawki i strasząc grasującymi rzekomo w tych terenach dzikimi irbisami.

“Ja bym nie szedł na Twoim miejscu. Następna osada jesta prawie 2 godziny drogi stąd. Będziesz szedł po zmroku, pośliźniesz się i spadniesz w przepaść. a nawet jak będziesz uważał to z lasu może nagle wyjść niedźwiedź, czy irbis i co wtedy zrobisz?”

 

Ja jednak miałem jasny plan – póki Słońce na niebie idę dalej. A, że GPS pokazywał kolejną wioskę Banthani wyjątkowo blisko – jakby o godzinę drogi, to nie zważając na ostrzeżenia (szczere czy obliczone na zysk) ruszyłem dalej. Może byłem lekkomyślnym żółtodziobem i powinienem zostać?

Szybko przekonałem się, że Banthani blisko może być tylko na GPSie, bo w rzeczywistości czekało mnie bardzo strome zejście o nachyleniu 45 stopni w niektórych miejscach. Otoczenie stało się jednak wyjątkowo zajmujące. Z lewej strony przez praktycznie cały czas towarzyszyła mi malowniczo przełamująca spadek terenu rzeka, której woda opadała niekiedy z hukiem w niesamowicie wyglądających wodospadach. To naprawdę zadziwiające, że w miejscach takich jak tajlandzkie Pai, czy filipińska Sagada ludzie wypożyczają skutery, a następnie pokonują na nich dość duże odległości, aby tylko zobaczyć jak woda zakręca wokół kilku kamieni.

To jest właśnie w Nepalu tak piękne – możliwość obcowania z nieziemsko pięknymi krajobrazami na wyciagnięcie ręki. Dosłownie! Można ją przecież zanurzyć w strumieniu i na własnej skórze poznać jak silnym nurtem dysponuje.

Nie wszystko jest tu jednak idealne. Nepalska przyroda cierpi z powodu nasilenia nieodpowiedzialnej turystyki i szybkiej komercjalizacji. Mimo, że worki na śmieci zlokalizowane są co ok. kilometr to na szlaku co chwila natknąć się można na papierki po cukierkach i batonach, a nawet metalowe puszki po napojach. Im wyżej tym zanieczyszczeń mniej. Nie tylko dlatego, że i ludzi nie ma tak dużo, ale i dlatego, że cena każdego przetworzonego towaru wzrasta wraz z wysokością. Zerknijcie zresztą sami na poniższy filmik:

Choć w czasie jego kręcenia, Słońce jeszcze mnie oślepiało, to zachody w górach są niesamowicie zdradliwe. W jednej chwili jest jeszcze widno, a w drugiej zdawać się można jedynie na światło Księżyca.

Tego wieczoru miałem niesamowite szczęście. Wszystkie chmury zdawały się odpoczywać po porannej mobilizacji tak, że na niebie niesamowicie drapieżnie wisiała jedynie pełna tarcza księżyca. Bielutka, odbijająca światło słońca i… przywodząca na myśl grasujące w takich właśnie warunkach wilkołaki. Szedłem przez ciemną dolinę, zlękniony otaczającym mrokiem i samotny. Za latarkę służył komórkowy ekran ustawiony na maksymalną jasność, gdyż na użycie diody aparatu nie starczyłoby mi już baterii. Przecież nie ma nic gorszego jak utknięcie w środku nocy pośród nieznanego górskiego terenu w wyrastającej po samo niebo dżungli i to bez żadnej możliwości komunikacji, nawet wysłania sygnału SOS.

