Ogrodnik January: Gdyby Apple powstało w Polsce. Historia bogato ilustrowana. Część pierwsza

Artykuł/Technologie 09.01.2015
Ogrodnik January: Gdyby Apple powstało w Polsce. Historia bogato ilustrowana. Część pierwsza

Gdy w początku lat 70. ubiegłego wieku młody Stefan Pracuś po porzuceniu studiów próbuje swego pierwszego biznesu, utrzymując się ze sprzedaży butelek po coca-coli, nikt nie przeczuwa, że zostanie wizjonerem, który założy jedną z największych firm Dolinki Krzemowej. Jest dzieckiem szczęścia. Gdyby urodził się w innym miejscu świata, zapewne nigdy nie osiągnąłby takiego sukcesu…

Początki

Stefan Pracuś wiecznie czegoś poszukiwał. Przełomową chwilą w jego życiu staje się mistyczna wyprawa po duchowe oświecenie, na którą wybrał się wraz z kolegą ze studiów, Danielem Kotkiem. Korzystając z Książeczek Autostopowicza PTTK, wędrowcy docierają aż do Bułgarii, gdzie Stefan, po sprzedaniu całego przywiezionego z Polski zapasu Biseptolu, ukrytego przed czechosłowackimi celnikami w podwójnych skarpetach, doznaje oświecenia na molo w Burgas. Goli głowę i zostaje buddystą, wegetarianinem oraz abstynentem, skazując się na trudny los w ówczesnych realiach społecznych i gospodarczych.

Po powrocie z Bułgarii i odsprzedaży przywiezionych stamtąd tureckich kożuszków w lokalnych komisach, w 1976 roku Pracuś ma dość środków na własną prywatną inicjatywę. Wraz z młodym, obiecującym inżynierem Stefanem Woźniakiem z zakładów Mera-Elwro oraz znajomym cinkciarzem Reginaldem G. Wajną, zakładają Spółdzielnię Pracy „Jabłko”. Dlaczego akurat jabłko, a nie morela czy aronia? Nie wiadomo. Geneza nazwy i wizerunek używanego jabłka w logo spółdzielni nie są do końca jasne – wiążą się prawdopodobnie z faktem, że w tym okresie Pracuś żywił się wyłącznie owocami i po cotygodniowym zakupie skrzynki jabłek miał zwyczaj nadgryzać jedno z nich w poszukiwaniu ewentualnych robaków (ten sposób pojawi się później w firmie jako innowacyjny system Posprzedażowej Kontroli Jakości).

jablka

Wspólnicy zamierzają robić komputery, choć jeszcze nie bardzo wiedzą jak się do tego zabrać. Pamiętając o istotnej roli krzemu w produkcji półprzewodników (na całe przewodniki w tych czasach nasza gospodarka nie mogła sobie pozwolić), na lokalizację firmy wybierają tzw. Dolinkę Krzemową, leżącą nieopodal na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Wybór miejsca był całkowicie naturalny – wieloletnie, sięgające neolitu tradycje w wydobyciu krzemienia, dogodny dojazd PKS-em, suchy klimat, sklep GS-u w pobliskiej wsi. Czego chcieć więcej?

garaze

Jak wiele firm powstających w tym pionierskim czasie, Spółdzielnia Jabłko mieści się w garażu. Na zdjęciu powyżej widzimy nieruchomość z blachy falistej należącą do rodziców Stefana (trzecia od lewej), oraz inne garaże w sąsiedztwie, które stały się siedzibami kolejnych debiutujących na młodym rynku firm komputerowych – wkrótce wprowadzą się tam JTT, Adax, NTT System i Optimus Romka Kluski (w głębi, po prawej), który później stał się jednym z największych konkurentów Spółdzielni Pracy Jabłko.

steve-optimus

Warunki są trudne. Wajna, zniechęcony wiecznie zatłoczonym PKS-em, kiepskim oświetleniem jarzeniowym i brakiem bieżącej wody w garażu, wkrótce odchodzi ze spółdzielni. Stefanowi Pracusiowi brak wody wcale nie przeszkadza. Jak sam twierdzi, jedząc wyłącznie owoce, nie musi się myć zbyt często, a i tak pachnie jak francuska modelka. Inżynierowi Woźniakowi to nie przeszkadza, więc razem rzucają się w wir pracy i niebawem powstaje ich pierwsza eksperymentalna konstrukcja – Jabłko I. Właściwie to Woźniak buduje komputer, a Pracuś jedynie pozuje do zdjęć z profesjonalną miną i lutownicą w ręku, pachnąc przy tym jak francuska modelka. Woźniakowi to nie przeszkadza…

wozniak-and-jobs

Niestety, masowa produkcja komputera okazuje się niemożliwa. W Polsce od ponad 20 lat trwa przejściowy okres reglamentacji plastiku i metali szlachetnych. Są ogromne trudności z zaopatrzeniem w procesory, pamięci i inne podzespoły (komitety kolejkowe pod hurtowniami „Bomisu” liczą po kilka tysięcy oczekujących). Zdobycie napędu dyskietek graniczy z cudem. Po odejściu Reginalda Wajny spółdzielnia nie ma już dostępu do dewiz na zakupy w „Pewexie” i „Baltonie”. Sytuacja wydaje się bez wyjścia, ale Pracuś w przebłysku geniuszu wdraża w życie ideę „myśl inaczej”, która później będzie przyświecać w wielu działaniach spółdzielni. Pierwszy komputer Woźniaka ukazuje się w alternatywnej wersji papierowej, do samodzielnego sklejenia. Nosi nazwę Jabłko I „Papierówka”.