Wyobraźnia zaczęła podpowiadać różne… rzeczy. Wilkołaki poszły jedynie na przystawkę. Każdy konar jawił mi się poczwarą godną wiedźmińskiego bestiariusza, której uzbrojony w bambusowy kijek, a nie srebrny miecz mógłby jedynie pomachać odliczając ostatnie sekundy. Ciemniejsze kształty przysłaniające zabarwione na bordowo niebo przypominały potwory widywane jedynie na kinowych ekranach w serii Silent Hill, czy opisywane na kartach powieści Lovecrafta. Za plecami Piramidogłowy spuszcza ze smyczy Groaenera i ciągnie za sobą ostrze przecinające jak masło nawet najtwardsze kamienie… choć może to wszystko halucynacji wywołane przez Cthulhu prosto z dna Pacyfiku.

 

Sytuacji nie polepszał szum wodospadu, który maskować mógł zbliżające się na ugiętych nogach kotowate drapieżniki, które na miękkich jak poduszeczki łapach delikatnie muskały ostre krawędzie głazów, aby wybić się z nich w pełnej krasy skoku wycelowanym w moje gardło.

Przesadzam? Być może tak, ale co jeśli ostrzeżenia kilkaset metrów w górę były szczerze i czyste jak źródlana na woda, a zdolność analizy sytuacji zawdzięczałem jeszcze niezwykłemu szczęściu, które kierowało ścieżki zwierząt z dala od mojego szlaku? W tym momencie o tym nie wiedziałem i nie dowiedziałem się nigdy.

Na tym zdjęciu jest jeszcze jasno. Po prostu później szedłem tak szybko, że nie miałem już czasu na robienie zdjęć.
Na tym zdjęciu jest jeszcze jasno. Po prostu później szedłem tak szybko, że nie miałem już czasu na robienie zdjęć.

Przy białym świetle księżyca kamienie srebrzyły się w moich oczach informując o zdradzieckiej, śliskiej powierzchni. Kilkukrotnie mijałem ich rumowiska, które niegdyś stanowiły podparcie dla nóg wędrowców, a dziś pod wpływem destrukcyjnej siły grawitacji szkliły się tylko w dole ostrząc zęby i obserwując, czy kolejny krok nie będzie tym zdradzieckim.

Wtedy przyszła ulga. Zerknąłem na GPS, wedle którego do Banthani został mi tylko kilometr drogi! Tyle co nic. Droga powoli zaczęła się wypłaszczać, a ja żwawo przeskakiwałem z kamienia na kamień wykonując skoki jak bohater taniego musicalu rodem z końcówki ubiegłego wieku.

DSC08352_Fotor
Zdjęcie „na szybko”

W dole zaczęły już prześwitywać pierwsze promienie z ognisk rozpalonych w piecach domostw Banthani. Nad nimi leniwie unosił się dym wydobywający się z kominów, a ja witałem się już z gąską.

Wtedy dosłownie stanęło moje serce. Na godzinie dziewiątej coś uderzyło o kamienie, plusnęło w wodę i… już miało rzucać się rozszarpując mnie na strzępy, gdy darowywało klepsydrze mojego życia kolejne ziarenka piasku. Mimo, że wcześniej wyobrażałem sobie jak za pomocą bambusowego kijka odpierał będę ataki tygrysa szablozębnego, albo oddawszy niedźwiedziowi plecak na okup na całą skórę będę zwiewał gdzie pieprz rośnie… to kiedy przyszedł prawdziwy moment próby zastygłem jak słup soli. Nie mogłem nawet obrócić się w kierunku dochodzącego dźwięku.

Gdybym się na to zdobył zauważyłbym, że siła wodospadu poniosła właśnie kilka głazów wraz ze swoim nurtem. Nic mi nie groziło, a wioska czekała już za kolejnym rogiem. Strach ma wielkie oczy, a szkła powiększające zakłada mu jeszcze nasza wyobraźnia…

Tym razem po wieczornej wymianie wrażeń z parą z azjatyckiej, syberyjskiej części Rosji, spałem wyjątkowo twardo. W końcu od aury i dzikich zwierzą odgradzało mnie drewniana ściana. Został mi tylko Cthulhu…

Tagi: ,

Dołącz do dyskusji

Advertisement