papierowka

Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Wykroje modelu ukazują się w „Modelarzu” i „Małym Modelarzu”, a kompletny schemat elektryczny komputera publikowany jest na rozkładówce w „Elektroniku” i „Młodym Techniku” – po wycięciu można go nakleić na ebonit i umieścić wewnątrz sklejonego modelu. W obiegu pojawiają się nawet amatorskie, rysowane na kartkach w kratkę schematy urządzeń peryferyjnych, poszerzających funkcjonalność maszyny. „Papierówka” robi prawdziwą furorę. Jak Polska długa i szeroka, każdy chce ją mieć. Wszyscy entuzjaści informatyki i modelarstwa marzą o tym, aby skleić jej model i postawić sobie na biurku albo na meblościance ze Swarzędza.

papierowki

Młodzież masowo wykupuje w kioskach Ruchu całe nakłady czasopism modelarskich wraz z dodrukowywanymi na bieżąco wznowieniami. W kraju zaczyna brakować kartonu i butaprenu, co niekorzystnie odbija się wynikach planu 6-letniego w zakresie produkcji obuwia. Mimo tych przejściowych trudności „Papierówka” staje się pierwszą rodzimą konstrukcją, która masowo skomputeryzowała Polskę, za co obaj Stefanowie zostają odznaczeni medalem 30-lecia PRL przez I Sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka i dostają Nagrodę Państwową od Ministra Przemysłu Ciężkiego.

steve-gierek

Pracuś, który odbiera nagrodę w swym pierwszym biznesowym garniturze, ukrywa ten fakt przed inżynierem Woźniakiem, zagarniając dla siebie większość pieniędzy. Inżynierowi Woźniakowi to nie przeszkadza…

Ekspansja

Dzięki wpływom ze sprzedaży „Papierówki” spółdzielnia wreszcie ma środki na zaopatrzenie w deficytowe podzespoły. Powstają kolejne konstrukcje Jabłek – tym razem już oparte o prawdziwą elektronikę. Nadchodzą lata 80. Spółdzielnia Jabłko rozrasta się w szybkim tempie i zatrudnia kierowników produkcji, mistrzów zmianowych i nowych wiceprezesów. Jednego z nich – Jana Wioślarczyka, ówczesnego dyrektora Pijalni Wód Mineralnych w Krynicy i wielkiego propagatora wody Zuber – Stefan Pracuś przekonuje do przejścia do Jabłka słynnym zdaniem pytającym „chcesz zmieniać świat czy do końca życia sprzedawać wodę śmierdzącą jajami?” Zatrudnienie w spółdzielni znajduje również Daniel Kotek, dawny kompan Pracusia podczas podróży do Bułgarii.

Spółdzielnia Jabłko staje się jednym z komputerowych gigantów, a Stefan Pracuś, który w odróżnieniu od skromnego inżyniera Woźniaka ma ostre parcie na szkło, ciężko pracuje na swój wizerunek, budując medialną osobowość wizjonera i geniusza. Udziela wywiadów w „Trybunie Ludu” i „Razem”. Trafia nawet na okładkę „Przekroju” jako odnoszący sukcesy lokalny biznesmen.

steve-przekroj

Wyjątkową popularność zyskuje jednak po zaproszeniu do telewizyjnej audycji „Tele-Echo”. Na zdjęciu, zrobionym na planie podczas nagrania audycji, widzimy jak Stefan Pracuś tłumaczy redaktor Irenie Dziedzic zasadę działania napędu dyskietek elastycznych ze szczególnym uwzględnieniem zagadnień gęstości zapisu magnetycznego:

steve-teleecho

Wskutek wyjątkowej dociekliwości redaktor Dziedzic i niezbyt dobrego własnego przygotowania merytorycznego, Stefan musi kilkakrotnie udać się do automatu wrzutowego w holu budynku Telewizji w celu telefonicznej konsultacji z inżynierem Woźniakiem, ale ostatecznie udało się zaspokoić ciekawość Pani Redaktor i nagrać do końca audycję. Po tym wystąpieniu w „Tele-Echu”, które spotkało się z doskonałym przyjęciem telewidzów, Stefan zakochuje się w środkach masowego przekazu. Instynktownie rozumie siłę ich oddziaływania i dostrzega potęgę, którą można wykorzystać do promocji firmy. Wkrótce powstaje słynna pionierska reklama „Wielki Brat”, promująca przy pomocy symbolicznych obrazów najnowszy komputer Spółdzielni Pracy Jabłko – na wskroś nowoczesną maszynę o nazwie „Mekintosz”. Obrazy musiały być symboliczne, gdyż cenzura nie zgodziła się na sugerowaną przez Pracusia emisję słów powszechnie uznanych za obraźliwe oraz licznych inwektyw i pomówień wobec konkurencji.

Reklama robi kolosalne wrażenie. Nikt nie rozumie, o co chodzi. Nikt też nie spodziewa się nieszczęścia, które ma wkrótce nadejść…

Koniec części pierwszej. Druga nastąpi…

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement